beauty & lifestyle blog

sobota, 29 września 2012

Mam dwie wiadomości ...

... dobrą i złą. Może zacznę od tej dobrej? Otóż po długim rozmyślaniu w końcu zgodziłam się na współpracę z siecią Rossmann, w związku z czym od czasu do czasu będę miała dla Was recenzje jej asortymentu. Myślę, że mogą okazać się dla Was o tyle interesujące, że dotyczyć będą produktów łatwo dostępnych i dość tanich, sygnowanych markami własnymi drogerii. Pierwsza paczka już do mnie dotarła!






Zła wiadomość też związana jest z siecią Rossmann, a dotyczy niezrozumiałej dla nas decyzji o wycofaniu ze sprzedaży Isany z olejem babassu. Dziewczyny, to już naprawdę przesądzone ... Spójrzcie, jaką przekazano mi informację :(((


Szanowna Pani, 

Serdecznie dziękujemy za nadesłane zgłoszenie. Jest nam niezmiernie miło, że marka Isana zyskała Pani sympatię i zaufanie. Nasz asortyment podlega jednak modyfikacjom, stąd mogą pojawiać się zmiany w obrębie wachlarza produktów tej, jak i innych marek. Wyjaśniamy, że wycofanie z oferty odżywki do włosów Isana z olejkiem babassu wynika z decyzji handlowej. W zamian na rynku pojawi się nowa seria szamponów i odżywek Isana – seria nawilżająca. Wprowadzenie nowej serii do naszych sklepów planowane jest na początku 2013 roku. Mamy nadzieję, że nasza oferta nadal będzie dla Pani interesująca, a asortyment produktów Isana dostępny w naszych sklepach spełni Pani oczekiwania. 

Z pozdrowieniami,
Sekcja Obsługi Klienta



Cóż, zostawiam ten list bez komentarza. Nie ma co dalej dobijać się tą smutną sprawą. Babassu, żegnaj!

Napiszcie lepiej, czy macie innych ulubieńców wśród marek własnych Rossmanna. Zwłaszcza że teraz jestem tą kwestią szczególnie zainteresowana :DDD



czwartek, 27 września 2012

Dobra passa :)))

Jestem najlepszym przykładem na to, że warto brać udział w konkursach. Wyobraźcie sobie, że znowu miałam farta i zgarnęłam nagrodę! Tym razem szczęście dopisało mi u Sabbath KLIK, wygrałam perfumy Boss Nuit Pour Femme! Mam ostatnio dobrą passę :)))



(Zdjęcie: www.douglas.pl)



Nuty głowy: brzoskwinia, aldehydowy akord.
Nuty serca: jaśmin, białe kwiaty, fiołek.
Nuty bazy: piżmo, ciepłe drewno, drzewo sandałowe.









Boss Nuit Pour Femme symbolizuje kultową „małą czarną” i te wieczory, w które chętnie ją zakładamy. To zapach dla kobiet o określonym stylu i guście, lubiących wyzwania. Zapach otwiera nowoczesna, elegancka i musująco świeża nuta aldehydów i brzoskwini. Serce uwalnia nutę kobiecych białych kwiatów, jaśminu i zmysłowego irysa. Baza składa się z krystalicznego mchu i kremowego drzewa sandałowego.


O zapachu jeszcze się nie wypowiadam, na to zdecydowanie za wcześnie. Chcę go najpierw dobrze poznać, ponosić, oswoić. Mam nadzieję, że okaże się równie interesujący, jak jego przepiękny, prosty w formie flakon, rzeczywiście nawiązujący do elegancji "małej czarnej". 

Zawiesiłybyście w perfumerii oko na tak klasycznym flakonie, czy przemawia do Was zupełnie inna stylistyka? "Mała czarna" czy jednak pełna falban i cekinów kolorowa sukienka? Piszcie!


Przypominam o konkursie z CupoNation.
Wygraj bon na zakupy o wartości 100 zł!


