beauty & lifestyle blog

sobota, 31 marca 2012

Nieznane lądy :)))

Jednym z ogromnych plusów prowadzenia beauty bloga jest możliwość odkrywania nowych kosmetycznych lądów. Tym razem na horyzoncie pojawiła się Orientana [KLIK], marka czerpiąca z dobrodziejstw Azji. 

Jesteśmy od kilku lat zafascynowani ekologicznym stylem życia. Jesteśmy również pasjonatami Azji i zasad tradycyjnej medycyny naturalnej, nie tyko w trudnych chwilach, lecz również w życiu codziennym i pielęgnacji. Podczas naszych podróży po krajach azjatyckich, oczarowani pięknem azjatyckich kobiet, zagłębiliśmy się w tajniki naturalnego dbania o urodę. Współpracując z najlepszymi kosmetologami stworzyliśmy markę ORIENTANA, aby Polki również mogły korzystać z dobrodziejstw azjatyckiej natury. W ORIENTANA wierzymy, że tylko produkty naturalne najlepiej wspierają zdrowe życie i piękny wygląd, dlatego ORIENTANA to linia kosmetyków naturalnych, które nie zawierają szkodliwych substancji chemicznych, nie zawierają substancji pochodzenia zwierzęcego i nie są testowane na zwierzętach. Receptury naszych kosmetyków stworzone zostały przez kosmetologów w oparciu o wiedzę tradycyjnej medycyny azjatyckiej i nowoczesne zasady produkcji. Wyróżniamy się tym, że do przygotowania naszych produktów stosujemy tylko naturalne ekstrakty roślinne, które są przetwarzane w taki sposób, aby nie utracić swoich cennych dla organizmu wartości. Dbamy o to, aby wszystkie składniki roślinne pochodziły z czystych ekologicznie rejonów Azji i wnikliwie kontrolujemy dostawców surowców. Nasza oferta skierowana jest nie tylko do osób chcących dbać o swój wygląd i zdrowie, lecz także do wszystkich, którym bliski jest model życia w zgodzie z naturą. 

ORIENTANA to kosmetyki 100% naturalne. Zawierają składniki roślinne pochodzące z czystych ekologicznie rejonów Azji. Receptury naszych kosmetyków stworzone zostały w oparciu o wiedzę i doświadczenie Dalekiego Wschodu, głównie tradycyjnej medycyny azjatyckiej. Nasze kosmetyki przywracają naturalne funkcje skóry, pobudzają jej metabolizm i odbudowę. W naszych naturalnych kosmetykach nie znajdziecie szkodliwej chemii, PEG-ów, parabenów, sztucznych zapachów czy koloryzatorów. Nie zawierają żadnych substancji pochodzących od zwierząt. Naszych kosmetyków nie testujemy na zwierzętach.



Przyznaję, że nie słyszałam wcześniej o tej marce, zainteresowała mnie jednak tak bardzo, że daję jej kredyt zaufania, decydując się na testy nawilżająco - wybielającej maski - kremu pod oczy z czereśni japońskiej :)))










Już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła napisać Wam o tym produkcie coś więcej! Mam nadzieję, że będzie to relacja z fascynującej podróży w nieznane :)))

piątek, 30 marca 2012

Zacieram ręce :)))

Pamiętacie markę Kemon, producenta profesjonalnych kosmetyków fryzjerskich [KLIK]? Wieki całe nie miałam okazji o niej pisać. Teraz powraca na łamy No to pięknie!, a to za sprawą nowości w asortymencie, czyli linii And. Już niebawem będziecie mogły poczytać o Tonic Cream, czyli o kremie modelującym i wzmacniającym włosy oraz o Vamp Spray, czyli szybkoschnącym, mocno utrwalającym lakierze. Na deser szykuje się recenzja Volume Hidro, żelu nawilżającego w piance z dobrze Wam już znanej linii Hair Manya.






Zacieram ręce na samą myśl o tych produktach. Marka Kemon dała mi się poznać jako dbająca o świetną jakość i skuteczność swoich kosmetyków, wzbogacająca linie pielęgnacyjne o wspaniałe, nietypowe zapachy, stawiająca na oryginalne opakowania. Mam nadzieję, że nowości podtrzymają to dobre wrażenie i nie będę musiała bić się w pierś, odwołując te wszystkie pochwały :))) 

czwartek, 29 marca 2012

Jak milion dolarów :)))

Znacie to powiedzenie: "Wyglądać jak milion dolarów"? Otóż czuję, że dziś prezentuję się najwyżej jak pięć dolców i to w klepakach ;))) Spadek formy. Mam nadzieję, że chwilowy. Nastrój próbuję poprawić sobie pięknym, energetycznym kolorem na paznokciach, podpatrzonym jakiś czas temu u Violl. Nie jest chyba tajemnicą, że znamy się prywatnie i bywamy dla siebie inspiracją :))) Zainspirowałam się więc i tak oto w moje ręce trafił mocny, nasycony róż Inglot nr 939.









To pierwszy od niepamiętnych czasów lakier z Inglota, jaki kupiłam. Rozczarowana ich spadającą jakością i wprost proporcjonalnie rosnącą ceną, bez żalu na długo zrezygnowałam z zakupów. Teraz zdecydowałam się dać im jeszcze jedną szansę. Wyłącznie ze względu na kolor :)))

1. Dostępność - 1 (bezproblemowa, salony i wyspy firmowe).
2. Cena  - 0 (20 zł, owszem, znam sporo droższe lakiery, ale z drugiej strony znam też tańsze o lepszej jakości).
3. Kolor - 1 (wyróżniający się, widoczny, bardzo nasycony).
4. Aplikacja - 1 (lakier jest rzadki, dzięki czemu łatwo i równo rozprowadza się po płytce).
5. Pędzelek - 1 (długi i wąski, precyzyjny).
6. Krycie - 1 (standardowe, konieczne dwie warstwy).
7. Wysychanie - 1 (bez zastrzeżeń).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Nail Quencher Hydrating Base Coat oraz Nail Tek Hydration Therapy Moisture Balancing Topcoat) - 0 (niestety lakier w towarzystwie innych preparatów ma tendencję do bąbelkowania).
9. Trwałość - 0 (otarcia na końcówkach pojawiają się już po trzech dniach, na moich paznokciach lakiery zwykle wytrzymują dłużej).
10. Zmywanie - 1 (łatwe, bez przebarwień).

Moja ocena: 7/10.


Nie jest najgorzej, kolor rekompensuje mi drobne niedoskonałości. Cóż, może ja sama jak pięć dolców w klepakach, ale moje paznokcie warte dziś cały milion :)))

środa, 28 marca 2012

Stawiam na trwałość!


Trwałość to jedna z bardziej pożądanych cech makijażu. Żadna z nas nie lubi spływającego podkładu, znikających pomadek czy rozmazującego się tuszu. Na szczęście mamy swój babski arsenał, pozwalający nam zapanować nad takimi przykrymi niespodziankami.

