beauty & lifestyle blog

wtorek, 22 maja 2012

Siła wyższa ...

Kochane!

Niestety muszę na jakiś czas zniknąć z blogosfery, okazuje się, że przez najbliższe tygodnie świat oglądać będę ze szpitalnych okien. Siła wyższa ...

Przepraszam wszystkie czytelniczki zainteresowane wynikami urodzinowego rozdania, ale nie dam rady ogłosić ich w terminie. Obiecuję, że zrobię to tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. 

Dziękuję za wyrozumiałość i liczę, ze wszystkie tu będziecie, kiedy do Was wrócę!

Buziaki, Cammie.

poniedziałek, 21 maja 2012

Lekko i przyjemnie :)))

Żeby oderwać myśli od trudnych spraw, które dziś niespodziewanie mnie dogoniły, na przekór złej aurze postanowiłam napisać o czymś pozytywnym. Bez narzekania, krytykowania i rozczarowań. A zatem lekko i przyjemnie o balsamach do ciała Gosh :))) Zapraszam.

Jak może pamiętacie, do testów otrzymałam dwa balsamy tej marki, a dokładnie klasyczny, wygładzający Smoothing Body Lotion oraz owocowy Fruity Fusion Body Lotion w wersji jabłkowo - waniliowej.






Butle są ogromne, każda mieści 500 ml balsamu. A raczej mleczka, bo konsystencja obu produktów (zwłaszcza owocowego) jest lejąca, półpłynna. Przekłada się to oczywiście na niezwykłą ich lekkość. Świetny wybór dla kogoś, kto ceni sobie łatwość aplikacji, nie klejącą się formułę i delikatne napinanie skóry. Koszt w obu przypadkach to około 40 złotych.

Balsamy Gosh nie dają spektakularnego nawilżenia. To nie są produkty, które można by określić mianem odżywczych, bogatych, treściwych. Moim zdaniem to fantastyczny program pielęgnacji skóry mało wymagającej, mający szanse sprawdzić się w gorące letnie dni.

Wersja owocowa nawilża skórę symbolicznie, pozostawia za to na niej apetyczny zapach. Szczerze mówiąc nie wyczuwam w nim wanilii, a jedynie odświeżający aromat kwaskowatych zielonych jabłek. Mimo że mocny, nie jest jednak oblepiający, duszący, na pewno nie zamęczy nas nawet w letnie upały. 

Zapas wersji klasycznej określiłabym po prostu jako kremowy. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest przyjemny i zupełnie neutralny. Ten produkt daje zdecydowanie lepsze nawilżenie, aczkolwiek wcale nie jakieś mocne, obciążające skórę. Po prostu łagodnie pielęgnuje skórę. Podobnie jak Fruity Fusion, z pewnością nadaje się na upały. Odczuwalnie wygładza skórę! 

Mnie osobiście do gustu bardziej przypadła wersja klasyczna, bo choć nie wyróżnia się oryginalnym zapachem, to jednak lepiej sprawdziła się na mojej suchej skórze. Wersja owocowa pod względem nawilżenia pozostawiała pewien niedosyt, a z biegiem czasu nawet dyskomfort w postaci przesuszonych partii ciała. Żałuję, bo lubię, kiedy kosmetyki pielęgnacyjne pięknie pachną, no ale okazuje się, że Fruity Fusion jednak nie dla mnie. Mimo sporej ciekawości nie sięgnę więc już po granat & różę czy cytrynę & kwiat bzu ...

Balsamy Gosh? Świetne do zwykłej, codziennej pielęgnacji. Bez fajerwerków, ale i bez zastrzeżeń. Godne uwagi, warte zakupu, zwłaszcza jeśli dobrze znamy swoje upodobania i potrzeby skóry. Po prostu lekkie i przyjemne :)))


Przypominam o urodzinowym rozdaniu!


niedziela, 20 maja 2012

Dla moli książkowych :)))


Zostańmy jeszcze na chwilę w temacie książek. Choć tym razem w ujęciu zdecydowanie bardziej uniwersalnym :)))

Lubicie czytać? Śledzicie nowości wydawnicze? W księgarniach tracicie poczucie czasu? Wybierając lektury sugerujecie się recenzjami? Ciekawią Was sylwetki autorów? Inspirują Was rozmowy z interesującymi ludźmi? W takim razie "Książki. Magazyn do czytania" to zdecydowanie coś dla Was!

"Książki" to periodyk Gazety Wyborczej, ukazuje się co trzy miesiące. W sprzedaży znalazł się właśnie piąty numer pisma (do kupienia w kioskach, salonach prasowych, empikach itp., cena 9,99 zł).



(Zdjęcie: www. gazeta.pl)



Kupuję "Książki" od samego początku i zawsze z niecierpliwością wyczekuję kolejnych numerów. Każdy to 70 stron TREŚCI, naprawdę wartościowych tekstów, na poziomie i na temat, ubranych w ciekawą, charakterystyczną, przejrzystą grafikę, okraszoną dobrymi zdjęciami. 






Być może już ten magazyn znacie, ale jeśli nie, gorąco polecam! "Książki" to prawdziwa gratka dla każdego mola książkowego :)))



Przypominam o urodzinowym rozdaniu!

piątek, 18 maja 2012

Hulaj dusza :DDD

Długo o tych książkach marzyłam. Niedostępne w Polsce, obie znalazły się na mojej londyńskiej wishliście, kiedy dwa lata temu spędzałam urlop w Wielkiej Brytanii. Po kilku wizytach w księgarniach (czego mój cierpliwy mąż świadkiem) ostatecznie uznałam jednak, że ich zakup nie mieści się w moim wakacyjnym budżecie. Zdążyłam oczywiście pożałować tej decyzji, zanim jeszcze powrotny samolot dotknął kołami ojczystej ziemi ;) I oto dowiaduję się, że zostały właśnie wydane w Polsce (Wydawnictwo Galaktyka KLIK), w dodatku w całkiem przystępnych cenach! A za sprawą Nieesi25, królowej polskiego urodowego YT, której nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, można je teraz kupić z 35% zniżką!* Hulaj dusza :DDD

Już mam! "Perfekcyjny makijaż" Bobbi Brown i "Makijaż bez tajemnic" Rae Morris, dwa kultowe poradniki napisane przez jedne z najbardziej znanych make-up artists na świecie. Przejrzyste, kolorowe, pełne zdjęć i jakże merytoryczne. Po polsku!



