beauty & lifestyle blog

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Maska Zorro ;)))

Gdyby ktoś jeszcze parę miesięcy temu powiedział mi, że bezsenne noce czekają mnie, zanim moje dziecko przyjdzie na świat, pewnie bym nie uwierzyła. Tymczasem od paru tygodni prawie nie sypiam ... Albo przewracam się (ekhm, powinnam raczej napisać, że się turlam :DDD) z boku na bok do piątej rano, albo zasypiam o przyzwoitej porze, ale za to sen jest rwany pobudkami co dwadzieścia minut. Cóż, taka ciążowa przypadłość. W każdym razie nie chcielibyście mnie zobaczyć rano, z zapuchniętymi z niewyspania oczami ;)))

Rychło w czas przypomniałam sobie, że w pierwszej przesyłce od Magazynu Drogeria dostałam pewien gadżet. Wtedy nie znalazłam dla niego zastosowania, a teraz jest jak znalazł! Silver Gel Mask Oriflame, żelowa maska przeciw opuchnięciom :)))









Maska żelowa Silver. Wypełnienie: żel. Schłodzić w lodówce. Maska pomaga zredukować opuchnięcia i przynosi ulgę zmęczonej twarzy i oczom. Nie mrozić.


Rewelacja, to działa! Maskę wystarczy na chwilę wsadzić do lodówki, a następnie schłodzoną nałożyć na twarz, zapinając na rzep z tyłu głowy. Żel dość długo utrzymuje obniżoną temperaturę, dzięki czemu opuchnięte powieki i skóra wokół oczu mogą spokojnie dojść do siebie. Opuchlizna schodzi, twarz się obkurcza, wracają normalne rysy. Uczucie towarzyszące zabiegowi jest całkiem przyjemne, można się zrelaksować, zwłaszcza teraz, w gorące dni.

Niestety nie udało mi się ustalić, czy jest to produkt znajdujący się w regularnej sprzedaży. Nie wiem też, ile kosztuje, w aktualnej ofercie niestety go nie widzę. Jeśli wiecie coś na ten temat, zostawcie info w komentarzach :)

Maska nadaje się oczywiście do wielokrotnego użytku. Łatwo utrzymać ją w czystości, łatwo też przechowywać. Nie dostrzegam żadnych jej wad, może z wyjątkiem dostępności. Poza tym widzę same zalety :))) Myślę, że jest świetnym rozwiązaniem dla osób, którym z jakichś względów  (chociażby alergicznych) dokuczają podpuchnięte oczy, albo dla takich, które po prostu mają ochotę od czasu do czasu zafundować sobie relaksujący chłodzący zabieg, na przykład po długiej pracy przed komputerem czy seansie przed telewizorem.

Silver Gel Mask ma jeszcze jedną zaletę. Dzięki niej przez moment można się poczuć (prawie) jak Zorro :DDD


niedziela, 29 kwietnia 2012

Wielka majówka :)))

Przed nami wielka majówka. Część z Was pewnie już wypoczywa, ciesząc się kilkoma dniami z dala od obowiązków. Pogoda dopisuje, jest pięknie! Niezależnie od tego, czy spędzamy ten czas aktywnie, czy też po prostu oddajemy się słodkiemu lenistwu, warto znaleźć chwilę na lekturę. Lekką i przyjemną, sprzyjającą relaksowi. Macie jakieś propozycje? Z chęcią się zainspiruję :)))

Tymczasem może zaciekawią Was "Pojechane podróże", zbiór opowieści z wypraw w różne zakątki świata pod redakcją Marka Tomalika, twórcy Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły?









"Pojechane podróże", zbiór relacji pod redakcją Marka Tomalika, Wydawnictwo Pascal 2012 

"Moją pasją jest wyciąganie ludzi z domów" - mówi Marek Tomalik, duch opiekuńczy tej książki, a potem - wraz z jej autorami - porywa nas w długą podróż przez drogi i bezdroża kontynentów. Pieszo, konno, traktorem, dwupłatowcem, rowerem, motocyklem czy niesamowitą pakistańską ciężarówką. Na lądzie, w powietrzu, pod wodą... Bohaterowie to ludzie zarażeni bakcylem przygody, nietuzinkowi, otwarci na świat, pełni dobrej energii i fantazji. W pasjonujący sposób opowiadają o najpiękniejszych, najdziwniejszych i najgroźniejszych zakątkach Ziemi oraz o swych najbardziej "pojechanych podróżach".



Do książki dołączona została płyta DVD z filmami podróżniczymi:



    * Długi Marsz 70 lat później;
    * Pakistańska ciężarówka;
    * Wielki Błękit Morza Czerwonego;
    * Traktoriada.



Redaktor oddał głos kilkunastu podróżnikom, którzy opowiedzieli o swoich niezwykłych wyprawach. Podróżnikom bardzo znanym, ale także i pasjonatom, o których mało kto słyszał. Nad obecnością niektórych z nich na łamach tej książki można by się zastanawiać (Jarosław Kuźniar? WTF???), ale generalnie powstała ciekawa mozaika. Muszę przyznać, że nie wszystkie historie wydały mi się porywające, ale część z nich zainteresowała mnie na tyle, że mam ochotę zgłębiać temat, poszukać obszerniejszych relacji. 

Niekwestionowaną zaletą tej książki jest jakość wydania. Świetny papier, genialna grafika, no i przede wszystkim przepiękne zdjęcia! Naprawdę można nacieszyć oczy, przenosząc się na moment w inny świat. W groźne Himalaje, do mroźnej Antarktyki, czy na surową Syberię.