Przez długie lata nie malowałam oczu, bo wiecznie wszystko mi się rolowało i nie umiałam nad tym zapanować. Dzień, w którym odkryłam, że istnieją specjalne bazy, pozwalające wykonać trwały makijaż nawet na przetłuszczających się, opadających powiekach, był prawdziwą rewolucją. Od tamtej pory przez moje ręce przewinęło się wiele produktów tego typu i można powiedzieć, że mam swojego ulubieńca. Ale nie stronię przed nowościami. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po nowość JOKO, Exclusive Eye Shadows Base :))) 






Nowa, odmieniona baza pod cienie JOKO ma nowe, bardziej funkcjonalne opakowanie i ulepszoną bezparabenową formułę.



Nowa bezparabenowa formuła bazy pod cienie JOKO:
  • przedłuża trwałość makijażu i zapobiega zbieraniu się cieni w załamaniach powiek;
  • kremowa konsystencja łatwo rozprowadza się po powiece;
  • wzbogacona o aktywne składniki odżywcze i naturalne oleje;
  • kompleks witamin A, E i F przyspiesza odnowę komórek naskórka, przeciwdziała starzeniu, wygładza skórę oraz tworzy warstwę ochronną;
  • naturalny olej z krokosza barwierskiego.


Nowy, funkcjonalny słoiczek:
  • elegancki wygląd;
  • ma szeroką szyjkę, dzięki któremu łatwo wydobyć bazę;
  • umożliwia swobodną aplikację.


Za mną wiele tygodni stosowania tej bazy, myślę, że odkryła już przede mną wszystkie karty. W moim prywatnym rankingu nie znalazła się może w ścisłej czołówce, ale pozycję i tak ma silną.

Czy utrwala makijaż? Tak. Czy podbija kolory cieni? Tak. Czy jest wygodna w aplikacji? Tak. Co mi więc nie pasuje?

Generalnie jedyny zarzut czynię z tego, że trzeba stosować ją z wyczuciem. Zbyt mała ilość nie utrzyma makijażu w ryzach (być może stąd krytyczne uwagi w niektórych recenzjach), zbyt duża z kolei potrafi rolować się w czasie nakładania pod palcami. Ale to jest kwestia wprawy, odkąd zauważyłam, w czym rzecz, nie mam z nią najmniejszych problemów. 

Słoiczek rzeczywiście jest wygodny i bardzo ładnie się prezentuje, marka JOKO przyzwyczaiła nas zresztą do eleganckich opakowań. 

Sama baza jest miękka i plastyczna. Nakładana w optymalnej ilości gładko rozprowadza się po powiece, pokrywając ją niemalże bezbarwną warstwą, stanowiącą idealne tło dla wszelkich cieni. Doskonale podbija ich kolory! Spójrzcie, przygotowałam porównanie, korzystając z cienia z jednej z bezparabenowych paletek JOKO, znanych ze słabego napigmentowania. Różnica jest kolosalna!






JOKO Exclusive Eye Shadows Base (około 25 zł za 5 g) utrwala makijaż na wiele godzin, o ile, tak jak wspomniałam, nie jesteśmy zbyt oszczędne w aplikacji. Dopóki nie nabrałam wyczucia, zdarzało się, że wieczorem cienie były zebrane w załamaniach powieki, ale teraz praktycznie to się nie zdarza. Nic nie znika, nie migruje, nie rozmazuje się. Czyli baza spełnia swoje zadanie :)))

Używacie baz na co dzień? Dla mnie, jeśli chcę pomalować oczy, to absolutna konieczność. Stawiam na trwałość!

wtorek, 27 marca 2012

Faworytka :)))



Skoro już jesteśmy przy maseczkach [vide: mój wczorajszy wpis KLIK], pozwólcie, że przedstawię moją absolutną faworytkę w tej kategorii, maskę z serii Planet SPA z minerałami z Morza Martwego z Avonu. Myślcie sobie, co chcecie, na Avonie psy wieszajcie, ale na temat tego produktu złego słowa powiedzieć nie dam!






Bogata maska o kremowej konsystencji głęboko penetruje pory, by usunąć wszelkie zanieczyszczenia oraz suche, martwe komórki naskórka. Wyrównuje koloryt, wygładza i pomaga pozbyć się toksyn. Dzięki niej cera jest zdrowa, jędrna i pełna blasku. 


Dead Sea Minerals Facial Mask to mój niezbędnik. Jestem wierna tej masce od wielu lat, zawsze mam choć jedną tubkę. To praktycznie jedyna rzecz, którą regularnie zamawiam z Avonu. Często w większych ilościach, żeby nie zawracać sobie co chwila głowy zakupami.

Za co ją tak lubię? Przede wszystkim za szybkie i widoczne efekty. Skóra po jej zastosowaniu jest oczyszczona, odżywiona i wygładzona, koloryt wyrównany. Wystarczy kilka minut! Mimo błotnej formuły, nie zastyga na twarzy na skorupę, dzięki czemu łatwo się zmywa, pozostawiając twarz czystą, gładką, miękką i nawilżoną. Ma przyjemny, charakterystyczny dla całej serii zapach. Wydajność na piątkę! To wszystko w zestawieniu z ceną (regularnie 30 zł, w często powtarzających się promocjach od 10 do 20 zł) czyni z tej maski produkt dla mnie niezastąpiony.

Znacie? Lubicie? Czy jednak psy wieszacie? ;)))


poniedziałek, 26 marca 2012

Po prostu :)))

Jak wiecie, markę Phenome [KLIK] odkryłam całkiem niedawno dzięki Magazynowi Drogeria. Z miejsca podbiła moje serce. Każdy produkt z jej asortymentu, po jaki sięgam, okazuje się hitem. Nie inaczej było z Blossom Therapeutic Mask, łagodząco - kojącą maską z płatkami róż :)))






Łagodząco - kojąca maska do twarzy z płatkami róż

Niezwykła formuła preparatu w postaci lekkiej, żelowej maseczki z płatkami róż, niezastąpiona w pielęgnacji skóry wrażliwej, naczynkowej, skłonnej do podrażnień. Opracowana na bazie ekologicznych wód roślinnych oraz specjalnie wyselekcjonowanych organicznych i naturalnych ekstraktów przynosi natychmiastową ulgę podrażnionej skórze. Koi i odpręża naskórek, wycisza stany zapalne, zaczerwienienia i podrażnienia. Uszczelnia ściany naczyń krwionośnych, zapobiegając ich rozszerzaniu. Skóra odzyskuje naturalny blask, świeżość i witalność, jest optymalnie nawilżona i wygładzona.


