beauty & lifestyle blog

sobota, 31 grudnia 2011

Do siego roku!

Coś się kończy, coś się zaczyna.
Bawcie się szampańsko, żegnając stary rok,
nowy powitajcie z wiarą w lepsze jutro :)))






Wszystkiego dobrego, do siego roku!

piątek, 30 grudnia 2011

Ciężki zawodnik :)))

Piękną mamy jesień tej zimy :))) Mrozu i śniegu z prawdziwego zdarzenia ani widu, ani słychu. Trudno było więc o ekstremalne zimowe warunki, w jakich mogłabym sprawdzić jakość kremu do rąk i paznokci Flos - Lek z serii Winter Care, ale myślę, że recenzując go, spokojnie mogę oprzeć się na dotychczasowych doświadczeniach.





Krem przeznaczony jest do ochrony i pielęgnowania spierzchniętych i nadmiernie wysuszonych dłoni. Przynosi natychmiastową ulgę. Doskonale chroni skórę rąk przed wysuszeniem, zabezpiecza ją przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych (mróz, wiatr, wilgoć). Zawiera witaminę E, prowitaminę B5, alantoinę, keratynę oraz substancje odpowiedzialne za właściwe nawilżenie i natłuszczenie skóry. Dzięki tym cennym składnikom znakomicie wygładza skórę rąk, zmniejsza szorstkość, łagodzi podrażnienia, nawilża i delikatnie natłuszcza. Krem poprawia wygląd paznokci. Zmniejsza skłonność do ich rozdwajania i łamliwości. Pod jego wpływem płytka paznokciowa staje się mniej matowa, bardziej nabłyszczona. Krem zmiękcza naskórek wokół paznokci zapobiegając jego pękaniu i powstawaniu zadziorków.

Pojemność: 100 ml


Estetyka opakowania, jak widzicie na zdjęciu, utrzymana jest w stylu charakterystycznym dla całej serii Winter Care. Biała tuba z czerwonym krzyżem, mającym prawdopodobnie kojarzyć się z profesjonalną pomocą medyczną, kryje bardzo treściwy krem mający na celu ochronę dłoni w trudnych, zimowych warunkach. Już jego konsystencja, bardzo zwarta i bogata, pozwala przypuszczać, że jest w stanie spełnić swoje zadanie bez zastrzeżeń. Krem rozsmarowany na dłoniach otula je miękką i wyczuwalną warstwą, utrzymującą się na skórze przez długi czas, na szczęście bez uczucia lepkości.

Nie należy oczekiwać, że krem świetnie spisze się w warunkach domowych, na to jest zdecydowanie za ciężki, ale warto pamiętać o nim wychodząc na zewnątrz. W związku z łagodną pogodą nie sięgałam po niego zbyt często i zanim zdążyłam się zorientować, przechwycił go mój mąż. Jest zachwycony! Co o nim mówi? "Jest dokładnie taki, jaki powinien być krem na zimę. Szybko zregenerował moją skórę, nie klei się. Lubię go!".

Jak widzicie, krem jest na tyle uniwersalny, że z powodzeniem mogą stosować go i kobiety, i mężczyźni, czemu sprzyja zresztą łagodny, neutralny zapach. Na pewno sprawdzi się jako regularna zimowa pielęgnacja, ale także jako sporadyczna ochrona przed mrozem, na przykład na spacerach.

Wiem, że treściwa formuła może mieć zarówno zwolenników, jak i przeciwników, bo nie każdemu po drodze z ochronnym filmem wyczuwalnym na skórze. Ja sama wolę lżejsze kremy, zwłaszcza na co dzień. Zimą warto pomyśleć jednak o konkretnej ochronie. I w tej kategorii Winter Care to zawodnik naprawdę wagi ciężkiej :)))

czwartek, 29 grudnia 2011

Strach się bać ;)))

Jeśli No to pięknie! czytacie regularnie, wiecie, że o rozmaitych tuszach do rzęs piszę dość często i zwykle podobają mi się te o dużych, tradycyjnych szczoteczkach. Maskara Rimmel Scandaleyes zapowiadała się więc obiecująco. Ale nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie spodziewałam się szczoteczki o rozmiarach miotły! ;))) Nawet dla mnie za dużo tego dobrego.