środa, 26 września 2012

Błyskotki :)))

Kilkakrotnie pokazywałam Wam moją biżuterię i zwykle były to szlachetne kruszce. Ale nie ukrywam, że kręci mnie też biżuteria sztuczna. Lubię takie świecidełka, bo są tanie i mogę co jakiś czas bez bólu serca po prostu kupić coś nowego, wykorzystując ich sezonowy, nawiązujący do trendów charakter i ożywiając nieco strój. W sklepach pełno tego typu akcesoriów, można wybierać i przebierać, od razu oceniając, co ma jako taką jakość, a co jest kompletną tandetą. Przy zakupach online nie ma niestety tego komfortu, ale i tak postanowiłam zaryzykować, składając na próbę zamówienie na stronie edibaazar.pl KLIK. Nie znałam wcześniej tego sklepu, ale jak zdążyłam się zorientować, wśród szafiarek cieszy się popularnością.

Sklep oferuje biżuterię i zegarki. Tanio. Bardzo tanio, rzekłabym nawet. I muszę ze zdziwieniem przyznać, że jak na tak niskie ceny, jakość wybranych przeze mnie gadżetów jest naprawdę satysfakcjonująca. Spójrzcie.

Zachciało mi się zegarka na łańcuszku. Wybrałam jeden z wielu dostępnych na stronie wzorów, spodobała mi się zdobiona ornamentowym dekorem koperta w odcieniu starego złota. I jestem bardzo zadowolona z zakupu, bo okazało się, że zegarek wykonany jest z dbałością o szczegóły, ma precyzyjny, dobrze chodzący mechanizm, a jego bateria jest wymienna. Pomyśleć, że kosztował raptem 25 złotych! To zresztą najdroższa rzecz w moim zamówieniu.









Skusił mnie też wisior w kształcie serca, w którym zamknięto kolorowe kuleczki, szumnie i na wyrost nazwane perełkami. Jakość stali jubilerskiej jest już nieco gorsza niż w przypadku zegarka, ale i tak błyskotka prezentuje się całkiem ładnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej cenę, zaledwie 10 złotych.






Paw zdobiony kamyczkami w odcieniach błękitu i fioletu też kosztował 10 złotych, ale jego jakość jest nieco słabsza. Wykonany z cienkiej blaszki, nie waży w dłoni jak dwa wyżej prezentowane wisiory. Ale ma swój urok, fajnie prezentuje się na tle białej bluzki.






Jestem z tych zakupów całkiem zadowolona, zwłaszcza zegarek zrobił na mnie wrażenie. Myślę, że będę do tego sklepu od czasu do czasu wracać.

Jaki macie stosunek do sztucznej biżuterii? Uważacie, że takie błyskotki trącą kiczem, czy jednak je nosicie? A jeśli tak, to gdzie najchętniej je kupujecie? Piszcie!



Przypominam o konkursie z CupoNation.
Wygraj bon na zakupy o wartości 100 zł!

wtorek, 25 września 2012

Niezły myk!

Kiedy wspomniałam Wam o okularach do makijażu, wydawałyście się być nieco zaskoczone. Do niedawna ja też nie miałam pojęcia, że taki gadżet istnieje. Wypatrzyłam go przez przypadek u optyka. Zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłam zgłębić temat i coś Wam o tym napisać. Jeżeli macie wadę wzroku utrudniającą malowanie oczu, to takie okulary z pewnością będą dla Was objawieniem!

Poszperałam trochę w internecie i wychodzi na to, że istnieje kilka rozwiązań. Pokażę Wam dwa najpopularniejsze.

Najczęściej natknąć się można na okulary z jedną ruchomą soczewką, którą można dowolnie przekładać na lewą albo prawą stronę, w zależności od tego, które oko właśnie malujemy. Soczewka koryguje wadę wzroku, dzięki czemu jednym okiem kontrolujemy, jak malujemy drugie.




(Zdjęcie: www.hayne.pl)



Drugi typ okularów przypomina tradycyjne okulary do czytania. Szkła połówki umożliwiają swobodne wykonanie makijażu i wygodne spoglądanie na malowane powieki. Dodatkowo soczewki też są ruchome, więc w razie potrzeby można je podnieść.







(Zdjęcie: www.okularyiakcesoria.pl)



Fantastyczny pomysł, naprawdę niezły myk! Co prawda moja wada wzroku nie jest tak duża, żebym nie mogła pomalować się bez wspomagania okularów, ale przecież są dziewczyny / kobiety, dla których wykonanie makijażu to autentyczny problem, bo najzwyczajniej w świecie źle widzą. Dla nich takie okulary to świetna pomoc, niezwykłe ułatwienie. I z tego, co się zorientowałam, to wcale nie jest taki drogi bajer! Do stu złotych spokojnie można coś wybrać. Jeżeli temat Was interesuje, guglujcie pod hasłami "okulary do makijażu" / "makeup glasses" / "half flip glasses". 