Przyznaję, że obawiałam się nieco tej maski, bo jak wielokrotnie już wspominałam, moja cera jest nadwrażliwa na różę w składzie. Bywa, że objawia się to nieprzyjemnym zaczerwienieniem. Na szczęście dla mnie w tym wypadku nic takiego nie ma miejsca, a ja mogę cieszyć się efektami tego świetnego produktu.









W oczy jak zwykle w przypadku Phenome rzuca się ascetyczne opakowanie - zwykły szary karton kryjący prosty w formie szklany słoik. Ta skromna, ale i elegancka przy tym stylistyka wyróżnia markę i stanowi nawiązanie do jej proekologicznej misji. Mnie osobiście bardzo przypadła do gustu. Jakość broni się sama, nie potrzebuje stroić się w krzykliwe piórka.

Po otwarciu słoika uderza zapach. Piękny! Esencjonalny, jak utarte płatki róż. Utrzymujący się na twarzy, dzięki czemu nakładanie tej maski to prawdziwa przyjemność.

Aplikacja nie sprawia kłopotu, choć dla przyzwyczajonych do masek w tubkach początkowo może być wyzwaniem, bo sięgnąć trzeba wprost do słoika. W sumie można by się zastanawiać nad higienicznością takiego rozwiązania, posiłkować się jakimiś szpatułkami, łyżeczkami ... Ja w każdym razie wydobywam tę maskę jak krem, po prostu palcami. Konsystencję ma co prawda dość luźną, ale nie stanowi to większej przeszkody. Wręcz przeciwnie, pozwala to nakładać maskę bardzo oszczędnie, z korzyścią dla jej wydajności, która zresztą sama w sobie jest fenomenalna. Stosuję ją od kilku tygodni i praktycznie nie widzę ubytku! Nie jest to bez znaczenia, bo cena niestety może powalić - za 125 ml zapłacić trzeba ... 145 zł. Szczerze mówiąc wolałabym, że Blossom Therapeutic Mask dostępna była też w dużo mniejszej pojemności, w adekwatnie niższej cenie. Teraz to po prostu duży wydatek. A chciałoby się, żeby efekty tej maski dostępne były dla każdego :))) Bo skuteczności nie można jej odmówić, obietnice producenta są w pełni spełnione. Maska działa jak kojący kompres, eliminator podrażnień, po kilkuminutowym zabiegu skóra jest wygładzona, odprężona i nawilżona. Bardzo, bardzo się z nią polubiłam.

Nie mogę przejść do porządku dziennego nad ceną, bo jest obiektywnie wysoka. To mój podstawowy zarzut. Rozumiem oczywiście, że za jakość trzeba płacić, ale naprawdę świetnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie do oferty mniejszej, a tym samym tańszej pojemności, zwłaszcza że maska jest niezwykle wydajna. Domyślam się też, że niektórym może przeszkadzać forma opakowania. Ale nie sposób pominąć korzyści, jakie maska daje skórze. Największą wartością Blossom Therapeutic Mask jest bowiem skuteczność. Po prostu :)))

niedziela, 25 marca 2012

Confiteo :)))

Reading is cool! Nie sposób się nie zgodzić :))) Czytanie poszerza horyzonty, uwrażliwia, wzbogaca. Dziękuję Sabbath i Reni, dzięki którym mam okazję podzielić się z Wami wyznaniami na temat moich czytelniczych nawyków i upodobań :))) A zatem, confiteo!






O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Każda pora dnia i nocy jest dobra, aczkolwiek noc jest lepsza :))) Tak na serio, to czytam po prostu wtedy, kiedy mam czas. Choć zdarza się, że czytam też, kiedy go kompletnie nie mam, wbrew zdrowemu rozsądkowi :DDD



Gdzie czytasz?


Wszędzie. Zawsze mam przy sobie coś do czytania, nigdy nie wiadomo, kiedy nadarzy się okazja. Dzięki temu nie straszne mi kolejki, poczekalnie, długie podróże. W domu najczęściej czytam na kanapie, choć nie ma to jak lektura w wannie! Kąpiel bez książki się nie liczy :DDD




W jakiej pozycji najchętniej czytasz?

Jak to w jakiej? Horyzontalnej! :DDD Niezdrowej i niewskazanej, ale wygodnej i swojskiej. Zresztą jak miałabym czytać w wannie, na stojąco? ;)))



Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Hmmm ... Trudne pytanie. Lubię książki interesujące. A że co chwila interesuje mnie co innego, to i moje lektury zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nie przeczę jednak, że ze szczególnym upodobaniem sięgam po reportaże i szeroko rozumianą literaturę faktu.



Jaką książkę ostatnio kupiłaś / dostałaś?

Ostatnio (czyli ze dwa tygodnie temu) w ręce wpadły mi wspomnienia Urszuli Dudziak "Wyśpiewam wam wszystko". Nie jestem miłośniczką jazzu, ale pani Urszuli na pewno. Cenię ją za dystans do siebie, za pogodę ducha, za temperament. Po prostu musiałam mieć tę książkę. Napisana jest nietypowo. Brak w niej chronologii. To raczej luźny zbiór anegdot i historyjek, przenoszących czytelników w kolorowy świat koncertów i ciekawych znajomości, a czasami także w szary świat prywatnych porażek i tragedii.






Co czytałaś ostatnio?

Jak wyżej :))) "Wyśpiewam wam wszystko" połknęłam w przeciągu dwóch wieczorów. Przyjemna, relaksująca lektura, pełna humoru i zdjęć z prywatnych zbiorów autorki.



Co czytasz obecnie?

Zgłębiam historie uciekinierów z Korei Północnej, które zebrała i opisała Barbara Demick w reportażu "Światu nie mamy czego zazdrościć". Książka wstrząsająca, tym bardziej, że opisuje losy zwykłych ludzi, co uświadamia, jak okrutny jest koreański reżim, pełen represji i głodu.






Używasz zakładek, czy zaginasz ośle rogi?
Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Ośle rogi? Barbarzyństwo! Nigdy nie niszczę książek. Mam mnóstwo zakładek i zawsze po nie sięgam. Ostatnio moją ulubioną jest kolorowa zakładka z motywem łowickiej wycinanki ...






... ale bardzo lubię też zakładkę nakładaną na róg strony, którą zrobiła dla mnie moja mama :)))





E-book czy audiobook?

Najbardziej lubię książki papierowe, ale nie wystrzegam się techniki. Kwestią czasu jest zakup jakiegoś sprytnego czytnika, lekkiego i poręcznego, w sam raz do torebki :DDD



Jaka jest twoja ulubiona książka z dzieciństwa?

Uwielbiałam "Plastusiowy pamiętnik", marzyłam o własnym Plastusiu. Uwielbiałam "Karolcię", marzyłam o niebieskim koraliku. Zaczytywałam się w seriach o muminkach i o doktorze Dolittle. Ale najbardziej kochałam "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren :)))



Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?