Wasze majówkowe wyjazdy pewnie nie będą tak ekstremalne, ale i tak życzę Wam wspaniałych wrażeń! A jeśli zostajecie w domu, po prostu się relaksujcie. Może nad książką? :)))


sobota, 28 kwietnia 2012

W trybie pilnym :)))

Jakiś czas temu pokazywałam Wam zawartość ostatniej przesyłki od Virtual [KLIK]. Wśród otrzymanych kosmetyków znalazła się między innymi nawilżająca pomadka z wiosennej kolekcji My Flower, o której recenzję w (cytuję) trybie pilnym poprosiła mnie Zoila. Proszę bardzo :))) 

Kolekcja My Flower składa się z 12 kwiatowych odcieni, na tyle uniwersalnych, że każda z nas byłaby w stanie wybrać jakiś dla siebie.



(Zdjęcie: materiały promocyjne Virtual)



Mnie trafił się odcień nr 133 Nasturcja. Szczerze mówiąc nie za bardzo mi odpowiada, sama nigdy bym go nie wybrała. Za dużo w nim rudo - brązowych tonów, które niespecjalnie mi służą. Dlatego też wybaczcie, ale nie będę pokazywała go na ustach, musicie zadowolić się zwykłym swatchem.
















Inspiracją nowej kolekcji pomadek My Flower marki Virtual są naturalne barwy kwiatów. Pomadki posiadają delikatną i kremową konsystencję a ich nazwy nawiązują do kwiatów. Piwonia, orchidea czy róża sprawiają, że usta stają się odpowiednio pełne, delikatne i powabne.

Pomadka My Flower Virtual łączy w sobie pielęgnację, delikatną kremową konsystencję i naturalne kolory. W skład kolekcji wchodzi 12 delikatnych i lśniących odcieni, w tym 3 klasyczne odcienie nude.

Lekka, kremowa konsystencja sprawia, że pomadka wyjątkowo długo utrzymuje się na ustach. Pomadka My Flower została wzbogacona w kompleks witamin oraz regenerujący olej z wiesiołka w wersji ECO, jeden z najcenniejszych olejów kosmetycznych. Olej z wiesiołka działa przeciwzapalnie, przeciwalergicznie i ochronnie. Dzięki odżywczym właściwościom pomadka My Flower doskonale pielęgnuje spierzchnięte i suche usta pozostawiając je idealnie nawilżone. Udoskonalona formuła nie zawiera parabenów. 



Plastikowa osłonka, choć utrzymana w uroczej różowej stylistyce, nie robi wrażenia szczególnie trwałej. Trzeba jednak pamiętać, że Virtual to marka kierująca swój asortyment głównie do dziewcząt i młodych kobiet, nie sięgających zwykle po produkty luksusowe. Także 13 złotych, które trzeba wydać na My Flower, to cena zupełnie adekwatna. A nawet całkiem atrakcyjna, biorąc pod uwagę jakość samej pomadki :)))

My Flower zaskoczyła mnie swoją przyjemną formułą. Pomadka, dość kryjąca i lekko błyszcząca, ładnie podkreśla usta, nie wysuszając ich i nie zbierając się w załamaniach. Brawo! Miękka konsystencja pozwala wygodnie rozprowadzić pigment, który nie odznacza się może jakąś wyjątkową trwałością (nie przeszedł próby jedzenia i picia), ale ściera się równomiernie i nie wymaga ciągłej kontroli w lustrze. Stopień nasycenia kolorem też był dla mnie niespodzianką. Pomadki o nawilżających właściwościach zwykle nie kryją zbyt mocno, My Flower natomiast jest na ustach naprawdę widoczna. Nie bójcie się jednak, aplikacja, dzięki satynowemu, połyskującemu wykończeniu, nie musi być szczególnie precyzyjna.

Zoila, masz swoją recenzję w trybie pilnym :))) Jeśli ciągle zastanawiasz się nad zakupem, to moim zdaniem "brać!" :DDD Nasturcja niestety zdecydowanie nie jest kolorem dla mnie, ale jeśli natknę się gdzieś na Oleander, to pewnie się skuszę. 

A Wam który kwiat z tego wiosennego bukietu Virtual spodobał się najbardziej? :)))


piątek, 27 kwietnia 2012

Co za dużo, to niezdrowo :)))

W ramach kontynuacji wczorajszego tematu, dziś przybliżę Wam kolejny produkt do pielęgnacji włosów.

Kosmetyki Schwartzkopf Gliss Kur zwykle służyły moim włosom (zwłaszcza dwufazy w spreju), ucieszyłam się więc z możliwości poznania dzięki Magazynowi Drogeria odżywki Oil Nutritive, mającej poprawiać kondycję włosów długich skłonnych do rozdwajania. 









ODŻYWKA OIL NUTRITIVE ułatwia rozczesywanie dłuższych, skłonnych do rozdwajania się włosów oraz efektywnie redukuje łamliwość końcówek aż do 90%.
Wyjątkowa formuła, zapobiegająca rozdwajaniu się końcówek włosów, zawiera 7 regenerujących olejków odżywczych. Chroni włosy po same końce i zapewnia im zdrowy połysk. Formuła z kompleksem płynnej keratyny precyzyjnie regeneruje uszkodzenia włosów oraz wypełnia pęknięcia na ich powierzchni.