Co myślicie o takich gadżetach? Jak dla mnie takie okulary to rozwiązanie genialne w swojej prostocie. W końcu dla wielu z nas makijaż to wyraz kobiecości. Dlaczego słabowidzące dziewczyny miałyby być z tego ograbione? 

Są tu jakieś okularnice? Wypowiedzcie się!



Przypominam o konkursie z CupoNation.
Wygraj bon na zakupy o wartości 100 zł!





poniedziałek, 24 września 2012

Pieniądze szczęścia nie dają ...

artykuł sponsorowany


... dopiero zakupy! A najwięcej szczęścia to zakupy ze zniżką :DDD Jeśli kochacie okazje i nie przejdziecie obojętnie obok żadnego rabatu, to dzisiejszy post piszę specjalnie dla Was! Zapraszam na konkurs organizowany wspólnie z CupoNation.pl KLIK:)))

CupoNation to nowy serwis, który gromadzi kupony rabatowe do przeróżnych internetowych sklepów (żeby wymienić choć kilka: Douglas, Rossnet, Yves Rocher, Empik, Merlin, Smyk, Bershka, C&A), umożliwiając nam okazyjne zakupy online. Kupony upoważniać będą do zniżek, ale nie tylko, dzięki nim będzie można liczyć na przykład na bezpłatną dostawę czy oferty typu dwa produkty w cenie jednego. Na portalu pojawiać się będą także praktyczne porady dotyczące mądrego i oszczędnego kupowania, umiejętności korzystania z wyprzedaży, porównywania i wyszukiwania najlepszych ofert. 






Zainteresowane? :))) Jeśli tak, zachęcam do udziału w konkursie, w którym nagrodą dla jednej z Was jest bon o wartości 100 złotych do wykorzystania na zakupy poprzez CupoNation! 






Zasady są banalnie proste, wystarczy, że wypełnicie krótką, składającą się z kilku pytań ankietę. Ale oczywiście udostępniam dokładny regulamin, zapoznajcie się z nim.


1. Konkurs organizowany jest przez serwis CupoNation.pl. Realizowany jest na zasadach określonych niniejszym Regulaminem i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa. 
2. Sponsorem nagród jest serwis CupoNation.pl. 
3. Niniejszy konkurs adresowany jest do wszystkich czytelników bloga. 
4. Uczestnicy konkursu mają za zadanie wypełnić ankietę oraz odpowiedzieć na pytanie: W jaki sposób najlepiej CupoNation mogłoby zachęcić Ciebie do regularnego korzystania z serwisu? Każdy uczestnik może wypełnić ankietę tylko raz. 
5. Termin wypełniania ankiety upływa z dniem 30 września 2012 r. 
6. Uczestnik wypełniając konkursową ankietę tym samym przyjmuje warunki Regulaminu konkursu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o Ochronie Danych Osobowych (Dz.U.Nr.133 pozycja 883). 
7. Nagrodą główną w konkursie jest bon na zakupy zrealizowane przez portal www.CupoNation.pl o wartości 100 pln. Nagroda nie podlega zamianie na inną. 
8. Werdykt zostanie ogłoszony 1 października 2012 r. O wygranej zwycięzca zostanie poinformowany za pośrednictwem serwisu http://no-to-pieknie.blogspot.com/, a nagroda przekazana zostanie zwycięzcy w ciągu 7 dni kalendarzowych od otrzymania danych adresowych. 
9. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.). 
10. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia konkursu i obowiązuje do czasu jego zakończenia. W sprawach nie określonych w niniejszym regulaminie zastosowanie mają przepisy Kodeksu Cywilnego oraz innych przepisów powszechnie obowiązujących.



Konkurs trwa od dziś do 30 września. Zwyciężczyni zostanie wyłoniona przez serwis, wynik ogłoszę, jak tylko otrzymam informację, komu dopisało szczęście. A tymczasem zapraszam do wypełnienia ankiety!