Przychodzą mi na myśl aż trzy osoby - Alek, Rudy i Zośka z "Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego. Żadne tam postacie literackie, to bohaterowie z krwi i kości. Jako instruktorce ZHP (ha! tego nie wiedziałyście) szczególnie mi bliscy.


O tak, reading is cool. A ja zawsze powtarzam, że jeśli piekło istnieje, to w moim nie będzie ani jednej książki, za to codziennie diabli będą serwować wątróbkę ;)))


Taguję Iwetto, Olgitę i Słomkę :)))



sobota, 24 marca 2012

Leci do śmieci!

Mamy dziś tak piękny dzień, że aż szkoda psuć go narzekaniem. Też z pierwszymi wiosennymi promieniami słońca wstępuje w Was nowa energia? Ja czuję, że mogłabym góry przenosić :))) Cóż, wbrew pozytywnej aurze spożytkuję ją jednak na dozę krytyki, bo dwa produkty, o których zamierzam napisać, same się o to proszą. Obsmaruję i wywalę, porządkując otoczenie i pozbywając się psujących krew niewypałów. Uwaga, buble!!!

Od dłuższego czasu nie mogę dostać mojego ulubionego bezbarwnego żelu do brwi Essence (chyba nie został wycofany???). W sieciowych drogeriach na próżno szukałam jakiegokolwiek zamiennika, dlatego w końcu zdecydowałam się zamówić coś na allegro. Wybór padł na Revlon Brow Styling Gel.






Wydaje mi się, że nie jest produkowany z myślą o polskim rynku, ale wiadomo, na allegro można dostać (prawie) wszystko :))) Marka nigdy wcześniej nie zawiodła mojego zaufania, dlatego bez obaw wydałam 15 złotych, spodziewając się produktu mocno utrwalającego kształt brwi, a przy tym wygodnego w stosowaniu. No i klapa! Wystrzegajcie się tego żelu. Może i ma fajną, wyprofilowaną szczoteczkę, ale sam w sobie w ogóle nie działa! Praktycznie wcale nie utrwala, brwi w ciągu dnia mierzwią się jak szalone i to niezależnie od zaaplikowanej ilości. Żel w dodatku ma wyjątkową zdolność do zbrylania się na włoskach i kruszenia przy najlżejszym dotknięciu. Bleeee ... Nie polecam! Leci do śmieci!


Kolejna wpadka ... Parę miesięcy temu skorzystałam z bardzo atrakcyjnej promocji, dzięki której cały asortyment marki ELF dostępny był za 50% regularnej ceny. Kupiłam wtedy wiele fajnych gadżetów, ale podkład Flawless Finish srogo mnie rozczarował ...






Najśmieszniejsze jest to, że nie odnoszę się do jego właściwości. Nie dane mi było go wypróbować! Opakowanie okazało się tak nietrwałe, że dotarło do mnie w częściach. Widać to dobrze na zdjęciu, nakrętka osobno, osłonka nakrętki osobno, pompka też osobno. I to niedziałająca pompka! Nie mam jak wydobyć podkładu ze szklanej butelki. Po prostu pięknie. No dobra, w promocji to tylko 3 dolce, ale i tak się wnerwiłam. Leci do śmieci!


Wylałam swoje żale, od razu mi lepiej. Jeszcze tylko śmieci muszę wywalić ;)))

piątek, 23 marca 2012

Gratka dla łasuchów :)))

Z czekoladowej serii The Body Shop zdążyła już co prawda opaść aura gorącej nowości, ale to może i lepiej, bo mogę linię Chocomania zrecenzować bez zbędnych emocji. Choć i tak będzie entuzjastycznie, smakowicie i pachnąco :)))



(Zdjęcie: materiały promocyjne The Body Shop)



Jak może pamiętacie, do testów otrzymałam mleczko do ciała oraz scrub. Serię uzupełnia masło do ciała, masełko do ust, żel pod prysznic oraz mydło.







Mam słabość do produktów kosmetycznych o zapachach rodem z cukierni. Chocomania ze swoją czekoladową nutą świetnie wpisuje się w to upodobanie. I w mleczku, i w peelingu, czekolada jest wyraźnie wyczuwalna. Zauważam jednak pewne różnice - balsam pachnie jak słodki budyń, zapach scrubu przypomina mi natomiast ciemne, mocne, szlachetne kakao. Przyznaję, że oszalałam na jego punkcie :)))

Po raz pierwszy miałam do czynienia z balsamem TBS, wcześniej znałam tylko znacznie treściwsze masła. Miła odmiana, tym bardziej, że zima ze wszystkimi swoimi "urokami" to już tylko wspomnienie i moja skóra nie domaga się aż tak intensywnej pielęgnacji. Także lekkie, aczkolwiek dobrze nawilżające mleczko (250 ml, 39 zł) spisało się na medal. Jego wydajność okazała się przeciętna (3 - 4 tygodnie codziennego stosowania), ale trzeba zaznaczyć, że wygodne opakowanie z pompką bardzo ułatwiało aplikację. Choć niestety przyszedł czas, że pompka odmówiła współpracy, resztki balsamu z dna musiałam wydobywać tradycyjnie, z różnymi efektami ... Minus!

Peeling (200 ml, 59 zł) zachwycił mnie przede wszystkim zapachem, o czym już zresztą wspominałam. Cukrowa, nieco tłusta formuła przypadła mi do gustu nieco mniej. Do właściwości ścierających nie mam zastrzeżeń, drobiny cukru są wyczuwalne i dość mocne, jednak natłuszczenie ciała po aplikacji trochę mnie denerwuje (choć z drugiej strony można odpuścić sobie balsamowanie). Co do wydajności, to wiadomo, takiego produktu nie używa się na co dzień, ale i tak oceniam ją wysoko. Już niewielka ilość scrubu pozwala wygładzić ciało. Żeby jeszcze wanna się tak nie brudziła! ;)))

Chocomania, pomijając właściwości pielęgnacyjne serii, to gratka dla łasuchów. Kto ma ochotę na deser? :)))


W tym miejscu zamieściłam informację
o pewnym rankingu,
w którym wyróżniono No to pięknie!,
ale zdecydowałam się ją usunąć,
bo budziła za dużo niezdrowych emocji,
co nie było moją intencją.
Na taniej sensacji mi nie zależy.


czwartek, 22 marca 2012

Bez śladu :)))

Kolejna odsłona asortymentu Mary Kay. Ponieważ w komentarzach pod poprzednimi postami na temat tej marki często wspominałyście o płynie do demakijażu, postanowiłam nie czekać dłużej z jego recenzją. A zatem dziś w roli głównej Oil-free Eye Makeup Remover, beztłuszczowy płyn do demakijażu oczu, zapraszam :)))






Przygotuj delikatną skórę wokół oczu na przyjęcie kosmetyków pielęgnacyjnych. Przed ich użyciem zastosuj Beztłuszczowy Płyn do Demakijażu Oczu, który łagodnie oczyszcza skórę, nie naciągając jej.