(Zdjęcia: www.galaktyka.com.pl)









Bardzo, bardzo się cieszę z tego zakupu. Jak zniknę na parę dni, to znaczy, że nie mogę oderwać się od lektury :DDD

* Kupon rabatowy na hasło "nieesia25".


Przypominam o urodzinowym rozdaniu!

czwartek, 17 maja 2012

Wariant (mocno) ekonomiczny :)))

Dziś zapraszam na wyczekiwaną przez Was recenzję nowego podkładu Virtual, czyli długotrwale kryjącego Ideal Cover. Kiedy kilka tygodni temu wstępnie go prezentowałam, wzbudził Waszą sporą ciekawość.






IDEAL COVER make up  


Idealnie dobrany mix polimerów i pokrytych mikroskopijną otoczką silikonową pigmentów zapewnia efekt długotrwałego krycia. Zaawansowana formuła fluidu oparta na bazie emulsji ,,woda w silikonie” zapewnia doskonałą przyczepność podkładu do skóry. Kremowa konsystencja podkładu sprawia, że jest on wyjątkowo łatwy i przyjemny w aplikacji. Formuła long lasting z dodatkiem DRY FLO PC zapobiega świeceniu się skóry. Podkład Ideal cover tworzy naturalny, lekki i aksamitny efekt gładkiej skóry, bez efektu maski. Fluid został wzbogacony w substancje nawilżające i odżywiające skórę przeciwdziałające jej przesuszeniu. Podkład Ideal Cover przeznaczony jest dla każdego typu cery, ponieważ nie ściąga i nie wysusza skóry idealny również dla cery suchej, wymagającej dodatkowego nawilżenia.

Pojemność: 30 ml


Do testów otrzymałam najjaśniejszy odcień z palety, czyli nr 100 jasny beż. Gdybym sugerowała się wzornikiem (poniżej), pewnie uciekłabym gdzie pieprz rośnie nawet tego podkładu nie oglądając, ale na szczęście okazało się, że kolory na grafice są mocno przekłamane. Same porównajcie.




(Zdjęcie: www.virtual-virtual.com)











Wzornik jest tragiczny, nawet nie ma co na niego patrzeć. Jasny beż naprawdę jest jasnym beżem, wpadającym leciutko w oliwkę, bez grama różu. Muszę przyznać, że kolor to wielka zaleta Ideal Cover, dawno nie zetknęłam się z tak naturalnym odcieniem w podkładzie drogeryjnym z tej półki cenowej (choć oczywiście nie wiem, jak prezentują się na żywo odcienie ciemniejsze).

Generalnie Ideal Cover przyjemnie mnie zaskoczył. Nie miałam dużych oczekiwań, bo czegóż można oczekiwać od podkładu za 12 złotych, a tymczasem okazało się, że wcale nie odbiega szczególnie od tych sporo droższych!

Nazwa jest nieco myląca, sugeruje bowiem idealne krycie. Ja właściwości kryjące tego podkładu określiłabym raczej jako średnie, dające się jednak ładnie stopniować, bez efektu maski i widocznego nadmiaru makijażu. Ideal Cover jest po prostu lekki! Super mi się go nosi, w dodatku jest nie do zdarcia. Nałożony flat topem i dokładnie roztarty nie spływa, nie ściera się, nie warzy, nie utlenia, delikatnie przypudrowany od rana do wieczora jest po prostu nieskazitelny. A to, co mnie najbardziej w nim urzekło, to efekt subtelnego wygładzenia cery, jaki daje. Serio! 

Myślę, że Ideal Cover nie zadowoli dziewczyn z bardzo zanieczyszczoną i mocno przetłuszczającą się cerą, docenią go jednak na pewno te, których skóra jest odwodniona lub po prostu z natury sucha. Dla całej reszty też powinien być dobry.

Sięgam po Ideal Cover z dużą przyjemnością, choć nic tego nie zapowiadało. Dla mnie bomba, w dodatku niskobudżetowa. To prostu dobry podkład w wariancie (mocno) ekonomicznym :)))


Przypominam o urodzinowym rozdaniu!

środa, 16 maja 2012

Czyn społeczny :)

Wczoraj na blogu Kropla natury [KLIK] natknęłam się na informację o ciekawej inicjatywie, mianowicie o petycji w sprawie poszerzenia asortymentu kosmetyków naturalnych w sieci Rossmann. 

Wszystko zaczęło się od chrapki na niemiecką markę Alverde, o której na pewno tak jak ja słyszałyście wiele dobrego, nie mając niestety dostępu do jej produktów ...



(Zdjęcie: www.dm.de)



Akcja, jak się okazało nieco kontrowersyjna, szybko zaczęła zataczać szersze koła i na chwilę obecną walka toczy się po prostu o zwiększenie różnorodności oferty kosmetyków naturalnych w drogeriach Rossmann, niezależnie od marki.


Pozwólcie, że przytoczę treść petycji:

My, niżej podpisane zwracamy się z uprzejmą prośbą o poszerzenie asortymentu naturalnych kosmetyków w sieci drogerii Rossmann. Jako świadome konsumentki doceniamy preparaty o "przyjaznym"składzie, które nie szkodzą ani nam, ani środowisku. Chcemy mieć możliwość większego wyboru dobrych jakościowo, ekologicznych kosmetyków. Potrafimy analizować składy i jesteśmy świadome negatywnego działania na nasz organizm takich substancji jak: parabeny, oleje mineralne, glikol propylenowy, sztuczne barwniki, chemiczne detergenty... Naturalna, zdrowa pielęgnacja nie może być przywilejem tylko nielicznych. Pragniemy szerokiego, przystępnego cenowo asortymentu, dostępnego dla każdego/każdej z nas. Rossmann jest największą siecią drogerii w Polsce i mamy do niej zaufanie. Liczymy więc na pozytywne rozpatrzenie naszej prośby.


Nie wiem, jaką my, konsumentki, mamy siłę przebicia, ale uważam, że warto spróbować. Jeśli myślicie podobnie, zachęcam Was do głosowania.


Nawet jeśli akcja skończy się niepowodzeniem, to przynajmniej damy wyraz swojej opinii. Głosujmy. Potraktujmy to jak czyn społeczny :)))


Przypominam o urodzinowym rozdaniu!

wtorek, 15 maja 2012

Mały, ale zuch!