W sumie już opakowanie może zwiastować kryjącego się w środku potwora. W grubej, wielkiej tubie czai się nie mniej gruba i wielka szczota :))) Mnie zwiodła promocyjna cena (dwadzieścia kilka złotych za świąteczny zestaw z płynem do demakijażu) i wszechobecne reklamy z dziewczynami o rzęsach do nieba. No i mam za swoje!












Do samego tuszu nie mam zastrzeżeń, ale tej wielkiej szczoty po prostu się boję. Trudno precyzyjnie nią manewrować bez ryzyka wsadzenia jej do oka. Efekt uzyskiwany na rzęsach, choć wyrazisty, nie rekompensuje mi tego stresu. Przed zakupem radzę się zastanowić, bo potem to już tylko strach się bać ;)))

wtorek, 27 grudnia 2011

Dobrana para :)))

Święta już za nami, ale świąteczny nastrój można jeszcze na chwilę zatrzymać. W końcu ciągle jeszcze snuje się po domu zapach świątecznego piernika, ciągle miękko świecą świąteczne choinkowe lampki, nie ucichły też jeszcze echa świątecznych piosenek. A na moich paznokciach ciągle jeszcze błyszcząca, świąteczna czerwień :))) Co tak błyszczy? Jasnoczerwone minidrobinki brokatu zatopione w ciemnoczerwonej, kremowej bazie, czyli Catrice nr 550 Marilyn & Me.









Mnie ten kolor kojarzy się świątecznie, a Wam? Myślę jednak, że świetnie sprawdzi się też w nadchodzącym karnawale. Drobinki, choć słabo widoczne na zdjęciach, w rzeczywistości pięknie ożywiają manicure.

1. Dostępność - 1 (drogerie Natura).
2. Cena - 1 (przystępna, około 10 złotych).
3. Kolor - 1 (bardzo ciekawy, głównie dzięki kompozycji dwóch odcieni czerwieni).
4. Aplikacja - 1 (bezproblemowa).
5. Pędzelek - 1 (typowy dla Catrice, szeroki i poręczny).
6. Krycie - 1 (standardowe, konieczne 2 warstwy).
7. Wysychanie - 1 (bez zastrzeżeń).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: rewelacyjny Nail Tek Hydration Therapy Moisture Balancing Topcoat, który zdecydowanie zasługuje na osobną recenzję) - 1 (niekłopotliwa, bez rozmazywania, smug i bąbelków powietrza).
9. Trwałość - 1 (rewelacyjna, 5-6 dni).
10. Zmywanie - 1 (łatwe, mimo drobinek).

Moja ocena: 10/10.


Świetny lakier! Okazuje się, że Marilyn & Me to bardzo dobrana para :)))

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Na szczęście :)))

O bransolecie Thomasa Sabo [KLIK] marzyłam od dawna. I oto pyszni się perłowym blaskiem na moim nadgarstku w towarzystwie czterolistnej koniczynki na szczęście :)))









Mam nadzieję, że komuś udało się spełnić także Wasze marzenia :)))

wtorek, 20 grudnia 2011

Oczko ;)))

Dawno nie włączałam się do żadnej zabawy, ale nie odpowiedzieć na TAG lakierowy? No tak się nie robi przecież! ;)))

Wyróżniła mnie Sheva, autorka bloga Kobieta od podszewki [KLIK]. Sheva, dziękuję!






Dwadzieścia jeden pytań, oczko ;))) Zapraszam do lektury, ciekawa jestem, czy podzielacie moje upodobania.