Cechy / składniki:
  • Cyclotetrasiloxane - silikon, który skutecznie usuwa wodoodporny makijaż bez pozostawiania tłustej warstwy;
  • Poloxamer 184. - łagodny emulgator, który skutecznie usuwa makijaż nie-wodoodporny;
  • testowany oftalmologicznie;
  • górna warstwa usuwa makijaż wodoodporny, a dolna nie-wodoodporny.
Korzyści:
  • bezpieczny dla osób o wrażliwych oczach i noszących szkła kontaktowe;
  • łagodnie usuwa każdy rodzaj makijażu, w tym wodoodporny;
  • nie pozostawia tłustej warstwy na skórze.
Stosowanie:
  • jako wstępny etap demakijażu, przed mleczkiem oczyszczającym, bez pocierania;
  • dobrze wstrząśnij przed użyciem, dzięki wymieszaniu warstw płyn jest skuteczny;
  • zwilż wacik, dotknij powieki i delikatnie usuń resztki makijażu ruchami w dół;
  • powtórz, jeśli potrzeba, a następnie użyj mleczka oczyszczającego.


Kiedy po raz pierwszy wzięłam buteleczkę tego płynu do ręki (swoją drogą bardzo elegancką), zaskoczyła mnie jej pojemność. Zaledwie 110 ml, co w zestawieniu z ceną (70 zł) wydało mi się ilością śmiesznie małą. Ale teraz, po kilku tygodniach, chylę czoła, nigdy nie miałam preparatu tak wydajnego. Cena nadal wydaje mi się wysoka jak na produkt do demakijażu, ale sprawiedliwość muszę oddać - zawartość tej niewielkiej butelki wystarczyła na niemal dwa miesiące! Płynu zaczęłam używać pod koniec stycznia, przedwczoraj wydobyłam z niej ostatnie krople. Dodam, że maluję się codziennie.

Wydaje mi się, że spora w tym zasługa dozownika. Ujście butelki jest niezwykle wąskie, co pozwala na bardzo precyzyjną aplikację płynu na wacik kosmetyczny. Nic się nie ulewa, nic się nie marnuje, a już niewielka ilość pozwala na dokładny demakijaż oczu. Zauważyłam co prawda, że Oil-free Eye Makeup Remover lepiej radzi sobie z maskarami niewodoodpornymi, ale i wodoodporne spokojnie mu ulegają, potrzeba po prostu więcej cierpliwości.

Bardzo polubiłam się z formulą tego płynu. Przede wszystkim jest niedrażniąca. Oczy po demakijażu nie zachodzą mgłą, nie łzawią, nie szczypią. Myślę, że to dobra propozycja dla "wrażliwców". Podoba mi się też, że nie natłuszcza skóry. Można uznać, że obietnice producenta rzeczywiście zostają spełnione.

Reasumując, świetny produkt, ale niestety drogi w swojej kategorii, wiem, że dla niektórych cena może okazać się zaporowa. No ale makijaż usuwa koncertowo. Bez śladu :)))


środa, 21 marca 2012

Udanych zakupów!

Macie blisko do Sephory? Jeśli tak, kierujcie tam kroki i to szybko! Do 1 kwietnia trwa rewelacyjna akcja promocyjna "Wymień stare na nowe!" :))) Zasada jest prosta: przynosicie i zostawiacie swoje stare produkty do makijażu, a nowe kupujecie z 50% zniżką! Gdzie tkwi haczyk? Zniżka dotyczy asortymentu marki Sephora.






Żałuję, że w moim mieście nie ma Sephory, bo z chęcią skorzystałabym z oferty. Ale część z Was na pewno będzie miała szansę wydać parę złotych ;))) Regulamin promocji znajdziecie TUTAJ. Udanych zakupów! Na co ostrzycie ząbki? :)))

wtorek, 20 marca 2012

Gwarancji nie dam :)))

Słyszałyście o "rybkach" Dermogal A+E? To kapsułki, zawierające witaminowy preparat do stosowania na skórę, w postaci olejku mającego działać jak błyskawiczne serum wspomagające walkę z rożnymi dolegliwościami dermatologicznymi. Skuszona falą pozytywnych recenzji, jaka przetoczyła się przez You Tube, zdecydowałam się na zakup. Rybki można dostać bez recepty w każdej aptece, opakowanie zawierające 48 sztuk kosztuje kilkanaście złotych.





Doskonały kosmetyk do codziennej pielęgnacji skóry, zwłaszcza skóry wrażliwej z problemami (trądzik pospolity, trądzik różowaty, atopowe zapalenie skóry, łojotokowe zapalenie skóry, nadmierne złuszczanie skóry, nadwrażliwość na różne czynniki).

Preparat stanowi uzupełnienie pielęgnacji specjalistycznej, wpływając na poprawę nawilżenia, elastyczności i jędrności skóry. Kosmetyk doskonały pod makijaż.



Liczyłam na szybką i widoczną poprawę kondycji cery, zwłaszcza po tych wszystkich zachwytach, na które natykałam się w sieci. Preparat był tak bardzo zachwalany! Tylko dlaczego nikt nie ostrzegł, że ma tak mocny, charakterystyczny zapach???

Nie wiem, czy Dermogal działa. Nie wiem i nie chcę się dowiedzieć. Jego zapach mnie odrzuca! Zdołałam zaaplikować zawartość jednej rybki, wytrzymałam kilka minut, po których marzyłam już tylko o tym, żeby jak najszybciej umyć twarz i przestać czuć wokół siebie ten smrodek, od którego robiło mi się słabo ... Także przykro mi, ale recenzji nie będzie. Nie jestem w stanie tego stosować.

Wrażliwość na zapachy to oczywiście kwestia indywidualna. Wiem, że Dermogal ma wiele zagorzałych fanek, którym doskonale służy. Absolutnie nie podważam więc jego skuteczności, po prostu ostrzegam, że trzeba być przygotowanym na "doznania" ;))) Możliwe, że akurat Wam zapach olejku zupełnie by nie przeszkadzał. Ale gwarancji nie dam :)))


Pierwszej osobie,
która w komentarzu pod tym postem
wykaże się aktem odwagi
i wyrazi chęć sprawdzenia swojej odporności na zapach ;))),

podaruję widoczny na zdjęciu
blister rybek uszczuplony o jedną sztukę.

poniedziałek, 19 marca 2012

Nerwy do konserwy :)))

Być może pamiętacie, że utrwalam makijaż wodą. Pisałam o tym TUTAJ. Niestety moje ulubione drogeryjne wody w spreju (Rival de Loop i Ambra) nie wiadomo dlaczego jakiś czas temu zniknęły na dobre ze sklepowych półek (swoją drogą, czy to nie jest irytujące, kiedy coś bez wyraźnego powodu nagle zostaje wycofane z rynku? grrrr ... ). Chcąc nie chcąc musiałam powrócić więc do aptecznych wód termalnych. W efekcie w moje ręce trafiła najpierw nasza rodzima woda Iwostin, a następnie La Roche - Posay.