Skład Oil Nutritive zrobił na mnie wrażenie, w formule odżywki znajduje się bowiem aż siedem różnych olejków - olej arganowy, olej z orzeszków makadamia, oliwa z oliwek, olej ze słodkich migdałów, olej z pestek moreli, olej marula i olej z nasion sezamowych. Nic dziwnego, że spodziewałam się spektakularnych efektów, które mnie od tej odżywki uzależnią. Tymczasem butelka (wcale nie za pojemna, zaledwie 200 ml) od kilku dobrych miesięcy "jakoś" nie może się opróżnić ;))) 

Zgodnie z obietnicami producenta, właściwości Oil Nutritive powinny być mocno odżywcze i regenerujące. Na pewno coś w tym jest, bo włosy po jej zastosowaniu są wygładzone, sprawiając wrażenie zdrowych i mocnych. Początkowo bardzo mi się to podobało, ale zauważyłam, że efekt ten jest powierzchowny i niestety nietrwały. To znaczy na pewno nie traktujcie tej odżywki jako kuracji, która w cudowny sposób scali rozdwojone końce Waszych włosów, raczej nastawcie się na wizualną poprawę ich wyglądu. Dla mnie to  jednak za mało, tym bardziej, że zauważyłam, jak bardzo Oil Nutritive obciąża fryzurę. Ciągle miałam wrażenie, że moje włosy są nienaturalnie ciężkie, a co gorsza - jakby niedomyte. Wiem, że to pewnie przez bogaty, odżywczy skład, ale okazało się to dla mnie na tyle irytujące, żeby sięgać po tę odżywkę niechętnie. 

Do niczego więcej w sumie nie można się przyczepić. Konsystencja odżywki jest całkiem przyjemna, gęsta i zwarta, nie ściekająca z włosów, co zdecydowanie ułatwia jej aplikację i pozytywnie wpływa na wydajność. Zapach Oil Nutritive, choć dość mocny, jest przyjemny i neutralny. Opakowanie też jest bardzo udane, może nie najpiękniejsze (drażni mnie ten wściekły żółty kolor), ale za to praktyczne, bo jego podstawę stanowi aplikator, do którego odżywka stopniowa spływa, nie marnując się w żadnych zakamarkach butelki. Wątpliwości może budzić jedynie cena, bo w świetle mojego niezadowolenia z efektów pewnie żałowałabym wydania kilkunastu złotych. 

Gdyby nie zauważalne obciążanie włosów, które uznaję za podstawową wadę tej odżywki, mogłabym się z nią polubić. Doceniam jej bogaty skład i wygodę stosowania, ale to jednak nie jest produkt dla mnie. Wolę, kiedy moje włosy są lekkie i sypkie. 

Siedem olejków? Dlaczego nie. Ale ja dziękuję! Co za dużo, to niezdrowo :)))

czwartek, 26 kwietnia 2012

Zwracam honor :)))

Przyznaję, po pierwszych nieudanych doświadczeniach z marką Isana [KLIK], ani w głowie mi było nadziać się na kolejny bubel, w związku z czym omijałam ją szerokim łukiem. Ale w obliczu tylu zachwytów nad odżywką z olejem babassu wymiękłam :)))









Odżywcze składniki pielęgnacyjne wzbogacone olejkiem babassu wzmacniają włosy. Długotrwałe wygładzenie i łatwe rozczesywanie kręconych i niesfornych włosów. Wysokiej jakości aktywne substancje ze specjalnym składniekiem zapobiegającym puszeniu się włosów długotrwale wygładzają niesforne i kręcone pasma włosów dodając im elastyczności. Włosy łatwo się rozczesują i nabierają olśniewającego połysku. Miły zapach uprzyjemnia mycie włosów.


Po pierwszych zachęcających recenzjach, na jakie się natknęłam, zaczęłam się zastanawiać "ale o co chodzi? co to takiego, do licha, ten cały olej babassu?". 


Olej babassu, uzyskiwany w wyniku tłoczenia na zimno nasion - orzechów brazylijskiej palmy Cohune, jest podobny w składzie do oleju kokosowego. Ze względu na wysoką zawartość kwasu laurynowego masło idealnie topi się na ludzkiej skórze. Olej babassu bardzo szybko się topi na skórze i łatwo w nią wchłania nie pozostawiając uczucia tłustości. Jest doskonałym emolientem, w kremach i mleczkach spełnia także rolę stabilizującą emulsję, zwiększa rozsmarowywalność produktu kosmetycznego. W produktach do pielęgnacji włosów olej babassu wnika w strukturę włosa i wygładza go, ułatwia rozczesywanie i zabezpiecza przed rozdwajaniem końcówek. 
(Cytat za: www.zrobsobiekrem.pl).



Koniec końców, skusiłam się. Isana to tania marka własna sieci Rossmann, także pomyślałam, że mogę zaryzykować piątaka. Tymczasem załapałam się na jakąś promocję, w której odżywka kosztowała zawrotne 3,9 (za 300 ml!), co już całkiem rozwiało moje wahania :DDD

I wiecie co? To były bardzo dobrze wydane pieniądze. Odżywka okazała się spełniać wszystkie obietnice producenta i potwierdzać wszelkie zachwyty na swój temat. Łatwo dostępna, taniutka i skuteczna! Stosowałam ją już i tradycyjnie, nakładając tylko na chwilę, jak i jako maskę, pod czepek i ręcznik. W obu wariantach się sprawdziła, choć bardziej widoczne efekty przynosiła po dłuższym trzymaniu na włosach. Nie wiem, jak dba o kondycję włosów kręconych, do jakich jest w sumie rekomendowana, ale moje długie i proste wyraźnie wygładza, ujarzmiając też baby hair! Baaardzo mi się to podoba :)))

Polubiłam tę odżywkę i niniejszym odszczekuję wszelkie wcześniejsze inwektywy na temat Isany! Zwracam honor :))) A Was proszę o podzielenie się swoimi udanymi doświadczeniami z produktami tej marki. Na jakie inne perełki powinnam zwrócić uwagę?