1. Ulubiona marka lakierów?

Z polskich marek bardzo lubię Wibo, za relację ceny do jakości i nadążanie za trendami. Cenię sobie też lakiery Bell i Virtual. Wśród marek zagranicznych nie mam ulubieńca.

2. Lakiery brokatowe czy kremowe?

Zdecydowanie wolę lakiery kremowe. Brokaty akceptuję, podobają mi się, ale nie jest to dla mnie manicure na co dzień.

3. OPI, China Glaze czy Essie?


Stawiam na China Glaze. OPI cenię za charakterystyczne, dowcipne nazwy i ciekawą kolorystykę, ale uważam, że choć marka słynie na cały świat, jej kolekcje są nierówne, raz lepsze, raz gorsze. Z Essie z kolei w ogóle nie umiem się dogadać.

4. Jak często zmieniasz kolor lakieru do paznokci?


Nie mam obsesji na punkcie częstej zmiany koloru. Cenię lakiery, które są trwałe, bo zwykle maluję paznokcie co pięć dni.

5. Jaki jest Twój ulubiony kolor?


Kocham wszelkie odcienie nasyconych róży i fioletów, mam słabość do szarości, nie umiem objeść się bez klasycznej czerwieni.

6. Ciemne czy jasne pazurki?


Podobają mi się i jasne, i ciemne, choć przyznaję, że częściej sięgam po lakiery w zdecydowanych kolorach.

7. Co masz aktualnie na paznokciach?

To [KLIK] :)))

8. Czy lubisz matowe wykończenie?


Matowe wykończenie to zupełnie nie moja estetyka, od początku ten trend do mnie nie przemawia.

9. Czy jesteś fanką frenchu?

Bardzo lubię french, był czas, że był to mój standardowy manicure. Żałuję, że wymaga takiej precyzji i tak trudno zrobić go dobrze własnoręcznie.

10. Ulubiony zimowy kolor?


Choć wiele kolorów budzi konkretne skojarzenia, staram się nie uzależniać ich wyboru od pory roku.

11. Za lakierami jakiej marki szczególnie nie przepadasz?

Nie lubię lakierów Essence (poza topami), mają zwykle słabą jakość.

12. Czy używasz lakieru nawierzchniowego? Jaki jest Twój ulubiony?


Tak, zawsze. Nie wyobrażam sobie malowania paznokci bez preparatu wspomagającego wysychanie lakieru. Najczęściej sięgam po Seche Vite, ale także po Inglot Dry&Shine.

13. Jakiego koloru lakieru nigdy (lub prawie nigdy) nie nosisz?

Nie noszę żółci i złota, lakiery w tych odcieniach nie pasują do mnie. Może ostatecznie skusiłabym się na jakiś top ze złotymi drobinami.

14. Czy używasz preparatów podkładowych? Jakie sprawdziły się najlepiej?

Owszem, sięgam po nie czasem, ale nie mam dużego doświadczenia. Regularnie używałam jedynie Orly Top2Bottom i Nail Tek Theraphy.

15. Ulubione wykończenie lakieru?

Zdecydowanie kremowe, choć ostatnio mam coraz większą słabość do lakierów drobinkowych.

16.Wzorki czy prosty, monochromatyczny manicure?

Mniej znaczy więcej, żadnych wzorków!

17. Czy lubisz pękające lakiery?

Nie, kraki, podobnie jak maty, to również nie moja bajka.

18. Jakie lakiery znajdują się aktualnie na Twojej wishliście?

Chciałabym poeksperymentować z lakierami holograficznymi. Kręcę się wokół Color Club.

19. Jaki lakier kupiłaś ostatnio?

Nie dalej jak wczoraj w koszyku wylądowały dwa lakiery Catrice, 430 Purplelized i 550 Marilyn & Me.