Woda termalna Iwostin

Właściwości:
  • Ma wyjątkowe właściwości kojące.
  • Łagodzi świąd i wszelkiego rodzaju podrażnienia skóry.
  • Dzięki zawartości krzemionki zwiększa elastyczność i odporność naskórka.
  • Dzięki zawartości jonów wapnia i kwasu metaborowego ma delikatne działanie ściągające i przeciwzapalne.
  • Likwiduje skutki działania twardej wody.
  • Ma najmniejszą twardość wśród wód termalnych dostępnych na rynku (8,4 N).
Wskazania:
  • Uzupełnia codzienną toaletę szczególnie delikatnej i wrażliwej skóry.
  • Odświeża po przebudzeniu, podczas podróży i po wysiłku fizycznym.
  • Zalecana do pielęgnacji skóry ze skłonnością do uczuleń (np. osobom, które nie mogą stosować wody z kranu).


Woda termalna La Roche - Posay

Właściwości:

Unikalna kombinacja minerałów i pierwiastków śladowych, takich jak selen, nadaje wodzie termalnej z La Roche-Posay udowodnione naukowo kojące, łagodzące i przeciwrodnikowe właściwości. Rygorystyczna formuła, aby zminimalizować ryzyko podrażnień. Preparat odpowiedni dla dorosłych i dzieci.

Wskazania:

Wrażliwa i/lub podrażniona przez czynniki zewnętrzne skóra (słońce, zabiegi dermatologiczne itp.).


Porównanie wypada na korzyść LRP. Nie mam tu na myśli jakichś uwag co do właściwości pielęgnacyjnych, bo obie wody stosowane bezpośrednio na nagą skórę przynoszą odczuwalną ulgę i z pewnością dobrze służą cerom wrażliwym, jednak Iwostin przegrywa jakością atomizera. Rozpyla dość duże, ciężkie krople, co w przypadku utrwalania makijażu nie jest pożądane. Jakże mnie to denerwowało! Czułam się jak pod prysznicem :))) Woda LRP pod tym względem jest zdecydowanie lepsza, dozownik pozwala na rozpylanie delikatnej mgiełki, łagodnie osiadającej na twarzy, bez żadnych szkód spajającej warstwy makijażu. Odświeżanie w ciągu dnia też jest bardzo przyjemne.






Decydując się za zakup jednej i drugiej wody, sugerowałam się aktualnymi promocjami i pojemnością butli. Widzę jednak, że dobra cena to nie wszystko. Czasem warto wydać więcej i zainwestować po prostu w jakość opakowania. Oszczędzając sobie nerwów :)))

piątek, 16 marca 2012

Chciałoby się :)))

Uwaga, nowość wydawnicza! Wszystkie miłośniczki talentu i wrażliwości Mariusza Szczygła zachęcam do lektury jego najnowszej książki, "Laska nebeska" :)))






"Laska nebeska" Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo Agora S.A.

Mariusz Szczygieł, reporter "Gazety Wyborczej", czechofil, autor dwóch bestsellerów "Gottland" i "Zrób sobie raj" zadebiutował jako felietonista.

Przez 17 tygodni realizował projekt literacko-dziennikarski: do 17 książek z serii "Literatura czeska" i ich filmowych adaptacji, wydawanych przez Wydawnictwo Agora, tworzył felietony, inspirowane tymi dziełami. Jak sam stwierdza:
"Z książek zapamiętuję tylko pojedyncze zdania i potem zaczynają one żyć w mojej głowie własnym życiem".

Felietony te są więc tylko improwizacją na temat danej książki, swoistym jam session, gdzie pojawiają się czasem zupełnie nieoczekiwane motywy: niepochowane urny, walka męża Heleny Vondraczkovej o godność żony, kochanka prezydenta Havla, najsławniejsze czeskie napisy klozetowe, produkcja sztucznego Boga czy rola hemoroidów w kulturze literackiej.

"Láska nebeská" zawiera nie tylko pełny zestaw felietonów, które czytelnicy sobotniego Magazynu Świątecznego "Gazety Wyborczej", gdzie się ukazywały, przyjęli z wielkim entuzjazmem, ale także materiały dodatkowe: szkice o wybitnych Czechach, takich jak sławny Świrus - Ivan Martin Jirous, legenda czeskiego undergroundu czy opowieść o Leonardzie Da Vinci znad Wełtawy - Jarze Cimrmanie. Autor przyznaje się wreszcie, dlaczego naprawdę nie zrobił wywiadu z siostrzenicą Franza Kafki.

"Láska nebeská" – z czeskiego, w dosłownym tłumaczeniu znaczy „miłość niebiańska”, ale ponieważ nie musi mieć nic wspólnego z Bogiem, autor woli tłumaczenie „miłość nie z tej ziemi”. Jest to związek dwóch słów, które dzięki swojemu brzmieniu i skojarzeniom mogą wprowadzić Polaka w dobry nastrój, nawet gdy nie wie, że chodzi o miłość. "Zresztą mam czasem wrażenie - pisze Mariusz Szczygieł - że po to właśnie zostali wymyśleni Czesi. Żeby wprowadzać Polaków w dobry nastrój".

Książkę ilustrują zdjęcia ulubionego czeskiego fotografa autora - Frantiszka Dostala. Jest to pierwsza polska publikacja tego artysty, zwanego fotografem absurdu.



Moje pierwsze wrażenie? "Taka mała książeczka?", pomyślałam. Fakt, gabaryty niewielkie, ale ta treść! Szczygieł jak zwykle jest niezawodny i trzyma poziom. Jest subtelnie, z lekka humorystycznie, anegdotycznie, mało "sedna", dużo "wokół", co pozostawia czytelnika ze sporą przestrzenią do refleksji. No i zdjęcia! Książka została zilustrowana fotografiami Frantsika Dostala. Genialnymi fotografiami!












(Zdjęcia: www.easyart.com)



Świetne, prawda? Więcej zobaczyć można chociażby TUTAJ, na oficjalnej stronie Mariusza Szczygła.

Polecam! Ale i ostrzegam: poczujecie niedosyt. "Laska nebeska" to lektura na jedno popołudnie. A chciałoby się więcej, więcej, więcej ... :)))



czwartek, 15 marca 2012

Czary Mary :)))

Marka Mary Kay do niedawna była dla mnie wielką niewiadomą. Dlaczego? Sprzedaż katalogowa plus brak konsultantek w moim otoczeniu. Ale jak wiecie, jakiś czas temu w moje ręce wpadło kilka produktów MK, w tym wodoodporna maskara Lash Love. Zapraszam na recenzję :)))





Lash Love. Podkreśla. Chroni. Znacznie pogrubia rzęsy bez efektu ciężkości.