Uprzedzałam, że przez jakiś czas nie będę kupować nowych lakierów, ale zdążyłam zgromadzić ich tyle, że jeszcze długo będę miała Wam co pokazywać :))) Tym bardziej, że czasami kolejne buteleczki dostaję po prostu w prezencie. Tak jak Hean Duo Chromatic nr 603, czyli mieszankę szarej bazy i błyszczącej różowej mgiełki (FF, dziękuję! :*). 









To mój pierwszy kontakt z lakierami tej marki, nigdy nie natknęłam się na nie w żadnym sklepie. Oczywiście tym większa była moja ciekawość. Kolor od pierwszej chwili bardzo przypadł mi do gustu, doskonale wpisuje się w moje upodobania, ale cała reszta była zagadką.


1. Dostępność - 0 (niestety ograniczona).
2. Cena - 1 (około 5 zł, czyli bardzo przystępna).
3. Kolor - 1 (zdjęcie dobrze oddaje jego duochromatyczny charakter, niby zwykły szaraczek, a podszyty  różową mgłą).
4. Aplikacja  - 0 (trudna ... wszystko przez pędzelek osadzony w bardzo nieporęcznej, krótkiej i dość szerokiej nakrętce, która w trakcie malowania parę razy wypadła mi z ręki, poza tym konsystencja lakieru sprawia, że widać pociągnięcia pędzelka, trzeba więc się przyłożyć, by kolor nałożony był równo).
5. Pędzelek - 0 (może i dobrze przycięty, ale bardzo krótki, przez co niewygodny).
6. Krycie - 1 (standardowe, ładny efekt po dwóch warstwach).
7. Wysychanie - 1 (w normie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Nail Quencher Hydrating Base Coat i Nail Tek Hydration Therapy Moisture Balancing Topcoat) - 0 (na bazę lakier nakłada się bezproblemowo, ale nałożenie topu już nie jest tak łatwe, łatwo o smugi czy miejscowe zgrubienia).
9. Trwałość - 1 (bardzo przyzwoita, do trzech, czterech dni stan lakieru bez zastrzeżeń, potem zaczyna ścierać się na końcówkach, ale nie odpryskuje!).
10. Zmywanie - 1 (łatwe).

Moja ocena: 6/10.


Hean Duo Chromatic nie okazał się może królem jakości, ale myślę, że za taką cenę można się na jakiś upatrzony kolor skusić. Zwłaszcza że pomijając problem z aplikacją, koniecznie trzeba pochwalić go za dobrą trwałość. Mały, ale zuch! Niewielka pojemność (7 ml) dodatkowo zachęca do eksperymentu, lakier w razie czego nie będzie zalegał przez wieki. Osobiście bardzo lubię takie malutkie buteleczki, bo pozwalają na poszerzenie kolekcji o nietypowe albo wybitnie sezonowe kolory :) 

A propos, skusiłyście się kiedyś na jakieś lakierowe dziwadełko, jakiś kolor, który uwiódł Was chyba w chwilowym zaćmieniu umysłu? :DDD 



Przypominam o urodzinowym rozdaniu!
KLIK 

poniedziałek, 14 maja 2012

Wyjątek od reguły ...

Już kiedyś o tym pisałam, ale powtórzę, że bardzo lubię przesyłki od Magazynu Drogeria, bo zawsze są niestandardowe. Ich zawartość daleka jest od drogeryjnej sztampy, dzięki czemu mam okazję poznać produkty, o których wcześniej często nawet nie słyszałam. Mam nadzieję, że Wy też na tym korzystacie, mogąc czytać o takich kosmetycznych ciekawostkach. Zwykle ich testy okazują się przyjemne, ale wiadomo, od każdej reguły są wyjątki ... Zdaje się, że właśnie na taki wyjątek nadziałam się w przypadku spreju odświeżającego CitroDERM.







CitroDERM body spray przeznaczony jest do odświeżania ciała, rąk i stóp. Posiada właściwości dezodoryzujące, odświeżające i chłodzące. Dzięki zawartości naturalnego ekstraktu z grejpfruta, chroni przed grzybami i bakteriami powodującymi powstawanie nieprzyjemnego zapachu potu. Regularnie stosowany reguluje proces nadmiernego pocenia. Aktywnie działające substancje chłodzące powodują przyjemne doznanie świeżości i komfortu. 
Produkt polecany jest w szczególności osobom aktywnym fizycznie, korzystającym z basenów i publicznych łaźni, narażonym na kontakt z grzybami. CitroDERM body spray posiada przyjemny, świeży zapach, odpowiedni zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Produkt jest hipoalergiczny, może być stosowany także przez osoby posiadające skórę wrażliwą i skłonną do alergii.

CitroDERM to produkt dostępny w aptekach. Jego koszt to około 20 złotych za 150 ml. Nie tak znowu mało, jak na sprej służący nie do końca wiadomo do czego. Trochę odświeżacz, trochę dezodorant, trochę preparat ochronny. Szczerze mówiąc nie zachwycił mnie. Zastrzeżeń nie mam chyba tylko do opakowania, które choć plastikowe i bardzo proste, to jednak jest dość funkcjonalne - lekkie, poręczne i ze sprawną pompką, która pozwala na wygodną aplikację.
Już w pierwszym kontakcie z tym sprejem odrzucił mnie jego zapach. Niby czuć cytrusową nutę, ale jakąś taką sztuczną, lepką, odległą, przytłumioną alkoholem (drugie miejsce w składzie!). Nie chcę tak pachnieć, trudno więc byłoby mi zmusić się do stosowania CitroDermu codziennie, choć takie właśnie jest zalecenie producenta. Także jeśli chodzi o obiecywane właściwości, skreślam funkcję dezodorującą, bo nie jestem w stanie zaakceptować tego pseudo - grejpfrutowego zapaszku i spryskiwać nim ciało. Poza tym formuła spreju jest nieco kleista, co również nie jest zachęcające. Uczucie lepkości co prawda szybko znika, ale sama świadomość, że coś tam osadza się na skórze, wzbudza we mnie chęć natychmiastowego umycia się. Ten efekt dyskwalifikuje więc jak dla mnie także funkcję odświeżającą.
Myślę, że CitroDERM ma szansę sprawdzić się jako preparat do stóp i pewnie w tej roli ostatecznie go wykorzystam. Trudno mi jednak wypowiadać się odnośnie skuteczności ochrony, jaką ma dawać przed grzybami i bakteriami.  
Podsumowując, nie polecam. Nie jest to ani lekka, odświeżająca mgiełka, ani przyjemny, skuteczny dezodorant, ani też typowo apteczny preparat grzybobójczy. Poza funkcjonalnością opakowania trudno dopatrzeć mi się w nim jakichś zalet. Za to wad widzę sporo, począwszy od zapachu, na oblepianiu ciała skończywszy.
CitroDERM? Temu panu już dziękujemy!