20. Lubisz dostawać lakiery w prezencie czy kupować je sama?
To pytanie retoryczne chyba? Kto nie lubi prezentów? Kto nie lubi zakupów? :DDD

21. Kiedy zaczęłaś malować paznokcie?

Po pierwsze, bezbarwne lakiery sięgnęłam jakieś 20 lat temu ... A potem poooszłooo! ;)))


Na dowód tego, że TAG trafił do właściwej osoby, pokażę Wam moje ostatnie lakierowe zakupy. Jak myślicie, chyba nie zostałam uznana za lakieromaniaczkę na wyrost? :)))






Zaproszenie do zabawy przekazuję Reni i Pannie Joannie. Dziewczyny, Wasza kolej na oczko! :)))

niedziela, 18 grudnia 2011

Nie taki diabeł straszny :)))

Okazało się, że wbrew moim obawom, brokatowe topy na paznokciach generalnie bardzo Wam się podobają, czemu dałyście wyraz w licznych komentarzach pod postem, w którym pokazywałam Wam efekt pewnego eksperymentu [KLIK]. Na fali zainteresowania tematem dziś pokażę wam kolejną brokatową kombinację, nieco nawet bardziej strojną niż poprzednia :)

Jako baza posłużył mi lakier KIKO nr 327 w pięknym, głębokim odcieniu szarości, o idealnie kremowym wykończeniu.






Po top ponownie sięgnęłam do gamy Essence, znowu decydując się na serię Nail Art Twins, wybierając tym razem lakier nawierzchniowy z zestawu Romeo & Julia, pełen srebrnych drobin opalizujących w świetle w kolorach tęczy.






Duet prezentuje się całkiem ciekawie. Srebrny brokat ładnie kontrastuje z szarym tłem, w świetle pokazując swoje prawdziwe, kolorowe oblicze. Uwaga! Nie dla skromniś! To zestawienie naprawdę rzuca się w oczy :)))






Na koniec clou dzisiejszego wpisu :) W komentarzach pod wspomnianym wyżej postem często pisałyście, że brokatowy manicure bardzo Wam się podoba, ale raczej nie malujecie tak paznokci ze względu na trudności z jego zmywaniem. Otóż jest na to sposób! Czego potrzebujecie? Zmywacza do paznokci, kilku płatków kosmetycznych i zwykłej kuchennej folii aluminiowej :)))






Tak zwana metoda foliowa jest bardzo skuteczna, uwierzcie mi, że poradzi sobie z każdym brokatem. Wystarczy płatki kosmetyczne nasączyć zmywaczem, nałożyć je na paznokcie i szczelnie owinąć kawałkami folii, a po kilku minutach po prostu wszystko zdjąć. Prawdopodobnie pozostałości lakieru bazowego trzeba będzie gdzieniegdzie przy skórkach jeszcze doczyścić, ale drobinki znikną, bezproblemowo i bez śladu. Także nie bójcie się brokatu, bo nie ma czego! Nie taki diabeł straszny :)))

sobota, 17 grudnia 2011

Ty decydujesz :)))

Co myślicie o dermokosmetykach? Niedługo będziemy miały okazję o tym podyskutować, bo blogiem No to pięknie! zainteresowała się marka Dermedic [KLIK], która, jak sama określa, stworzona została z doświadczenia dermatologów. Pierwsze recenzje już za jakiś czas, ale tymczasem może same zdecydujecie, o czym chciałybyście poczytać?

W swojej świątecznej ofercie Laboratorium Dermedic przygotowało kilka specjalnie skomponowanych zestawów, z których jeden wybrany niebawem do mnie trafi. Czym byłybyście zainteresowane najbardziej? Zestawem Effectival z odżywczymi kosmetykami do skóry wrażliwej, alergicznej, z pierwszymi oznakami starzenia, Hydrain2 z intensywnie nawilżającymi kosmetykami do skóry wrażliwej i odwodnionej czy Menqlusiv z kosmetykami dla mężczyzn?