środa, 25 kwietnia 2012

Co złego, to nie ja :DDD

Ankieta Ty wybierasz! zamknięta! Oddałyście łącznie 233 głosy, z których niezbicie wynika, że największym zainteresowaniem cieszył się tonik do skóry dojrzałej i wymagającej Alterra Orchidea (31% wskazań). Niemal identyczny rezultat (30% wskazań) uzyskał szampon do włosów przetłuszczających się Barwa Naturalna Żurawina & Vitamin Complex LA. Ponieważ oba produkty dzieliła tak nieznaczna różnica głosów, chcąc usatysfakcjonować wszystkich, postanowiłam, że zrecenzuję obydwa :)))

Alterry nie trzeba nikomu przedstawiać. Marka, dostępna w sieci Rossmann, szturmem podbiła serca ekomaniaczek, oferując szeroki asortyment naturalnych kosmetyków o przyjaznych składach w śmiesznie niskich cenach. Tonik Orchidea, o pojemności 150 ml, to wydatek rzędu raptem około 9 złotych.









Naturalny tonik o łagodnej formule opracowany specjalnie dla cery dojrzalej i wymagającej. Zawiera m.in olej arganowy, ekstrakt z orchidei i glicerynę roślinną zapewniające działanie nawilżające i odżywcze. Ekstrakt z liści miłorzębu japońskiego oraz naturalny koenzym Q10 działają antyrodnikowo i przeciwstarzeniowo. Delikatny kwiatowy zapach rozpieszcza zmysły. Cera staje się odświeżona i przygotowana do kolejnych zabiegów. Produkt posiada certyfikat BDIH. 


Tonik rekomendowany jest cerom dojrzałym. Gdybym wcześniej nie miała do czynienia z kremem pod oczy z tej serii [KLIK], pewnie ominęłabym go szerokim łukiem, uznając, że to produkt dla starszych pań. Na szczęście nauczona doświadczeniem już wiem, że przy wyborze kosmetyków pielęgnacyjnych lepiej kierować się nie wiekiem, a rzeczywistymi potrzebami skóry. A moja skóra zdecydowanie potrzebuje ostatnio odżywienia. I tak mój wybór okazał się strzałem w dziesiątkę!

Orchidea według mnie ma same zalety. Łatwo dostępna i tania, tonizuje, oczyszcza, odświeża, nie ściągając przy tym skóry. Ma lekko tłustawą konsystencję (naprawdę nieznacznie, ale wystarczająco, by przynieść ulgę przesuszonej, cienkiej cerze), dzięki której działa nieco odżywczo, co rzadko zdarza się produktom tego typu. Delikatny, przyjemny zapach to dla mnie kolejny plus. Z pewnością będę to tego toniku wracać! A Was zachęcam do jego wypróbowania :)))



Barwa też jest marką popularną i tanią, rzekłabym nawet, że niskopółkową. Co nie znaczy, że nie warto zainteresować się jej asortymentem. Ja od lat wiernie wracam do jej ziołowych szamponów, najczęściej do pokrzywowego [KLIK]. Ależ miałam niespodziankę, kiedy zorientowałam się, że linia została poszerzona o szampon żurawinowy! Musiał być mój. Zresztą, jak tu się nie skusić, kiedy za 250 ml zapłacić trzeba zaledwie 4 złote? :)))









Krystalicznie czysty szampon z naturalnym ekstraktem z żurawiny i kompleksem witamin przeznaczony do mycia włosów przetłuszczających się. Regularne stosowanie wzmacnia, odżywia, nawilża włosy jednocześnie zwiększając ich puszystość i witalność. Kosmetyk przebadany dermatologicznie. 


Nie jest to zapewne szampon, który ma szansę spodobać się każdemu. Jego prosty skład sprawia, że owszem, dobrze się pieni i świetnie oczyszcza, ale pozbawiony tych wszystkich bajerów, które sprawiają, że po myciu włosy są gładkie i niesplątane, mógłby przez niektórych zostać uznany za bubel. Ja jednak cenię sobie jego właściwości, nawet jeśli nie do końca wierzę w zbawcze działanie zawartego w nim kompleksu witamin ;)))

Szampon ma nieobciążającą formułę, doskonale pielęgnującą włosy przetłuszczające się. Może ich nie wygładza, ale pozwala nadać fryzurze objętości, gwarantując przy tym jej lekkość i świeżość. Piękny kolor i apetyczny zapach sprawiają, że jego stosowanie to sama przyjemność. Mam nadzieję, że seria nadal będzie się rozwijać i że za jakiś czas dostępne będą kolejne warianty Barwy Naturalnej :)))


Edit: Poszperałam na stronie producenta [KLIK] i okazuje się, że w serii Barwa Naturalna dostępny jest także szampon jajeczny, piwny, lniany, agrestowy i jabłkowy! Niestety w sklepach nigdy ich nie widziałam ...