Przypominam o urodzinowym rozdaniu!
KLIK 

niedziela, 13 maja 2012

Z odzysku :)

Nie lubię wyrzucać jedzenia. Przyznaję, czasami mi się to zdarza, ale zwykle staram się jakoś wszystko zagospodarować. Dziś pokażę wam moją propozycję na górę ugotowanego na sypko ryżu, który został po jakimś zbyt obfitym obiedzie. Oczywiście jeśli danie Wam się spodoba, śmiało możecie ryż ugotować celowo na jego potrzeby :))) Zapraszam na zapiekankę ryżową z suszonymi pomidorami






Przygotuj:

- 2 woreczki ryżu (każdy po 125 g)
- małe opakowanie śmietany 12%
- 2 jajka
- opakowanie mozzarelli (polecam tę w kostce do pizzy, zapiekanek i sałatek od Mlekovity!)
- suszone pomidory do smaku
- sól, pieprz


Ugotowany ryż wystarczy połączyć z posiekanymi na kawałeczki suszonymi pomidorami i wymieszać z doprawionym solą i pieprzem sosem przygotowanym ze śmietany, jajek i startej na dużych oczkach mozzarelli. Masę należy przełożyć do keksówki i zapiekać przez jakieś pół godziny do godziny (w zależności od upodobań co do wypieczenia) w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Gotowa zapiekanka powinna być rumiana i zwarta. Pokrojona w kawałki świetnie komponuje się z jakąś dobrą, kolorową surówką. Smacznego!


Nie jest to może propozycja na wykwintny niedzielny obiad, ale na pewno dobry pomysł na smaczne i proste danie. Z odzysku ;)))


Przypominam o urodzinowym rozdaniu!
KLIK 

sobota, 12 maja 2012

Niech moc będzie z nami ;)))

Kilka miesięcy temu w moje ręce trafił zestaw lakierów i pianek do włosów Wella Wellaflex. Trochę to trwało, ale dziś w końcu jestem w stanie rzetelnie tę serię ocenić. 


Na zdjęciu widzicie:


Wellaflex, kolekcja Stylizacja i Odnowa
(moc: 2)

Mocno utrwalający lakier do włosów Wellaflex Stylizacja i Odnowa zapewnia niepokonane utrwalenie i pomaga utrzymać elastyczną fryzurę aż do 24 godzin. Jego formuła, zawierająca olejek Jojoba, pomaga wygładzić włosy i sprawia, że łatwo się układają. Pomaga utrzymać odpowiednie nawilżenie włosów, dodając im blasku. Nie skleja włosów i daje się łatwo wyczesać, chroniąc przy tym włosy przed złamaniami.

Dzięki wyjątkowej kombinacji składników mocno utrwalająca pianka Wellaflex Stylizacja i Odnowa zapewnia niezawodne utrwalenie i pomaga utrzymać niepokonaną, elastyczną fryzurę aż do 24 godzin. Nawilża włosy, dodając im blasku i sprężystości, zapobiega złamaniom włosów podczas czesania. Jej formuła, zawierająca olejek jojoba, pozwala wygładzić włosy i sprawia, że łatwo się układają. Pianka Stylizacja i Odnowa gwarantuje niepokonane elastyczne utrwalenie, nie sklejając przy tym włosów.


Wellaflex, kolekcja Hydrostyle
(moc: 3)

  • Lakier Hydro Style bardzo mocno utrwala fryzurę zapewnia trwałość i elastyczność. Gwarantuje: niezawodne utrwalenie fryzury, bez sklejania włosów, nawilżenie włosów, bez ich obciążenia, utrzymanie elastyczności fryzury, ochronę włosów przed promieniowaniem UV, łatwe wyszczotkowanie.


Pianka zapewnia fryzurze długotrwałe utrwalenie do 24 godzin oraz nawilża włosy dzięki zawartości specjalnego kompleksu nawilżającego. Włosy stają się jeszcze bardziej elastyczne. Pianka chroni je przed promieniowaniem UV i daje się łatwo wyczesać.


Wellaflex, kolekcja klasyczna
(moc: 3)

Produkty z tej linii zapewniają naturalnie wyglądające i elastyczne utrwalenie fryzury aż do 24 godzin, nie sklejają włosów, nie wysuszają ich, chronią przed szkodliwym działaniem promieni UV, łatwo je wyczesać.


Wellaflex, kolekcja Sensitive
(moc: 2)

Lakier Wellaflex Sensitive oferuje elastyczne mocne utrwalenie do 24 godzin i pozostaje delikatny dla włosów i skóry głowy. Bezzapachowy. Delikatność formuły dla skóry głowy sprawdzona dermatologicznie. Pomaga chronić przed promieniami UV i utratą nawilżenia. Nie skleja włosów. Daje się łatwo wyczesać.

Sucha, wrażliwa skóra głowy wymaga stosowania delikatnych kosmetyków, zawierających specjalnie dobrane komponenty, zmniejszających ryzyko podrażnienia skóry. Piankę do włosów Wellaflex Sensitive zawiera w swojej formule pantenol, dzięki któremu produkt jest łagodniejszy dla skóry głowy.






Lakiery zużyłam do ostatniej kropli, bo włosy za ich pomocą układałam, jak zwykle, codziennie (wydajność pojedynczej butelki oceniam na jakieś cztery, pięć tygodni). Pianki, które na co dzień nie są mi niezbędne, po prostu wypróbowałam. 

Produkty Wellaflex nie były dla mnie absolutną nowością, bo przed testem dość często je kupowałam. Nie byłam jednak przywiązana do jakiejś konkretnej kolekcji, decyzję o zakupie podejmując najczęściej spontanicznie. I w jakiś sposób odzwierciedla to moją opinię o serii. Uważam bowiem, że w całości jest udana! Nie widzę różnic w jakości poszczególnych produktów, całość serii trzyma poziom.