EFFECTIVAL
regenerujący krem odżywczy
i odżywczy krem pod oczy



(Zdjęcia: materiały promocyjne Dermedic)



HYDRAIN2
krem intensywnie nawilżający o przedłużonym działaniu
i krem - żel nawilżający pod oczy o przedłużonym działaniu






MENQLUSIV
nawilżający krem - żel przeciwzmarszczkowy
i przeciwzmarszczkowy krem - żel pod oczy





Decyzja o wyborze zestawu należy do Was! Piszcie w komentarzach, która seria wydaje się Wam najbardziej interesująca, a ja zabiorę się do testów (bez obaw, w razie czego Menqlusiv nie będę testować na sobie :p) i przygotuję recenzję, wedle życzenia :)))

czwartek, 15 grudnia 2011

Powrót do przeszłości :)))

Kto pamięta gumy donaldówy? :DDD Kolorowe i pachnące wspomnienie szarego dzieciństwa lat osiemdziesiątych ... Tęsknię za tym charakterystycznym smakiem. Szperałam nawet swojego czasu po internecie, łudząc się, że gdzieś w świecie Donaldy są jeszcze w sprzedaży, ale wszystko wskazuje na to, że zostaną już na zawsze wyłącznie w sferze wspomnień.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy zdecydowałam się po raz pierwszy pociągnąć usta nowym błyszczykiem Virtual z serii Rock me baby! Ten zapach! Skojarzenie przyszło od razu - ten błyszczyk pachnie jak guma Donald! Na moment wróciłam do przeszłości :)))












W skład kolekcji Rock me baby wchodzą cztery błyszczyki w dość naturalnych, uniwersalnych kolorach. Mnie przypadł w udziale neutralny odcień różu nr 146. Jak widać na zdjęciu, jest dość transparentny, także z pewnością nie zadowoli miłośniczek mocno podkreślonych ust, będzie za to świetnym rozwiązaniem dla wszystkich lubiących makijaż delikatny i nie rzucający się oczy. Nie daje efektu tafli, jest raczej dyskretny, po prostu lekko koloryzuje usta i subtelnie je nabłyszcza maleńkimi drobinkami.

Rock me baby lip gloss zupełnie się nie klei! To mnie naprawdę zaskoczyło, bo zwykle błyszczyki charakteryzują się tą niepożądaną cechą. Trwałość oceniłabym jako przeciętną, ale co ważne, błyszczyk ściera się niezwykle równomiernie, co oszczędza nam nerwowego biegania do lustra i ciągłych poprawek.

Producent określa zapach błyszczyków Rock me baby jako tutti frutti, ale dla mnie to po prostu stara dobra donaldówa :))) I podróż w czasie :)))

środa, 14 grudnia 2011

I like it!

Z marką Oriflame jakoś nie było mi po drodze. Nie znam żadnej konsultantki, nie orientuję się w asortymencie i nigdy nie pokusiłam się o zakupy na własną rękę. Ale w paczce mikołajkowej od Hexxany [KLIK] znalazłam coś, co mnie tak zachwyciło, że zmieniam nastawienie o 180 stopni i zamierzam poznać ofertę Oriflame bliżej :)

Co spowodowało, że z ostrożnej nieufności przeszłam w stan gorączkowego entuzjazmu? Dwie niepozorne tubki, jedna z kremem do rąk, druga z kremem do stóp :))) Leciutki, a zarazem niewiarygodnie nawilżający, przy tym obłędnie pachnący Spiced Oranges Scented Hand Cream ze świątecznej serii Christmas Surprises oraz nie mniej przyjemny w stosowaniu, wygładzający i niesamowicie cynamonowy Feet Up Cosy Moments Warming Cinnamon Foot Cream.









Nie spodziewałam się tak fantastycznej jakości, a przede wszystkim takiej aromaterapii! Oba kremy ze swoimi rozgrzewającymi zapachami naszpikowanej goździkami pomarańczowej skórki i cynamonu świetnie wpisują się zimową aurę. I like it!