Życzę wszystkim powodzenia! Nie musicie zostawiać żadnych informacji w komentarzach, choć miło mi będzie, jak dacie znać, czy zagrałyście. Zachęcam Was natomiast do dyskusji o zakupach z wykorzystaniem kodów rabatowych. Lubicie, korzystacie? Co myślicie o idei podchwyconej przez CupoNation?

piątek, 21 września 2012

Tabu?

Jak ja mam w ogóle zacząć? Co napisać o porodzie, żeby Was nie wystraszyć, nie zniesmaczyć? Jak go opisać, żeby jednocześnie sprawy nie strywializować albo nie popaść w tanią metafizykę? Jak to kobiece przeżycie ubrać w słowa? 

Od razu może zaznaczę, że piszę tego posta na Waszą wyraźną prośbę. Wiele z Was podkreślało, że poród to tajemnica, którą chciałybyście zgłębić. Ze strachu. Z ciekawości. Z chęci porównania doświadczeń. Ja nie jestem pruderyjna, przesadna wstydliwość mnie nie dotyczy, ale zdaję sobie sprawę, że No to pięknie! czytają różne osoby, muszę więc zachować pewien umiar. Mam nadzieję, że mi się to uda :)))



(Zdjęcie: www.babyonline.pl)



Moja córeczka przyszła na świat w 34. tygodniu ciąży przez cesarskie cięcie. Z góry zaznaczam, że nie chciałabym, aby ten post sprowokował zajadłą dyskusję o wyższości porodu naturalnego nad cięciem.  Niezależnie od tego, jakie mam zdanie na ten temat, ja po prostu wyboru nie miałam.

Przyznam otwarcie, że do porodu nie zdążyłam się przygotować. W sensie psychicznym. Wydawało mi się, że mam jeszcze kilka tygodni, że wszystko będzie płynęło odwiecznym naturalnym trybem, a tymczasem mój stan zdrowia tak nagle i poważnie się pogorszył, że decyzja o cięciu zapadła z dnia na dzień. Odebrałam wyniki, już w laboratorium podniesiono alarm, wieczorem zadzwoniłam do swojego lekarza, a ten kazał mi rano zgłosić się do szpitala. Nie minęły trzy dni, a moja Zuzia była już na świecie.

Same widzicie, że szybko poszło :))) Także nie miałam czasu i możliwości poczytać o cesarskim cięciu, dowiedzieć się czegoś o przebiegu operacji, przestudiować i przeanalizować temat. Trafiłam do szpitala tak, jak stałam, z wiedzą obiegową i powierzchowną. Dziś myślę, że może to i lepiej? Po prostu oddałam się w ręce lekarzy, zaufałam im. Nie spodziewajcie się więc tutaj jakiejś naukowej rozprawy, napiszę po prostu, co przeżyłam, jak to wszystko wyglądało z mojego punktu widzenia.

Jak zatem to wszystko przebiegało? Dwa dni spędziłam na oddziale patologii ciąży, gdzie poddawana byłam jeszcze ostatnim badaniom. I z perspektywy czasu oceniam, że były to najgorsze dwa dni z całego mojego prawie dwutygodniowego pobytu w szpitalu. Po pierwsze doznałam szoku, zderzając się ze szpitalną rzeczywistością. Zawsze wydawało mi się, że można tam najwyżej leżeć i się nudzić, natomiast panował taki reżim, że człowiek nie miał czasu przysłowiowo po tyłku się podrapać, bo co chwila albo wizyta lekarska, albo badanie takie / owakie (nawet w nocy!), podawanie leków / uziemiających kroplówek, mierzenie temperatury, serwowanie posiłków i sama nie wiem, co jeszcze. Dodam tylko, że doba w szpitalu nie wiedzieć dlaczego zaczynała się około czwartej, piątej rano, to znaczy mniej więcej o tej porze rozpoczynał się nie dający spać ruch personelu. Od samego czytania można się zmęczyć, no nie? ;))) Po drugie (i ważniejsze) miałam mimo wszystko za dużo czasu na rozmyślania, które wprawiało mnie w nieco depresyjny nastrój. Pamiętajcie, że byłam wtedy zupełnie sama, z mężem od kilku miesięcy dzieliło nas wtedy kilka tysięcy kilometrów. Ale tyle dobrego, że przekonałam się, jak wielu mam wokół siebie przyjaciół :)))