Lakiery i pianki są dobrze opisane, właściwie określając moc utrwalania. Mnie zdecydowanie bardziej przypadły do gustu produkty z wyższymi oznaczeniami, bo mam grube i ciężkie włosy, które dość trudno ułożyć. Lakiery, zwłaszcza te mocniejsze, okazały się niezawodne, trzymając fryzurę (czytaj: unieruchamiając grzywkę :DDD) w ryzach przez cały dzień. Pianki, jak możecie się domyślać, nie były w stanie utrzymać wystylizowanego kształtu włosów, raczej lekko go usztywniały, ale pięknie dodając przy tym objętości, za co bywałam zresztą komplementowana. Zdarzały się też przyjemne uwagi na temat połysku włosów. To było bardzo miłe!

Cała seria charakteryzuje się niedrażniącym, nieduszącym i całkiem ładnym zapachem. Dozowniki opakowań są precyzyjne, co bardzo ułatwia aplikację. Lakiery rozpylane są chmurą drobniutkich kropelek, pianki wydostają się z pojemników w postaci zwartych, puchatych porcyjek, które łatwo przenieść z dłoni na włosy. Co do możliwości wyczesywania, to oczywiście im większa moc, tym większa trudność, ale generalnie rzeczywiście nie ma z tym szczególnego problemu. Zastrzeżenia mogę mieć jedynie do elastyczności włosów, bo sprawa wygląda tak, że przy silnym utrwaleniu chyba żaden produkt do stylizacji nie jest w stanie jej zagwarantować.

Biorąc pod uwagę dostępność produktów Wellaflex i dość przystępne, drogeryjne ceny (częste promocje!), jestem przekonana, że jeszcze nie raz wylądują w moim koszyku. Naprawdę trudno mi wskazać ulubioną kolekcję, ale przyparta do muru wybrałabym chyba Hydrostyle, bo bardzo odpowiada mi jej stopień utrwalania i połysk, jaki nadaje włosom.

Jaki jest Wasz stosunek do produktów do stylizacji? Cenicie sobie delikatność, czy raczej siłę działania, nawet kosztem naturalnego wyglądu włosów? Ja stawiam na niezawodność! Niech moc będzie z nami ;)))

piątek, 11 maja 2012

Co słonko widziało :)))

Jak tam? Słoneczko grzeje? No właśnie. Najwyższa pora pomyśleć o jakiejś ochronie. W moim przypadku to wręcz konieczne, bo skóra kobiety w ciąży staje się niezwykle podatna na przebarwienia. Co niestety zdążyłam już zauważyć ... Z tym większym zainteresowaniem śledziłam wszelkie pojawiające się ostatnio wpisy na temat filtrów. Na pewno zwróciłyście uwagę, że sensacją ostatnich miesięcy na tym polu stał się The Face Shop Natural Sun SPF 45 PA+++, o którym głośno i w blogosferze, i na You Tube. Poczytałam, posłuchałam, zdecydowałam się :)))






Zamówiłam swoją tubkę na ebay, przyleciała z Korei w rekordowym czasie, bo zaledwie w tydzień. I od razu poszła w ruch! Muszę przyznać, że nie mam z filtrami dużego doświadczenia, do tej pory zadowalałam się przyzwoitym faktorem w zwykłych kremach i podkładach. Zwłaszcza że i o fotostarzeniu szczególnie nie myślałam, a i widocznych przebarwień nie miałam. Latem jedynie wyskakiwały mi pobladłe po zimie piegi, ale mam je od dzieciństwa i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Teraz jednak siłą rzeczy musiałam bardziej zatroszczyć się o skórę. Ciążowa burza hormonalna zostawia niestety ślady na cerze. Myślę, że dokonałam dobrego wyboru. Szerszą recenzję na pewno kiedyś Wam napiszę, ale już teraz mogę powiedzieć, że filtr nie bieli, nie tłuści i świetnie nadaje się pod makijaż.

Ochrona przeciwsłoneczna to jedno, walka z już zaistniałymi "spustoszeniami" to drugie ;))) Wiadomo, po nic inwazyjnego sięgać nie mogę, postawiłam więc na drogeryjne rozjaśniające cerę serum L'Oreal Kod Młodości Blask






Jest to w zasadzie nowość, na próżno szukać więc recenzji i ocen skuteczności, liczę jednak na wymierne efekty w postaci wyrównania kolorytu skóry. Sam preparat jest bardzo przyjemny, lekki, nietłusty, można stosować go i na dzień, i na noc. Ja nakładam go tylko wieczorem, pod krem. Za parę tygodni dam Wam znać, jak się spisał.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze sposoby na walkę ze słońcem. Co stosujecie, co polecacie? Co się sprawdza, czego unikacie? A może w ogóle nie przywiązujecie wagi do ochrony przeciwsłonecznej, licząc na mocną opaleniznę? Chronicie się, czy wręcz przeciwnie, eksponujecie? Piszcie!


środa, 9 maja 2012

Paluszek i główka ;)))

Wczoraj przez cały dzień wypatrywałam kuriera, czekając na mój Glossy Box. Kolejne posty o zawartości majowego pudełka pojawiały się jak grzyby po deszczu, a ja czekałam, czekałam, czekałam ... Wieczorem całkiem straciłam nadzieję, uznając, że nie mam szczęścia i muszę uzbroić się w cierpliwość. Tymczasem wyobraźcie sobie, że tuż przed 22 (!) pojawił się jaśnie pan kurier! Zupełnie nieskrępowany godziną ...

Na pewno doskonale już wiecie, co kryje majowy box. Wyłącznie dla porządku opiszę jego zawartość.