Oba produkty to propozycje niskobudżetowe, chyba na każdą kieszeń, dowodzące, że cena nie jest jedynym wyznacznikiem jakości. Cieszę się, że mogłam Wam coś o nich napisać i być może skusić do zakupów. Tylko w razie czego pamiętajcie, co złego, to nie ja, same wybrałyście! :DDD

wtorek, 24 kwietnia 2012

Licencja na uszczęśliwianie :)))

Chciałabym móc pisać o tym kremie wyłącznie w samych superlatywach, wiecie doskonale, jak lubię markę Phenome. Jak dotąd, nigdy mnie nie zawiodła. Happy Eye Area Lightener, rozświetlający krem pod oczy, który trafił do mnie za pośrednictwem Magazynu Drogeria, sam w sobie w sumie też jest świetny, jednak nie mogę przejść obojętnie obok mankamentów opakowania, niedopuszczalnych moim zdaniem w przypadku produktu z tej półki cenowej ... Ale po kolei.






Rozświetlający krem pod oczy stymulujący produkcję beta-endorfin

Niezwykle aksamitny preparat do pielęgnacji skóry wokół oczu, opracowany na bazie ekologicznych wód roślinnych, organicznych olejów oraz naturalnych ekstraktów. Krem wygładza oraz optycznie koryguje zmarszczki, drobne linie i nierówności. Zawartość naturalnych składników przeciwutleniających hamuje proces starzenia się skóry, a nawilżających - wzmacnia ją, przywracając optymalny dla niej poziom nawodnienia. Preparat pobudza w skórze produkcję beta-endorfin, które niwelują skutki stresu i zmęczenia, przynosząc jej relaks i odprężenie, a przy tym poprawę ogólnego samopoczucia. Skóra wokół oczu jest delikatnie rozświetlona, ukojona i wypoczęta, kontur oka zachowuje młodzieńczy wygląd.










Na pielęgnację skóry wokół oczu, z racji wieku, zwracam szczególną uwagę. Lubię, kiedy krem odczuwalnie nawilża i lekko napina, wygładzając załamania skóry i pierwsze zmarszczki. Muszę przyznać, że właściwości Happy spełniają te wymagania. Krem wyraźnie poprawia kondycję tego delikatnego obszaru. Dzięki lekkiej konsystencji łatwo się rozprowadza, świetnie się wchłania, nie pozostawiając rolującego się filmu, doskonale nadaje się więc pod makijaż. Każda aplikacja przynosi zatem wyraźną ulgę, skóra naprawdę się odpręża. I może w tym właśnie należy dopatrywać się obiecywanego przez producenta efektu rozświetlenia, które ja odbieram raczej jako odświeżenie spojrzenia, bo jakiegoś błysku dostrzec nie potrafię. Relaksujące właściwości kremu wzmacnia też jego delikatnie różany zapach. Jest dość wyczuwalny, także ostrzegam osoby wrażliwe na tym punkcie. Ja go polubiłam.

Nie polubiłam natomiast opakowania. Żeby nie było, jego estetyka bardzo mi odpowiada, wpisuje się w ascetyczny styl marki. Ucieszyłam się też z pompki, gwarantującej higieniczną aplikację. Niestety to właśnie pompka okazała się najsłabszym punktem tego kremu, bo z biegiem czasu zaczęła odmawiać współpracy. Kłopoty pojawiły się mniej więcej w połowie pojemności, raz działała, innym razem nie mogłam wydobyć ani odrobiny. Ten stan utrzymuje się w sumie do dziś i sprawia, że stosowanie tego kremu kosztuje mnie trochę nerwów. Happy Eye Area Lightener kosztuje 139 zł (za 15 ml), uważam więc, że za taką cenę mamy prawo oczekiwać niezawodnego aplikatora. Sytuację ratuje wydajność. Używałam tego kremu przez cały styczeń (rano i wieczorem), w lutym odstawiłam go na rzecz innego preparatu, wróciłam do niego w marcu i od tamtej pory stosuję go każdego dnia rano. W butelce ciągle mam jeszcze około 1/3 pojemności. Niezły wynik, prawda?

Podsumowując - świetny krem z kiepskim aplikatorem w naprawdę wysokiej cenie. Do jego zalet z pewnością trzeba zaliczyć przyjazny skład (wody roślinne, sok aloesowy, wyciągi z korzenia różeńca górksiego, kłączy irysa, żeń-szenia, korzenia lukrecji, liści winogron, cedru, mięty pieprzowej i liści oczaru wirginijskiego, masło shea, olej winogronowy, ze słodkich migdałów, jojoba, arganowy, z awokado, kwas hialuronowy i mika), skuteczność i odprężenie, jakie przynosi skórze. Nie można jednak nie zauważyć także jego wad, głównie wadliwej pompki. Wysoką cenę celowo pomijam, bo to jednak kwestia względna. Mnie osobiście ręka by zadrżała, gdybym miała tyle zapłacić. W każdym razie uważam Happy za krem z ogromnym potencjałem. Z licencją na uszczęśliwianie :)))


niedziela, 22 kwietnia 2012

Tydzień z życiorysu :)))

Jeśli macie przed sobą pilne zadania, nawet nie dotykajcie tych książek. Nie bierzcie się do czytania, jeśli z jakichś względów goni Was czas. Jak tylko zanurzycie się w lekturze, nie zdołacie się oderwać! Tydzień wyjęty z życiorysu gwarantowany. Wszystko za sprawą porywającej trylogii Suzanne Collins, na którą składają się tomy "Igrzyska śmierci", "W pierścieniu ognia" i "Kosogłos".





Suzanne Collins "Igrzyska śmierci", "W pierścieniu ognia", "Kosogłos", Wydawnictwo Media Rodzina 

Czy zdołałbyś przetrwać w dziczy, zdany na własne siły, gdyby wszyscy dookoła próbowali wykończyć cię za wszelką cenę? 