Innowacyjna, elastyczna szczoteczka dociera nawet do najmniejszych rzęs. Rzęsy, wydają się grubsze, bardziej gęste i podkręcone. Innowacyjny kompleks składników Panthenol-Pro™ i witaminę E, nawilżają i wzmacniają rzęsy. Chroni rzęsy przed nadmierną łamliwością.

Po 7 dniach stosowania Tuszu do Rzęs Lash LoveTM większość kobiet biorących udział w niezależnym badaniu konsumenckim powiedziało, że tusz utrzymuje się na rzęsach przez co najmniej 10 godzin! A 3 na 4 kobiety potwierdziły, że nie skleja rzęs! Testy wykazały także, że formuła nie rozmazuje się nawet po wytężonym wysiłku fizycznym. A oto pozostałe opinie o tuszu:

- 90% kobiet powiedziało, że utrzymuje się przez cały dzień bez kruszenia się i rozmazywania;

- 90% kobiet potwierdziło, że podkreśla rzęsy w naturalny sposób, bez efektu ciężkości;

- 89% kobiet zauważyło, że rzęsy zostały podkręcone;

- 85% kobiet stwierdziło, że rzęsy zostały rozdzielone i wydawały się bardziej gęste.







Szczoteczka, którą pokochasz.

Dociera do nawet najmniejszych, trudno dostępnych rzęs. Rozdziela rzęsy. Zapewnia aplikację właściwej ilości tuszu. Zapobiega sklejaniu się rzęs.


Tusz czarodziej! Już dawno z żadnym tak dobrze mi się nie pracowało. Porządnie przyczernia, fantastycznie rozdziela rzęsy, co sprawia, że wizualnie jest ich więcej. Bardzo precyzyjna, wygodna szczoteczka ułatwia malowanie. Mimo obietnic producenta, podkręcenia rzęs nie zauważyłam, ale za to muszę się zgodzić, że tusz nie kruszy się i nie rozmazuje. Potwierdzam wysoką trwałość i wodoodporność, makijaż przetrwał morze łez, które wylałam żegnając się z mężem, kiedy wyjeżdżał na kilka miesięcy. Czy mogłabym wymyślić trudniejszy egzamin? ...

Lash Love spełnia wszystkie wymagania, jakie stawiam maskarom. Dzięki niemu przekonałam się nawet do silikonowej szczoteczki, bo generalnie wolę te tradycyjne. Nie mogłam uwierzyć, że już jednym pociągnięciem można tak precyzyjnie rozdzielić rzęsy! Bez długotrwałej, uważnej aplikacji, bez żmudnych poprawek.






Zdjęcia nie oddają niestety pełni jego możliwości. Żałuję, że nie zrobiłam ich kilka tygodni wcześniej, kiedy tusz był nowiutki. Bo z biegiem czasu coś dzieje się z jego konsystencją, która wyraźnie gęstnieje. Nie dramatycznie, ale różnica jest odczuwalna. Wcześniej rzęsy prezentowały się bardziej spektakularnie, teraz, po niespełna dwóch miesiącach, nadal w moich oczach wyglądają świetnie, jednak nie aż tak powalająco. Lash Love po prostu dość szybko traci swój niezwykły potencjał. I to jest mój jedyny, choć za to spory zarzut wobec tego tuszu, zwłaszcza że nie jest najtańszy (70 zł).

Ale i tak ciągle jestem pod wrażeniem tych początkowych czarów, jakie czynił z moimi rzęsami. Po prostu Czary Mary (Kay) :)))



środa, 14 marca 2012

Pole minowe ;)))

Nawet nie bubel, bo tego nie można o nim powiedzieć, na swój sposób jest skuteczny. Delikatny (ha! dobre sobie ... ) peeling Synergen, przykład produktu, którego opis ma się nijak do rzeczywistości. Nijak!






Soft - Peeling, peeling do twarzy dla skóry wrażliwej

Peeling Synergen usuwa delikatnie i głęboko wszelkie zanieczyszczenia oraz bakterie.
Delikatne oczyszczanie, uczucie gładkości skóry.
Tolerancja dla skóry przebadana dermatologiczne.


Soft - Peeling rekomendowany jest przez producenta cerom wrażliwym. Nie mogę po prostu w to uwierzyć! Wszystko można o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że nadaje się do skóry skłonnej do podrażnień. Różowa tuba kryje zatopione w żelowej bazie drobiny wielkości ziaren maku! Ostre, bardzo ostre. Zdecydowanie nie dla wrażliwców.

Ten peeling wygładziłby nawet hipopotama! Jest naprawdę mocny, porządnie poleruje skórę, pozostawiając ją gładką i oczyszczoną. Ale jeśli sugerować się nazwą i opisem na opakowaniu, nie ma szans trafić w ręce osób, które bez obaw mogłyby go stosować. Za to stanowi niezłą minę dla tych, którzy poszukują czegoś łagodnego. Dobrze, że przynajmniej jest tani (około 5 zł za 100 ml), mina po wybuchu nie sieje aż takiego zniszczenia. W portfelu. Bo na wrażliwej cerze na pewno ...

wtorek, 13 marca 2012

Porozmawiajmy :)

Przez media przetacza się dyskusja na temat etyki reklamy, wywołana protestem jednej z posłanek przeciwko wprowadzaniu konsumentek w błąd co do efektów, jakie daje nowy podkład pewnej znanej kosmetycznej marki. Chodzi o te zdjęcia, popatrzcie.






W czym problem? W tym, że nikt tak nie wygląda! Sprawa oczywiście jest tylko pretekstem do szerszej debaty, przysłowiowym wierzchołkiem góry lodowej. Wszystkie wiemy, jak to działa. Reklama dźwignią handlu. Zdajemy sobie sprawę, że zdjęcia reklamowe są retuszowane, a my, zwykłe kobiety, nigdy nie będziemy prezentować się jak ślicznotki z plakatu. A jednak dajemy się uwieść obietnicom, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Producenci puszczają do nas oko, czasami licząc po prostu na naszą naiwność, do granic absurdu ingerując w wizerunek modelek, korzystając z wszelkich dobrodziejstw grafiki cyfrowej. I tak oto z reklam spoglądają na nas odrealnione klony o idealnych proporcjach i idealnych cerach. Która z nas nie chciałaby tak wyglądać? Sięgamy więc do portfeli, kupujemy kolejne specyfiki, mechanizm jednym słowem działa, a interes się kręci ...