L'OCCITANE, KREMY DO RĄK I STÓP Z MASŁEM SHEA 

AVENE, CLEANANCE, ŁAGODNY ŻEL OCZYSZCZAJĄCY DO SKÓRY TŁUSTEJ 

DERMIKA, PASSIONE BODY, KWIATOWY PEELING DO CIAŁA

RENE FURTERER, NATURIA, SUCHY SZAMPON

LIERAC, MESOLIFT CREME, ROZŚWIETLAJĄCY KREM MULTIWITAMINOWY






Wracając do sprawy kuriera. Oczywiście zapytałam, co to za nowe zwyczaje, żeby przesyłki dostarczać po nocy, na to on z kamienną twarzą powiedział, że miał ... pogrzeb i wcześniej nie mógł. Zamurowało mnie na chwilę wystarczającą, by mógł zbiec po schodach i zniknąć w ciemności :DDD 

Czy tylko ja mam wrażenie, że to była głupia wymówka? Chyba żadna firma kurierska nie ma w standardzie wizyt po nocach, niezależnie od wypadków losowych swoich pracowników. W każdym razie kurierowi wybaczam. W końcu każdy czasami ratuje się z opresji jakąś gładką wymówką. Budzik nie zadzwonił, autobus się spóźnił, brzmi znajomo? :DDD Pamiętam nawet kolegę z podstawówki, który w myśl zasady "paluszek i główka" próbował uniknąć klasówki zakładając gips na zdrową rękę ;)))

A Wy? Znacie jakieś ciekawe anegdotki z wymówką w tle? :DDD


Prezentować Wam zawartość pudełek
w kolejnych miesiącach,
czy dać sobie spokój? 

wtorek, 8 maja 2012

Ostrzegałam! :DDD

Wiecie, że lubię rozpieszczać się zapachami. Zakupy na aromatella.pl chodziły mi po głowie od ładnych paru miesięcy, ale ciągle się im opierałam. W końcu jednak pękłam i żałuję, że dopiero teraz! Aromatella to sklep wprost stworzony dla osób takich jak ja :))) Ofertę ma bogatą, od zapachów do wnętrz po aromaterapię, ale w swoim pierwszym zamówieniu skupiłam się na produktach Bomb Cosmetics. Kolorowych, cieszących oko i kusząco pachnących!






Wybór mydeł mnie oszołomił. Ostatecznie zdecydowałam się na dwa: wzięłam słodką, karmelową, cukierkową Waniliową Krówkę (120 g, 14 zł) oraz kokosowo - ananasowy Hawajski Kwiat z olejkami ze słodkiej pomarańczy i mandarynki (120 g, 14 zł).






Dla mojego męża zamówiłam zmysłowy Błękit Oceanu (120 g, 14 zł), w którym dominują nuty mięty pieprzowej i lawendy oraz miętowo - eukaliptusowy Orzeźwiacz (140 g, 25 zł), masujące mydło pod prysznic.






Skusiłam się też na dwa szampony w kostce: nabłyszczający To Be Sheer (50 g, 19 zł) i zmiękczający Wow Factor (50 g, 19 zł). Niestety nie widzę ich już na stronie. Widzę za to inne :ppp






Ostatni gadżet, na jaki się zdecydowałam, to cukrowy scrub do ust Cytrynowa Beza (16 g, 21 zł).






Przeglądając asortyment aromatelli, naprawdę musiałam się powstrzymywać, żeby kompulsywnie nie wrzucać wszystkiego do koszyka. Było ciężko :))) Te kostki i olejki do masażu, te kule, babeczki i pudry do kąpieli, te masełka i balsamy do ciała, wszelkie maseczki, galaretki i peelingi! Wszystkie takie śliczne, kolorowe, obiecujące niezwykłe zapachowe doznania! Jestem pewna, że będę często do tego sklepu wracać, dopieszczając zmysły:)))

Uwaga, podaję linka! KLIK Ale wchodzicie na własną odpowiedzialność. W razie czego, ostrzegałam! :DDD

poniedziałek, 7 maja 2012

Kto Wam zabroni? ;)))

Już nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła pokazać Wam mój najnowszy lakierowy nabytek. Powstrzymywały mnie czasochłonne testy, bo lakier okazał się niezwykle trwały. Mowa o przepięknym odcieniu błękitu Jeans Club z serii Trend Edition, najnowszej kolekcji Wibo  :)))









Obiecywałam sobie, że na jakiś czas kończę z kupowaniem lakierów, tym bardziej, że zza oceanu lecą do mnie essiaki, ale jak zobaczyłam pełniutką, pękającą od nowości szafę Wibo, już nie mogłam stamtąd odejść z pustymi rękami :))) Zwłaszcza że ten błękitny ślicznotek od razu zwrócił moją uwagę.

1. Dostępność - 1 (szafy Wibo w każdym sklepie sieci Rossmann).
2. Cena - 1 (atrakcyjna, około 5 zł).
3. Kolor - 1 (bardzo ciekawy, nieoczywisty, niby błękitny, ale lekko wpadający w szarość, pewnie dzięki jasnym minidrobinkom).
4. Aplikacja - 1 (bajecznie prosta, lakier ma idealną konsystencję, nie spływa z pędzla, nie rozlewa się w niekontrolowany sposób po płytce paznokcia).
5. Pędzelek - 1 (wygodny, poręczny, precyzyjny).
6. Krycie - 1 (standardowe, dla pełnego efektu potrzebne dwie warstwy, choć muszę przyznać, że jedna też wygląda ciekawie).
7. Wysychanie - 1 (szybkie).
8. Współpraca z innymi preparatami  (tu: Sally Hansen Nail Quencher Hydrating Base Coat i Nail Tek Hydration Therapy Moisture Balancing Topcoat) - 1 (bez przykrych niespodzianek).
9. Trwałość - 1 (rewelacyjna! do pięciu dni bez zastrzeżeń, na zdjęciu widzicie stan paznokci po trzech dniach).
10. Zmywanie - 1 (bezproblemowe, lakier znika bez śladu, mimo drobinek).

Moja ocena 10/10.


Po raz kolejny potwierdza się, że lakiery Wibo wyjątkowo mi służą. Nie przypominam sobie, żebym zawiodła się na jakimkolwiek. Z czystym sercem mogę polecić Wam kolekcję Trend Edition, świetna jakość za śmieszne pieniądze. No i ta gama kolorów! Ja co prawda na kolejne lakiery niniejszym nakładam sobie bana, koniec z zakupami, ale Wam kto zabroni? ;)))


Uwaga! Jutro będę kusić! :DDD




niedziela, 6 maja 2012

Dla równowagi :)))

Dawno już nie odpowiadałam na żaden TAG, dawno też nie pisałam o kulinariach. Dzięki Smykowi [KLIK] nadarzyła się okazja, żeby nadrobić te dwie sprawy za jednym zamachem i jednocześnie zastanowić się, czy wiem, co jem :)))






Czy uważasz, że odżywiasz się zdrowo?

Staram się jeść zdrowo, ale skłamałabym twierdząc, że nie zdarzają mi się grzeszki. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem! ;)))

Czy zwracasz uwagę na skład produktów spożywczych? Jeśli tak, to jakich składników unikasz?