Na ruinach dawnej Ameryki Północnej rozciąga się państwo Panem, z imponującym Kapitolem otoczonym przez dwanaście dystryktów. Okrutne władze stolicy zmuszają podległe sobie rejony do składania upiornej daniny. Raz w roku każdy dystrykt musi dostarczyć chłopca i dziewczynę między dwunastym a osiemnastym rokiem życia, by wzięli udział w Głodowych Igrzyskach, turnieju na śmierć i życie, transmitowanym na żywo przez telewizję. 

Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny – musi troszczyć się, by zapewnić byt młodszej siostrze i chorej matce, a to prawdziwa walka o przetrwanie... 

Uznana pisarka Suzanne Collins jest mistrzynią w konstruowaniu zaskakujących zwrotów akcji, doskonale łączy refleksję z przygodą i romansem w swojej nowej, świetnej powieści o przyszłości, która niepokojąco przypomina teraźniejszość. 


Czuję się nieco dziwnie, recenzując książki z założenia przeznaczone dla młodzieży. Cóż, nastolatką już dawno nie jestem :))) A jednak trylogia mnie wciągnęła, nie miałam w dodatku wrażenia, że czytam coś uproszczonego, infantylnego. Jestem przekonana, że jej olbrzymia popularność, wzmocniona sukcesem ekranizacji pierwszej części, wynika po prostu z uniwersalności przesłania, jakie niesie, trafiającego do wszystkich, i tych młodszych, i tych dojrzałych. Jest poza tym po prostu dobrze napisana, trzymająca w napięciu, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji.

"Igrzyska śmieci" zaskakują od pierwszej strony. Wkraczamy w inny, obcy, brutalny świat. Poznajemy bohaterów, nie możemy uwierzyć w to, co ich spotyka. Kibicujemy. Liczymy na cud.

Cud się zdarza. "W pierścieniu ognia"  pozwala nam nawet przez chwilę się z niego cieszyć. Ale igrzyska nigdy się nie kończą ... Wszystko wraca.

"Kosogłos" przywraca nadzieję. Walka o nowy ład wymaga co prawda poświęceń, jest pełna okrucieństw i zła, ale na koniec przynosi triumf. Trudny, gorzki, ale zasłużony.


Więcej szczegółów nie zdradzę, nie będę psuła Wam przyjemności samodzielnego wkraczania w świat igrzysk. Czytajcie! Tylko najpierw upewnijcie się, że macie wolny tydzień :)))

  

sobota, 21 kwietnia 2012

Do trzech razy sztuka :)))

Ostatniemu z trzech lakierów Joko Find Your Color z kolekcji Kolory Maroka, jakie otrzymałam, J145 Indigo, naprawdę udało się mnie zaskoczyć. Niesamowite, jak bardzo różni się od dwóch wcześniejszych, które Wam prezentowałam [TU i TU]! 

Indigo, jak sama nazwa wskazuje, to intensywny, mocny, dość jaskrawy odcień granatu. Na paznokciach jest bardzo widoczny, rzuca się w oczy. Wyjątkowo mi się spodobał.












Co go odróżnia od pozostałych testowanych przeze mnie kolorów? Przede wszystkim konsystencja. O ile dwa poprzednie były bardzo gęste, tak ten okazał się rzadki, wręcz wodnisty. Przekłada się to oczywiście na słabsze krycie, ale także na zdecydowanie łatwiejszą aplikację.


1. Dostępność - 0 (kiepska).
2. Cena - 1 (12 zł, tym razem uznaję, że nie żałowałabym zakupu).
3. Kolor - 1 (identyczny jak w buteleczce, intensywny i po prostu ładny).
4. Aplikacja - 1 (łatwa dzięki sprzyjającej konsystencji).
5. Pędzelek - 0 (bardzo szeroki i nieprecyzyjny).
6. Krycie - 1 (słabsze niż w przypadku innych odcieni, ale w gruncie rzeczy dla dobrego efektu wystarczą dwie warstwy).
7. Wysychanie - 1 (standardowe).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Nail Quencher Hydrating Base Coat i Inglot Dry & Shine) - 1 (bez smug i pęcherzyków powietrza).
9. Trwałość - 0 (lepsza niż w przypadku pozostałych kolorów, ale i tak nie dłuższa niż 3 dni).
10. Zmywanie - 1 (bezproblemowe).

Moja ocena: 7/10.


Indigo może nie ma rewelacyjnej jakości, ale na tle Pickled Lemon i Moroccan Mud naprawdę wyróżnia się in plus. I stanowi dowód na to, że nie warto skreślać całej kolekcji na podstawie pierwszych nieudanych doświadczeń. W przypadku Kolorów Maroka zadziałała zasada "do trzech razy sztuka" :)))

piątek, 20 kwietnia 2012

Co myślicie? :)))

W ramach współpracy z marką Dermedic dziś proponuję Wam wpis na temat nowej serii dermokosmetyków Emolient Linum, emolientów z olejem lnianym, przeznaczonych do pielęgnacji skóry suchej, bardzo suchej i atopowej. Są tu jakieś "sucharki'? ;)))




(Zdjęcia: materiały promocyjne Dermedic)


W trosce o zdrowy wygląd naszej skóry marka dermokosmetyków Dermedic Laboratorium wprowadza na rynek serię EMOLIENT LINUM. To specjalna linia produktów przeznaczona dla osób ze skórą suchą, bardzo suchą oraz osób cierpiących na atopowe zapalenia skóry (AZS). Dermokosmetyki EMOLIENT LINUM zostały stworzone w oparciu o kojące i odżywcze właściwości lnu, bogatego w nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT) Omega 3, Omega 6 i Omega 9, który działa przeciwzapalnie i przeciwświądowo, łagodzi objawy suchych egzem, hamuje rozwój patogennych bakterii. Seria EMOLIENT LINUM charakteryzuje się delikatną i nietłustą konsystencją. W skład linii wchodzi: regenerujący krem do rąk, kojący krem nawilżający, lotion do ciała oraz olejek do kąpieli. 