Moja operacja została zaplanowana na poranek. Już dzień wcześniej zostałam poinstruowana, żeby kilka godzin wcześniej nic nie jeść i nic nie pić. Bez wody było ciężko, ale dało się przeżyć. Na salę przedoperacyjną poszłam o własnych siłach, tam zajęły się mną pielęgniarki. Przeprowadziły wywiad, pomogły mi się przebrać w koszulę operacyjną, wykonały ostatnie badania, a także skontrolowały stan obszaru operacyjnego. Na szczęście przezornie poprzedniego wieczora wydepilowałam się, jak umiałam, zastrzeżeń ani poprawek nie było ;))) Potem nastąpił moment, którego bałam się najbardziej, mianowicie zakładanie cewnika. Po cięciu przez mniej więcej dobę nie można wstawać, co oznacza, że był to zabieg niezbędny. Spodziewałam się bólu i przyjemnie zaskoczył mnie fakt, że miejscowo mnie znieczulono. Sam zabieg, choć nieco krępujący, okazał się więc zupełnie bezbolesny i wykonany wprawną ręką trwał może z dziesięć sekund. Także dziewczyny, jeśli czekacie na cesarkę, a strach przed cewnikowaniem spędza Wam sen z oczu, to naprawdę niepotrzebnie.

Na salę operacyjną mnie zawieziono. Tam już czekał anestezjolog. Rodzaj znieczulenia wybrałam sama, decydując się na podpajęczynówkowe, podawane w lędźwiową część kręgosłupa. W praktyce wyglądało to tak, że siedziałam lekko pochylona, jedna osoba mnie zagadywała, patrząc mi w oczy i próbując chyba odciągnąć moją uwagę, chroniąc tym samym przed jakimiś nieprzewidzianymi odruchami, druga natomiast stała za mną, podając zastrzyk. Miejsce wkłucia też zostało znieczulone, naprawdę nic nie bolało.

Czucie straciłam niemal natychmiast. Od pasa w dół nie czułam praktycznie nic. Moje nogi zmieniły się dwie bezwładne kłody. W tym samym momencie nie wiadomo skąd zmaterializował się lekarz, który miał dokonać cięcia. Miałam to szczęście, że zajął się mną ginekolog, który opiekował się mną od początku ciąży. Przyznaję, że miało to dla mnie duże znaczenie, dało mi to po prostu poczucie bezpieczeństwa. Zanim się zorientowałam, przystąpił do pracy.

Pola operacyjnego oczywiście nie widziałam, mniej więcej na wysokości piersi ustawiono nade mną specjalną przesłonę. Wszystko natomiast słyszałam, miło gawędząc sobie z lekarzem :))) Dziś wiem, że rozładowywał moje napięcie. Bólu nie czułam, ale miałam świadomość tego, co się dzieje, wiedziałam, co i gdzie robią ręce lekarza, poczułam, jak wygarnia z brzucha dziecko. A po chwili usłyszałam pierwszy płacz mojej Zuzi :)))

Dziecko błyskawicznie przeszło wszystkie podstawowe badania i zostało mi przystawione na dłuższą chwilę do ramion. Nikt mnie nie poganiał, mogłam się spokojnie z córką przywitać. Jedyną formalnością, jaką narzucono mi w tym momencie, było odczytanie na głos opisów na opaskach na rączkach Zuzi. W tym czasie lekarz zszywał ranę.

I tyle. Całość trwała nie więcej niż piętnaście, dwadzieścia minut. Dziecko zabrano, mnie przewieziono na specjalną salę przejściową, gdzie poddawana byłam przez kilka godzin stałej obserwacji. Czuwano tam nad procesem ustępowania znieczulenia i podawano kroplówki przeciwbólowe. Bólu nie czułam, pamiętam tylko, że było mi niesamowicie zimno.

Pierwsza doba minęła nie wiadomo kiedy, byłam pod wpływem silnych środków przeciwbólowych. Na przemian budziłam się i zasypiałam. W międzyczasie przewieziono mnie na salę, gdzie miałam spędzić następnych kilka dni.