Tak, zwykle zwracam uwagę na etykiety. Czytam je dokładnie, wybierając produkty o niskiej zawartości tłuszczu (z wyjątkiem mleka, bo po prostu lubię tłuste) oraz cukru. Z chwilą, z którą zdecydowałam się na wegetarianizm, zaczęłam też unikać składników pochodzenia zwierzęcego, chociażby żelatyny. Często sprawdzam też kraj pochodzenia produktów, ale przyznaję, że nie zawsze waży to na decyzji o zakupie. Przywiązuję też wagę do oznaczeń na jajkach, wybierając te od szczęśliwych kur, ale jak tylko nadarza się okazja, kupuję po prostu od tzw. "baby" :)))

To jest oczywiście jeden biegun. Na drugim znajdują się rozmaite zachcianki, z którymi nie da się dyskutować. Czasami każdemu się zdarzają, no nie? :DDD Dla ich zaspokojenia nie patrzę na nic ;))) 

Jesz dużo owoców i warzyw?

Tak, jem ich sporo. W sezonie kupuję świeże, zimą chętnie sięgam po mrożonki. Owoce uwielbiam wszystkie, z warzyw nie toleruję jedynie porów i buraczków :))) 

Czy kiedykolwiek się odchudzałaś? Na jakiej diecie? Zamierzasz odchudzać się w przyszłości?

O historii mojego odchudzania można by książkę napisać ;))) Największy sukces (kilkanaście kilogramów) odniosłam na diecie 1000 kalorii, ale efektów niestety nie udało mi się utrzymać (a może "na szczęście", bo doprowadziłam się wtedy do niedowagi). Z perspektywy czasu nie polecam też zresztą tej diety, jest bardzo radykalna. Dziś odchudzanie postrzegam jak walkę z wiatrakami, bo po wielu latach zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy i w końcu wiem, co tak bardzo spowalnia mój metabolizm, sprzyjając nabieraniu kilogramów, niezależnie od moich wyrzeczeń i starań ... W każdym razie nie zamierzam tak łatwo się poddać, po ciąży i okresie karmienia na pewno się za siebie wezmę :)))

Czy czujesz się dobrze w swoim ciele?

Aktualnie? Nie za bardzo. Ciąża trwa niby dziewięć miesięcy, ale ja już mam wrażenie, jakbym była w piętnastym ;)))

Jaka jest twoja ulubiona potrawa?

Lubię wiele rzeczy, łatwiej mi wskazać kuchnię, która najbardziej mi pasuje. Zdecydowanie mam słabość do potraw z kręgu krajów śródziemnomorskich.

Czy lubisz gotować?

Owszem. Aczkolwiek nie dla siebie! Najwięcej przyjemności sprawia mi gotowanie dla kogoś, sama zadowalam się kuchnią prostą i niewymagającą pracy.

Co chciałabyś wyeliminować z diety, a co do niej wprowadzić i dlaczego?

Jak myślę o restrykcyjnej diecie matki karmiącej, która prawdopodobnie mnie czeka, to nie w głowie mi na tę chwilę eliminacja czegokolwiek ;))) Mam nadzieję, że zdążę przed porodem nacieszyć się truskawkami!

Czego nie możesz przełknąć, a co mogłabyś jeść cały czas?

Już Wam kiedyś pisałam, że jeśli piekło istnieje i miałabym tam trafić, to w moim serwowano by wyłącznie wątróbkę ;))) A co do rzeczy ulubionych, to zdecydowanie pomidorówka z ryżem! 

Ile jesz dziennie posiłków?

Szybko policzyłam i wychodzi na to, że cztery :))) Od zawsze mam problem ze śniadaniami, nie umiem jeść wcześnie rano, ale odkąd jestem w ciąży, bardzo staram się nie omijać tego posiłku i już nie zastępuję go kawą ;)))

Wypijasz odpowiednią ilość wody (około 8 szklanek dziennie)?

O, tak! Piję bardzo dużo. Nie licząc porannej kawy, o tej porze roku praktycznie tylko wodę. Nie pijam słodkich, kartonowych soków i napojów gazowanych. Wyjątek robię od czasu do czasu dla Pepsi Light, do której po prostu mam słabość :)))

Czy możesz polecić jakąś zdrową, prostą przekąskę?

No pewnie! Zawijańce z sałaty :))) Błyskawiczne i wyjątkowo proste w przygotowaniu, doskonałe na szybką przekąskę. Wystarczą liście sałaty i kilka dowolnych, ulubionych składników, które nimi owijamy. Świetna, niskokaloryczna alternatywa dla zwykłych kanapek :)))






Fajny TAG, wyjątkowo mi się spodobał. Może dlatego, że naprawdę mam w zwyczaju zwracać uwagę na to, co jem. Nie popadam może przy tym w jakąś skrajność, ale generalnie staram się dbać o jakość posiłków. Choć oczywiście pozostawiam sobie margines na różne wyskoki, parę dni temu na przykład wtrąbiłam michę popcornu! Tak dla równowagi :DDD


Taguję:
oraz Pannę Joannę :)))




sobota, 5 maja 2012

Sianokosy :)))

Satin Hands od Mary Kay to mój pierwszy kompleksowy zestaw do pielęgnacji dłoni. Owszem, od wieków stosuję rozmaite kosmetyki przeznaczone do rąk, ale zwykle każdy jest z innej parafii. Tymczasem Satin Hands to program od A do Z, złożony z odżywczego, regenerującego kremu (Hand Cream), wygładzającego peelingu (Satin Smoothie Hand Scrub) i silnie natłuszczającego preparatu zmiękczającego (Hand Softener). W sprzedaży dostępne są dwie wersje: brzoskwiniowa (niestety tylko do wyczerpania zapasów) oraz bezzapachowa, z którą to właśnie miałam okazję się zapoznać :)))







  • Zestaw Satin Hands zapewnia skórze 24-godzinne nawilżenie. Zapobiega wysuszaniu, łuszczeniu i rogowaceniu naskórka. Odżywia skórę i przywraca jej elastyczność. Pozostawia na skórze uczucie satynowej gładkości. Sprawia, że skóra promienieje zdrowym blaskiem.
  • Krem regenerujący: formuła bogata w witaminę E i alantoinę opóźnia efekty starzenia się skóry i wpływa na jej uelastycznienie.
  • Peeling: delikatnie oczyszcza skórę i złuszcza obumarły naskórek, dzięki czemu skóra staje się delikatniejsza i lepiej wchłania krem regenerujący. Może być stosowany wielokrotnie w ciągu dnia.
  • Krem zmiękczający: formuła kremu zawiera m.in. trójglicerydy oleju sojowego, wazelinę oraz woski pszczele i roślinne, które zmiękczają skórę i zapobiegają utracie wilgotności.