Czym są emolienty?
Nazwa emolient wywodzi się z języka łacińskiego. „Emolliere” oznacza zmiękczać, łagodzić, nawilżać. Kosmetyki oparte na emolientach przeznaczone są do pielęgnacji skóry bardzo suchej, atopowej i skłonnej do podrażnień. Emolienty regenerują płaszcz hydrolipidowy skóry, nawilżają oraz chronią ją przed utratą wilgoci. Dzięki lekkiej konsystencji szybko się wchłaniają i nie pozostawiają tłustej warstwy na skórze.

 Jak działają dermokosmetyki z serii EMOLIENT LINUM?
Dermokosmetyki EMOLIENT LINUM posiadają właściwości lecznicze stąd są także nazywane lekokosmetykami. Skuteczne działanie zapewnia kompleksowo dobrana formuła składników aktywnych, która pozwala chronić i długotrwale nawilżać suchą, bardzo suchą i atopową skórę. Przy projektowaniu nowej serii  Dermedic Laboratorium wykorzystano przede wszystkim niezwykłe właściwości oleju lnianego, który powstał z wyselekcjonowanych gatunków lnu, spełniających surowe wymagania jakościowe. Olej lniany bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe Omega 3, Omega 6 i Omega 9 łagodzi mikrourazy naskórka, zmniejsza podrażnienia oraz nawilża skórę, w efekcie czego staje się ona gładka i elastyczna. Długotrwałe nawilżenie skóry jest możliwe dzięki zawartym w oleju lnianym składnikom, które redukują przeznaskórkową utratę wody. Ponadto, olej lniany działa przeciwzapalnie i przeciwświądowo, hamuje rozwój patogennych bakterii oraz wspomaga leczenie ran i owrzodzeń skóry, poprawiając wyraźnie jej stan. Dermokosmetyki z serii EMOLIENT LINUM nie zawierają dodatkowych substancji zapachowych, barwników i konserwantów, dzięki czemu nie powodują podrażnień.



Jak już mogłyście przeczytać, w skład tej silnie nawilżającej serii wchodzą cztery produkty.



REGENERUJĄCY KREM DO RĄK



KOJĄCY KREM NAWILŻAJĄCY



LOTION DO CIAŁA



OLEJEK DO KĄPIELI



Co myślicie o tej serii? Wydaje się godna uwagi. Piszcie, który z produktów zainteresował Was najbardziej, postaram się jak najszybciej Wam go przybliżyć :)))

czwartek, 19 kwietnia 2012

Zdobycze ;)))

Chciałyście haul, więc oto jest! Nie wiem, na czym polega fenomen tego typu wpisów, sama też uwielbiam przyglądać się cudzym zakupom :))) 

Wykorzystując urodzinowy kupon rabatowy (rzutem na taśmę, bo jeszcze dwa dni i straciłby ważność), zaszalałam w Douglasie. W mocno spóźnionym prezencie (bagatelka, zaledwie trzy miesiące :DDD) kupiłam nowy podkład Lancome, Teint Idole Ultra 24H (w regularnej cenie 160 zł). Skusiłam się też na tonik z serii XL.xs. Wielka butla (400 ml) w dobrej cenie, bo trafiłam akurat na promocję (30 zł).






W Tesco, w czasie zwykłych cotygodniowych zakupów, moją uwagę przykuły produkty Organix. Dostępna była cała gama organicznych szamponów i odżywek, ale ostatecznie zdecydowałam się na odżywczą linię Mandarin & Olive Oil, z ekstraktem z mandarynki i oliwą z oliwek (łącznie około 50 zł, co może wydawać się wygórowaną ceną, ale zaznaczam, że pojemność opakowań  to prawie 400 ml).






W Rossmannie udało mi się znaleźć ciekawy korektor pod oczy. Od dawna szukałam czegoś lekkiego, a jednocześnie kryjącego. Wybór padł w końcu, w sumie przypadkowo, na kofeinowy Garnier Roll-on przeciw opuchnięciom i cieniom (około 30 zł). Nigdy wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi, może dlatego, że nie jest eksponowany wśród kolorówki, tylko na półkach z pielęgnacją. Już teraz mogę Wam zdradzić, że jest rewelacyjny.






Nie mogłam oprzeć się też pędzlowi do pudru Elite Professional (30 zł). Chodziłam wokół niego kilka miesięcy, w końcu się złamałam. Myślę, że szybko doczeka się recenzji.






Teraz Empik. Jakiś czas temu zostałam obdarowana bonem podarunkowym na okrągłą sumkę, więc dałam się ponieść :))) Chwyciłam trylogię Suzanne Collins ("Igrzyska śmierci", "W pierścieniu ognia", "Kosogłos", każdy tom około 30 zł), od której od tygodnia nie mogę się oderwać, a także historię dziewczynki w zielonym sweterku "W ciemności" Krystyny Chiger (30 zł) i "Pojechane podróże" p.red. Marka Tomalika (45 zł), które czekają jeszcze na swoją kolej.






Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o ciuchy, to jest ciężko. Mój rosnący ciążowy brzuszek sprawia, że w zwykłych sklepach w zasadzie nie mam już czego szukać ;))) W związku z czym rekompensuję to sobie dodatkami :DDD W C&A spodobał mi się wiosenny szal - komin, z cienkiej różowej tkaniny (około 30 zł). W Butiku z koszyka z przecenami wygrzebałam szaro-błękitną tekstylną bransoletę (4 zł!). Na koniec w Takko wpadł mi w oczy różany wisior (30 zł). 






Tak oto prezentują się moje "zdobycze" ostatnich kilku tygodni. Ciekawa jestem, czy coś szczególnie Was zainteresowało. Komentujcie, zapraszam!




środa, 18 kwietnia 2012

Kto ze mną? :)))

"Projekt denko" żyje w internecie własnym życiem. Zarówno na You Tube, jak i na blogach, od długiego czasu ogranicza się w zasadzie do prezentowania pustych opakowań po zużytych produktach i chyba mało kto pamięta, jaki był oryginalny sens tej akcji. Wywodzący się z amerykańskiego YT "10 pan project" zakładał wskazanie dziesięciu kosmetyków zalegających z jakichś powodów w naszych łazienkach i toaletkach oraz zobowiązanie się do ich zużycia zanim wydamy pieniądze kupując jakąś nowość z danej kategorii. Ponieważ zauważyłam, że sama mam tendencję do odkładania z niewyjaśnionych przyczyn niektórych produktów, które potem leżakują w szufladach i na półkach, czekając nie wiadomo na co (w sumie wiadomo - na przeterminowanie chyba ... ), postanowiłam "Projekt denko" reaktywować :))) 

Dziś pokażę Wam dziesięć produktów, które niniejszym włączam do projektu.






Perfecta SPA
złuszczająco - antycellulitowy
pomarańczowo - waniliowy cukrowy peeling do ciała

Krzywdy mi nie robi, ale nie lubię go, przeszkadza mi tłusty, parafinowy film, jaki zostawia na skórze. Zalega w mojej łazience już naprawdę długo. Najwyższy czas się z nim uporać. W końcu wydałam na niego kilkanaście złotych, nie ma powodu, dla którego miałyby trafić do śmieci!


Be Beauty
maseczka oczyszczająca
zmniejszająca rozszerzone pory

Kupiłam i leży. Nie jest zła, ale mam po prostu skuteczniejsze maseczki glinkowe i to po nie zwykle sięgam. Ale od dziś to się zmieni, zwłaszcza że ta maska traci zdatność do użycia już po dziewięciu miesiącach od otwarcia tubki. Trzeba się spieszyć!


Avon
Clear Skin
Pore Penetrating Clay Mask

Kolejna maseczka czekająca na "lepsze czasy" ;))) W sumie nie wiem dlaczego o niej zapominam, całkiem fajna jest. Zawiera glinkę i śladowe ilości kwasu salicylowego, porządnie oczyszcza. Wraca do rutynowego planu pielęgnacji!


Essence
All Over Highlighter

Mój ulubiony rozświetlacz, uwielbiam go! Co zatem robi w projekcie? Jest powód. AOH niestety od dawna nie ma już w sprzedaży, dlatego używałam go niezwykle oszczędnie. No i wpadłam w pułapkę, bo niebawem minie 36 miesięcy zdatności do użytku. Szkoda, żeby się zmarnował!


Essence 
Black & White
lip pencil

Kredka do ust z limitowanej kolekcji sprzed wielu miesięcy, którą wygrałam niegdyś w rozdaniu u Maus. Ze względu na kolor i dziwną formułę na moich ustach w ogóle się nie sprawdza, ale lubię ją stosować jako delikatny kremowy rozświetlacz pod łuki brwiowe i w kąciki oczu. Muszę to robić bardziej regularnie!


Essence
Long Lasting Eye Pencil

Wysuwana kredka do oczu w kolorze 05 C'est la vie!, czyli metalicznym, jasnym odcieniu srebra. Podoba mi się i w sumie nie wiem, dlaczego tak rzadko po nią sięgam. Włączam do projektu!


Max Factor
Khol Pencil

Kredka do oczu w kolorze 090 Natural Glaze. Cielaczek doskonały, idealny na linię wodną! Żebym tylko jeszcze nie zapominała o niej w codziennym makijażu ... To się musi zmienić!


Pierre Rene
eyeliner

Kolejna kredka do oczu, kolor nr 4, czyli zwykły szaraczek. Bardzo lubię na swoich oczach kreskę w takim odcieniu, ale zazwyczaj sięgam po linery żelowe, klasyczne kredki jakoś poszły w odstawkę. Zupełnie niepotrzebnie!


Pierre Rene
eyeliner

Kolor 18, czyli piękna, głęboka śliwka. Ta, jak widać, miała więcej szczęścia, zużycie już konkretne, ale i tak od dłuższego czasu leży. Wracam do niej!


ELF
Super Glossy
Lip Shine

Błyszczyk w krystalicznym odcieniu Angel, który mam już od bardzo dawna, a nie doczekał się nawet premiery. Dostałam go jako gratis do jakichś zakupów. Czas się za niego zabrać!



Tak prezentuje się moja dziesiątka. Zawzięłam się, doprowadzę projekt do końca. Uważam, że to świetny sposób na zracjonalizowanie zakupów. Po co wrzucać do koszyka kolejne gadżety, skoro tyle tego zalega nam w domu? Założę się, że też znalazłybyście takie rzeczy u siebie. A może macie ochotę się przyłączyć? Chociaż z jednym kosmetykiem? Piszcie w komentarzach, na co padł Wasz wybór :)))

Ale żeby nie było, że mam w głowie tylko powściągliwość w wydatkach! Kto chce jutro haul zakupowy? :DDD