Jakie są Wasze doświadczenia z Oriflame? Na które produkty warto zwrócić uwagę? Co polecacie, co odradzacie? Chciałabym poznać Wasze zdanie, zanim spontanicznie wykupię pół katalogu ;)))

wtorek, 13 grudnia 2011

Sztuczka ;)))

Czas goni, powinnyście już dawno być gotowe, a tymczasem w ostatniej chwili orientujecie się, że stan Waszych paznokci woła o pomstę do nieba ... Brzmi znajomo? Ja właśnie niedawno byłam w podobnej sytuacji i w akcie desperacji zdecydowałam się na eksperyment. Kilkudniowy lakier pociągnęłam na szybko przypadkowo pochwyconym brokatowym topem. Na prośbę Reni [KLIK] pokażę dziś, co z tego eksperymentu wyszło, zwłaszcza że efekt na tyle mi się spodobał, że potem na spokojnie go odtworzyłam.

Jako baza posłużył różowy lakier Virtual nr 98 Pretty Woman z serii Street Fashion [prezentowałam go TUTAJ].






Jako top wykorzystałam brokat Essence 01 Thelma & Louise z serii Nail Art Twins [pokazywałam go TUTAJ].






Oto, co wyszło z tego spontanicznego połączenia :)))






Nie będę poddawała tego duetu ocenie, oba lakiery zostały już bowiem zrecenzowane. Muszę jednak podkreślić, że utwardzone topem Orly Top 2 Bottom i wysuszone preparatem Inglot Dry & Shine, są wręcz nie do zdarcia! Uwierzycie, że na zdjęciu widzicie pięciodniowy manicure? Też jestem pod wrażeniem :)))

O estetyce takiego brokatowego wykończenia można dyskutować, jednym się podoba, innym nie, ale jedno jest pewne - w awaryjnej sytuacji nie ma szybszego sposobu na podrasowanie paznokci i przedłużenie żywota kilkudniowego lakieru. Ten trik działa, sprawdziłam!

piątek, 9 grudnia 2011

Do kieszeni :)))

Pomadki ochronne poupychane mam po wszystkich kieszeniach, torebkach i zakamarkach domu. Często je gubię i równie często uzupełniam zapasy. Po prostu lubię zawsze mieć jakieś pielęgnacyjne mazidełko pod ręką i w każdej chwili móc chronić usta przed przesuszeniem i pierzchnięciem. W zimie ten problem potrafi być szczególnie dokuczliwy, o czym z pewnością nie raz się przekonałyście. Ucieszyłam się zatem z możliwości poznania ochronnej pomadki Flos-Lek z nowej zimowej serii Winter Care. Wiem, że wzbudziła też ona Wasze zainteresowanie, kiedy jakiś czas temu wstępnie prezentowałam tę linię. Myślę więc, że z ciekawością przeczytacie dzisiejszą recenzję, zapraszam :)))









Pomadka ochronna z filtrem UV na zimę

Polecana do pielęgnacji ust w okresie zimy - stanowi doskonałą ochronę przed nadmiernym wysuszeniem warg spowodowanym działaniem szczególnie ostrych warunków atmosferycznych (wiatr, wilgoć, skoki temperatur, słońce). Niezbędna do stosowania przed każdym dłuższym przebywaniem na powietrzu, uprawianiem sportów zimowych. Zapobiega pierzchnięciu skóry, zmniejsza skłonność do pękania naskórka. Regularnie stosowana nawilża i natłuszcza skórę poprawiając wygląd ust. Zawiera witaminę E, filtr UVB oraz wysokiej jakości składniki tłuszczowe.


Zima rządzi się swoim prawami, pomadka chroniąca przed mrozem po prostu musi natłuszczać. I Winter Care spełnia tę funkcję doskonale, charakteryzując się bogatą formułą, wyraźnie poprawiającą kondycję ust. Jest idealnie kremowa i zupełnie biała. Pachnie delikatnie, bardzo neutralnie. Z powodzeniem może być zatem stosowana przez mężczyzn.