Zestaw otrzymujemy w całkiem ładnej, kolorowej, trwałej torebce. W środku znajdujemy dwie zgrabne,  poręczne tubki z kremami oraz wygodną butlę z pompką z peelingiem. Jak widzicie na zdjęciu, opakowania utrzymane są w dość prostej stylistyce. Całość prezentuje się skromnie, ale profesjonalnie.

No dobrze, wygląd wyglądem, ale jak ze skutecznością Satin Hands? Szczerze mówiąc nie mam się do czego przyczepić. Krem regenerujący (85 g) porządnie odżywia skórę dłoni,  wchłaniając się w przyzwoitym czasie, krem zmiękczający (60 g) wyraźnie ją uelastycznia, a peeling (220 g) odczuwalnie, choć nieinwazyjnie wygładza. Wszystkie te trzy produkty uzupełniają się nawzajem, stanowiąc całkiem udane trio. Muszę jednak przyznać, że o ile peelingu i zwykłego kremu używam z przyjemnością, tak krem zmiękczający nie podbił mojego serca. Jest mocno skoncentrowany i silnie natłuszcza, co oczywiście przekłada się na jego skuteczność, ale dla mnie za dużo tego dobrego ;))) Nie lubię tej tłustej warstwy, która pozostaje na skórze. Ale muszę przyznać, że dla kogoś, kto pracuje fizycznie albo z innych względów boryka się ze złą kondycją dłoni, na pewno byłby zbawieniem. No i plus za wydajność! Już odrobina wystarczy, żeby natłuścić ręce, co w sumie uzasadnia też niewielką pojemność tubki.

Produkty Satin Hands można kupić wyłącznie w zestawie, który w regularnej cenie kosztuje 149 zł. Dużo, prawda? No właśnie ... Nie znając ich jakości raczej nie zdecydowałabym się na zakup. Zwłaszcza wersji bezzapachowej, bo jednak lubię kosmetyki, które pieszczą wszystkie moje zmysły :))) Może jest to dobra propozycja dla wrażliwców, ja jednak zdecydowanie wolałabym coś apetycznie pachnącego. Ale wiecie co? Niespodzianka! Niepożądana w przypadku osób, którym rzeczywiście zależy na opcji bez zapachu, ale bardzo przyjemna dla mnie! Etykieta "fragrance - free" w przypadku Satin Hands to moim zdaniem nadużycie, bo ja wyczuwam w tych produktach wyraźną nutę ... schnącego na słońcu siana! Zapach sianokosów, naprawdę! Szkoda tylko, że te sianokosy kosztują tyle siana ;)))


piątek, 4 maja 2012

Z prawdziwego zdarzenia :)))

Chwilowy spadek formy (ach, ta bezsenność ... ) spowodował, że dałam Wam przez kilka dni od siebie odpocząć. Ale już wracam. A przychodzę tym razem z recenzją nawiązującą nieco do ostatniego posta, chcę Wam bowiem opowiedzieć o maśle shea, które parę miesięcy temu dostałam od Mydlarni TULI :)))






Podstawowym składnikiem jest masło shea, które jest bardzo dobrze wchłaniane przez skórę, choć początkowo może tworzyć cieniutką, tłustą warstwę. Systematycznie stosowane wchłania się coraz szybciej. Wspaniale nawilża i zmiękcza, przyspiesza gojenie zranień. Dzięki zawartości alantoiny doskonale regeneruje suchą, spierzchniętą, popękaną skórę. Działa przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie. Drugi, główny składnik to olej ze słodkich migdałów. Jego lekka konsystencja oraz doskonałe działanie powoduje, że jest szeroko stosowany jako olej do masażu, a także do pielęgnacji delikatnej skóry niemowląt. Działa nawilżająco, zmiękczająco i kojąco.  

Bezkonkurencyjne w pielęgnacji suchych stóp, dłoni, łokci. Spierzchnięta, popękana skóra  na piętach błyskawicznie się zmiękcza i wygładza. Pęknięcia się zabliźniają, a pięty stają gładkie. Odpowiednie dla skóry niemowląt. Nie zawiera konserwantów, zapachów - nadaje się do pielęgnacji wszystkich rodzajów skóry, także alergicznej, szczególnie wrażliwej, podrażnionej, pogryzionej przez owady. Niezwykle przydatne w pielęgnacji osób przewlekle chorych.


Masełko było prezentem, jaki Mydlarnia TULI zrobiła mi z myślą o pielęgnacji skóry mojego rosnącego brzucha na wieść o tym, że spodziewam się dziecka. Opakowanie zawiera zaledwie 60 g masła, co może wydawać się ilością niewielką, ale okazało się niezwykle wydajne, pozwalając na jakieś dwa miesiące regularnego stosowania. Poza tym trzeba pamiętać, że jest to produkt o bardzo bogatej, treściwej, tłustej (choć piankowej) formule, co sprawia, że świetnie nadaje się do pielęgnacji wybranych i naprawdę tego potrzebujących części ciała, niekoniecznie natomiast do smarowania się nim od stóp do głów, bo po prostu mocno natłuszcza. W tym kontekście, zakładając stosowanie miejscowe, taka niewielka pojemność jest w pełni uzasadniona, zwłaszcza że zdatność do użytku też ma swoje granice.

Tak, to zdecydowanie masło do zadań specjalnych. Nie porywa apetycznym zapachem, nie zachwyca lekkością konsystencji, nie oszałamia łatwością aplikacji. Ale działa. Po dwumiesięcznej kuracji skóra na moim brzuchu i biuście jest elastyczna i zdrowa. To już ósmy miesiąc, a nie mam ani jednego rozstępu! A niestety mam do nich skłonność, co widać po "pamiątkach" na biodrach i udach z okresu dojrzewania.

Mogę to masełko śmiało polecić. Nie każdemu i nie jako smarowidło uniwersalne, ale na pewno wszystkim potrzebującym pielęgnacji wyjątkowej, skoncentrowanej, mocnej. Takiej z prawdziwego zdarzenia :)))