W sumie smutne to trochę. A najsmutniejsze jest to, że ten odrealniony świat reklam stał się normą. Bo opatrzyły nam się te idealne twarze, prawda? Nie oburzamy się, patrząc na retuszowane reklamy. Nie widzimy w nich nic złego. Oswoiłyśmy się. Dajemy przyzwolenie. Potrzebujemy impulsu z zewnątrz, na przykład dyskusji w mediach, żeby ponownie otworzyć na ten problem oczy.

Porozmawiajmy o tym.

poniedziałek, 12 marca 2012

Zamknięcie sezonu :)))

Ostatnie podrygi zimy. Najwyższa pora zakończyć serię recenzji zimowych kremów Flos - Lek Winter Care. Dziś oddaję głos Viollet, autorce bloga Na obcasach oraz B., mojemu mężowi, bo to właśnie im przypadło w udziale testowanie tłustego kremu do cery z problemami naczyniowymi oraz kremu ochronnego na narty i sporty zimowe :))) Zapraszam, będzie krótko i na temat.



Krem tłusty do cery z problemami naczyniowymi







Preparat przeznaczony jest do pielęgnacji cery suchej i mieszanej z wyraźnie występującymi rozszerzonymi naczynkami krwionośnymi. Może być aplikowany na dzień i na noc. Zawiera kompleks aktywnych wyciągów z trzech ziół : kasztanowca, arniki górskiej i miłorzębu japońskiego. Regularnie stosowany zmniejsza skłonność do powstawania rozszerzonych naczynek krwionośnych, obkurcza już istniejące, zmniejsza zaczerwienienie skóry. Poprawia jej wygląd czyniąc ją gładką, miękką, przyjemną w dotyku. Chroni skórę przed działaniem czynników atmosferycznych (wiatrem, wilgocią, niską temperaturą).


Oto jak krem oceniła Viollet :))) Poprosiłam ją o testy, bo mnie samej problemy cery naczynkowej są obce.


Dzięki uprzejmości Cammie i marki Flo - Lek dostałam do przetestowania krem tłusty do cery z problemami naczyniowymi, będący jednym z elementów linii Winter Care. Coś w sam raz na zimę dla osoby, która boryka się z rozszerzającymi się naczynkami - czerwienię się pod wpływem stresu, wysiłku, silnych emocji... Liczyłam więc na to, że ten kosmetyk podoła dwóm zadaniom: wypielęgnuje moją normalną skórę (która zimą zawsze jest lekko przesuszona) i jednocześnie wzmocni naczynka ograniczając rumieńce. Ochoczo przystąpiłam do użytkowania.

Krem zamknięty jest w plastikowym, czerwono-białym słoiczku. Ta estetyka nie rzuca mnie na kolana, ale nie to jest najważniejsze. Grunt, że opakowanie jest solidne i poręczne. Po odkręceniu wieczka ujrzałam folię zabezpieczającą, po zerwaniu której poczułam delikatny, przyjemny, lekko pudrowy zapach. Jest wyczuwalny wyłącznie podczas aplikacji, po zakończeniu której całkowicie znika. I tu kończą się pozytywy ... Mam kilka zarzutów wobec tego kosmetyku. Po pierwsze: konsystencja. Krem opisany jako tłusty, mający pielęgnować cerę zimą, w moim odczuciu powinien być treściwy, dość gęsty, odżywczy. Natomiast ten jest lekki, a podczas nakładania go na twarz odnoszę wrażenie, jakbym smarowała się wodą... Na mrozy z pewnością się nie nadaje. Pod makijaż niestety także nie. Pozostało mi zużywać go na noc, naprzemiennie z czymś o bogatszym składzie. W związku z tym nie miałam możliwości zaobserwować, czy wpływa na stan naczyń krwionośnych (choć prawdę mówiąc bardzo wątpię). Plus za to, że w żaden sposób nie pogorszył stanu mojej cery - nie zapchał mnie, nie wywołał wysypu, nie podrażnił. Niemniej jednak z pewnością więcej po niego nie sięgnę. W moim odczuciu nadaje się tylko na ciepłe dni, podczas których nie planujemy nakładać na buzię pełnego makijażu. Myślę, że nazwa Summer Care byłaby tu bardziej na miejscu ;)



Krem ochronny z filtrami UVA, UVB SPF 20 na narty i sporty zimowe






Krem polecany do pielęgnacji cery normalnej, suchej i mieszanej. Może być stosowany na twarz, dekolt, i inne części ciała narażone na bezpośrednią ekspozycje słoneczną (również na dłonie). Krem bardzo dobrze rozprowadza się tworząc film ochronny, który zabezpiecza skórę nie tylko przed nadmiernym nasłonecznieniem i utratą wody własnej z naskórka, ale jednocześnie przed stresującym wpływem czynników zewnętrznych (mróz, zmiany temperatur, wiatr, wilgoć, zanieczyszczenie powietrza). Krem doskonale pielęgnuje skórę, delikatnie zmiękcza naskórek, zmniejsza jego szorstkość, wygładza go, może być stosowany pod makijaż.



Słów kilka od mojego męża, który co prawda nie testował tego kremu uprawiając zimowe sporty, ale stosował go (i nadal stosuje) w bardzo trudnych, wysokogórskich warunkach, w jakie na kilka miesięcy zapędziły go sprawy zawodowe. Wybaczcie lakoniczność :)))


Krem w sumie przypadł mi do gustu. Jest wydajny, dobrze się wchłania, nie lepi się i skutecznie chroni przed ostrym słońcem w górach. Używam go jako kremu do wysuszonej skóry twarzy, bo mój balsam po goleniu nie radzi sobie, choć w kraju sprawuje się świetnie. Gdybym miał go kupić, nie wahałbym się.


Tak oto tymi dwiema gościnnymi recenzjami żegnam zimę!

Sezon uważam za zamknięty :)))

niedziela, 11 marca 2012

Coś w tym jest :)))

Gratka dla miłośniczek relaksujących kąpieli! Jeśli lubicie umilać sobie kąpielowe rytuały pachnącymi dodatkami, zwracam Waszą uwagę na aktualną promocję sieci Rossmann, obejmującą kule musujące Dairy Fun Milky Bath Bombs :)))









Opakowanie, w regularnej ofercie dostępne za około 12 zł, teraz upolować można za połowę ceny! W środku znajdziecie trzy 100-gramowe kule w wersjach Mleko & Miód, Karmel & Jabłko oraz Brzoskwinia & Mango. Wszystkie oszołamiająco pachnące :)))

Wrzucone do wanny, kule mocno musują, nie dając jednak piany. Zabarwiają za to wodę, odczuwalnie ją także zmiękczając. Mają lekkie właściwości natłuszczające, zapewne dzięki zawartości olejów z pestek winogron i awokado, przyjemnie odżywiają więc skórę. No i wypełniają łazienkę przepięknym zapachem! Taka kąpiel to prawdziwy relaks.

Producent obiecuje niezapomniane wrażenia! I chyba coś w tym jest :)))