Jeśli spodziewacie się jednak produktu uniwersalnego, możecie się zawieść. Zgodnie z intencją producenta pomadka świetnie spisuje się na zewnątrz, ale w warunkach domowych okazuje się zdecydowanie zbyt treściwa, po prostu czuć ją na ustach. O ile jest to efekt pożądany na mrozie, wietrze, czy w ostrym zimowym słońcu, to w domowych zaciszu już niekoniecznie. Dlatego polecam ją osobom aktywnym, oczekującym solidnej ochrony, dla wszystkich pozostałych może okazać się zbyt ciężka.

Tak czy inaczej zima czeka nas wszystkich, mroźna i śnieżna. Także z pewnością dobrze mieć w gotowości taką pomadkę do zadań specjalnych. Jakaś wolna kieszeń na pewno się znajdzie :)))

czwartek, 8 grudnia 2011

Opcja dla cierpliwych :)))

Jak najbardziej lubicie podkreślać rzęsy? Ja zawsze staram się nadać im objętość i głęboką czerń. Spore nadzieje wiązałam więc z wydłużającą i pogrubiającą, a przy tym wodoodporną maskarą Total Black od Virtual.









Maksymalnie wydłużone, gęste rzęsy w najgłębszym odcieniu czerni? Wystarczy dwukrotnie pomalować rzęsy tuszem Total Black waterproof & long & volume z formułą opartą na czystym ekstrakcie węglowym. Dodatek naturalnych wosków nadaje rzęsom sprężystość oraz zapobiega osypywaniu się tuszu. Duża, szeroka szczotka zwężająca się na końcu pozwala na łatwe nałożenie tuszu na rzęsy w kącikach oczu. Idealny dla kobiet z opadającą powieką lub mających problem z łzawieniem oczu. Rzęsy w super rozmiarze – odporne na wilgoć.


Oczekuję mocnego przyczernienia, lubię duże, tradycyjne szczoteczki, mam opadające powieki, opis producenta brzmi więc dla mnie jak obietnica spełnienia wszystkich moich "rzęsowych" marzeń. Czy Total Black rzeczywiście je spełnia? Nie do końca.

Największą zaletą Total Black faktycznie jest kolor. Piękna, prawdziwa, nie blednąca w ciągu dnia czerń, która mocno podkreśla oczy, nadając spojrzeniu głębię. Ale jednak żeby tę głębię wydobyć, trzeba naprawdę namachać się szczoteczką, co powoduje, że jakoś tracę serce dla tego tuszu. Po prostu opcja dla cierpliwych :))) Mnie najwyraźniej cierpliwości brakuje. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że producent wyraźnie pisze o konieczności dwukrotnego wytuszowania rzęs, także w razie czego "widziały gały, co brały" ;)))

Nie miałam okazji testować tej maskary w jakichś ekstremalnych warunkach, ale w codziennych sytuacjach spisuje się świetnie, nie osypując się, nie krusząc i nie rozmazując. Podejrzanie szybko zaczęła jednak gęstnieć (po około 4 tygodniach) i z dnia na dzień coraz ciężej się ją aplikuje. Nie mam jednak pojęcia, czy ma to związek z formułą tuszu, czy może raczej z konstrukcją opakowania. Biorąc jednak pod uwagę cenę Total Black (około 1o złotych), można naprawdę przymknąć na to oko. Oko otoczone firanką grubych, najczarniejszych z czarnych rzęs :)))



poniedziałek, 5 grudnia 2011

Nawilżanie to wyzwanie :)))

Dałam Wam ostatnio trochę od siebie odpocząć, ale wracam! Pełna planów i pomysłów. Kto tęsknił? ;)))

Nie tak dawno [KLIK] gremialnie narzekałyśmy na maseczki w saszetkach, zatem dziś coś, co powinno nas zadowolić - pełnowymiarowa, zamknięta w poręcznej tubce maseczka intensywnie nawilżająca "Witamina C + fitohormony z czerwonej koniczyny" z regeneracyjno - odżywczej serii FLOS - LEK, kolejny prezent od Magazynu Drogeria [KLIK].








Doskonały preparat przeznaczony do intensywnej pielęgnacji skóry suchej, zmęczonej, mało elastycznej skłonnej do zmarszczek, oraz narażonej na działanie szkodliwych warunków (zadymione pomieszczenia, zmienne warunki atmosferyczne, również w lecie po długiej podróży samolotem, wycieczkach rowerowych, pracy w klimatyzowanym pomieszczeniu itp.)
Maseczka stosowana systematycznie:

  • zmniejsza objawy zmęczenia, spłyca zmarszczki nawet o 40%,
  • zwiększa nawilżenie nawet o 60%,
  • wyraźnie poprawia elastyczność i jędrność skóry o ponad 20%,
  • poprawia wygląd skóry - staje się ona gładka, przyjemna w dotyku o ładnym, zdrowym kolorycie.

Do pielęgnacji skóry zmęczonej, mało elastycznej, o szarym kolorycie, stosować na noc przez 10 dni. Do skóry narażonej na szkodliwe warunki - stosować rano, przed wykonaniem makijażu.

Pojemność: 75 ml


Zimą moja cera zaczyna kaprysić, łatwo się odwadnia i ulega podrażnieniom. I mimo że zwykle najlepiej służą mi maski oczyszczające, w tym mroźnym okresie równie chętnie sięgam po te nawilżające.

Jak spisała się maska FLOS-LEK? Trzeba oddać jej sprawiedliwość i przyznać, że jest skuteczna. Przynosi odczuwalną ulgę, odprężając i odżywiając skórę, wyraźnie poprawiając jej kondycję, nadając miękkość i wyrównując koloryt. Łagodzi podrażnienia, usuwa nieprzyjemne napięcie. Zapowiada to już zresztą sama jej konsystencja, bo choć dość lekka, jest jednocześnie na tyle kremowa, żeby maska zadziałała jak kojący kompres. Sama aplikacja jest prosta. Ułatwia ją i poręczne opakowanie, i właśnie lekka formuła, dzięki czemu dozowanie nie sprawia trudności. Ja lubię nakładać tę maskę oszczędnie i po kilkunastu minutach tradycyjnie zmyć wodą, ale osoby z bardziej wymagającymi cerami spokojnie mogą nałożyć większą ilość i zamiast zmywać, po prostu wmasować ją w skórę jak krem. Taki zabieg z pewnością przyniesie wiele korzyści, choć przyznaję, że sama tak robić nie próbowałam. W każdym razie nie bójcie się, maska działa nieinwazyjnie, a zapach ma wyjątkowo delikatny i nienachalny, zdecydowanie nie można uznać go za męczący.

Czy zatem jest to produkt idealny, posiadający same zalety? Niestety nie. Obok niezaprzeczalnych atutów, o których pisałam wyżej, wspomnieć też należałoby o pewnych zauważalnych wadach. Skuteczność maski, owszem, jest odczuwalna, ale efekt nawilżenia ma krótkotrwały charakter, przy braku systematyczności w jej stosowaniu problemy szybko wracają. Lekka formuła co prawda ułatwia aplikację, ale jednocześnie może też stawiać pod znakiem zapytania wydajność produktu. Nieco do życzenia pozostawia też samo opakowanie, które wizualnie nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie przyciągając uwagi i utrudniając wypatrzenie go na sklepowej półce. Nie są to jednak aspekty, które mogłyby tę maskę zdyskwalifikować. Tym bardziej, że jej cena jest naprawdę korzystna - za 75 ml zapłacić trzeba zaledwie kilkanaście złotych. To chyba niewiele za komfort ukojenia skóry?

Nawilżanie to wyzwanie? Przede wszystkim nawilżanie to podstawa pielęgnacji i warto o tym pamiętać. Dobrze więc mieć pod ręką coś, co pozwoli właściwy poziom nawilżenia utrzymać. Czy będzie to akurat maska FLOS-LEK, zależy wyłącznie od Was, moje piękne :)))