Po znieczuleniu podpajęczynówkowym dla uniknięcia powikłań ważne jest, żeby przez 24 godzin nie wstawać. Ale już kolejnej doby usunięto mi cewnik, umyto i podniesiono z łóżka. Lekko nie było. Byłam słaba, obolała, bałam się każdego ruchu. Udało mi się dopiero za trzecim, czy nawet czwartym razem. Sukces, zrobiłam parę kroków! I z powrotem do łóżka. Rytm dnia wyznaczały pory podawania środków przeciwbólowych.

Z każdym dniem było jednak coraz lepiej. Zaczęłam odwiedzać i karmić Zuzię, która niestety jako wcześniak przebywała w zupełnie innej części oddziału. Powoli dochodziłam do siebie. Ale nie chcę, żeby to wszystko brzmiało za różowo. Był ból, była niemoc, oj tak. Problemy w toalecie, problemy pod prysznicem. Spróbujcie się umyć, nie mogąc się pochylać! Do tego ścisła dieta. Pierwszej doby kompletnie nic, drugiej gorzka herbata i suchary, trzeciej kleik, czwartej rosół ... Normalnie po czterech dniach można liczyć na wypis, ja zostałam w szpitalu dłużej, bo Zuzia wymagała hospitalizacji. Pamiętam, że nie mogłam doczekać się powrotu do domu. Oczywiście w domu nie nastąpiło cudowne ozdrowienie, jeszcze przez kilka tygodni funkcjonowałam nawet nie na pół, a na ćwierć gwizdka, ale jednak psychicznie poczułam się lepiej. Fizycznie do dziś nie jest idealnie, muszę prowadzić oszczędny tryb życia, nie dźwigać niczego powyżej kilku kilogramów, no i unikać wysiłku angażującego mięśnie brzucha. Takich zaleceń należy przestrzegać mniej więcej przez pół roku.

Minęły już cztery miesiące. Dziś o operacji przypomina mi tylko blizna (zaskakująco niewielka i mało widoczna, przebiegająca poziomo na linii bikini) i gorsza niż zwykle forma, nie pozwalająca na większy wysiłek fizyczny, który okupuję bólem. A Zuzia, ze swoim bezzębnym uśmiechem, jest dla mnie najlepszą nagrodą za to, przez co musiałam przejść :)))


Przepraszam, że post jest tak długi. W żaden sposób nie dało się tego tematu zamknąć w kilku zdaniach. Opisałam Wam wszystko bez koloryzowania i bez ściemy. Mam nadzieję, że zaspokoiłam Waszą ciekawość. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, śmiało zadawajcie je w komentarzach. O ile tylko nie będą za bardzo wkraczać w moją intymność, na pewno odpowiem. Podzielcie się też własnymi przemyśleniami, może doświadczeniami? Przełammy tabu, udowodnijmy, że potrafimy o tym rozmawiać!


czwartek, 20 września 2012

Czarna robota ;)))

Ostatnio mam urodzaj na tusze. Załapałam się na False Lash Effect za 20 zł w niedawnej promocji Rossmanna (jupi!), upolowałam (z niewielką pomocą męża) trzy miniatury Clinique, a teraz jeszcze w prezencie od marki Gosh otrzymałam ich gorącą nowość, czyli Catchy Eyes Mascara, specjalistę od "czarnej" roboty ;))) Ponieważ pozostałe maskary już dobrze znam, od razu dobrałam się do tego różowego cudeńka :)))









Jak uzyskać najmodniejszy w tym sezonie makijaż a`la kocie oko? Z maskarą CATCHY EYES to szalenie proste. Silikonowa szczoteczka wykona całą „czarną robotę”. Zamiast bez końca stać przed lustrem i z jubilerską precyzją stylizować rzęsy, obierz najmodniejszy kurs i sięgnij po nowy tusz do rzęs GOSH COSMETICS. 

Makijaż a`la kocie oko to synonim kobiecości i zmysłowości. Intryguje i zachwyca. Nie bez powodu pokochały go gwiazdy kina i estrady. Doskonale podkreśla osobowość, charakter, a także nastrój kobiety. I co najważniejsze, sprawdza się nie tylko na oku o idealnym kształcie. Wpisany do kanonu makijażu jest uniwersalny i przy niewielkich modyfikacjach może być stosowany na różne okazje. Jego ważnym elementem są doskonale wytuszowane rzęsy: niebotycznie długie, pogrubione i podkręcone. Dodają one spojrzeniu nie tylko głębi, ale także pożądanego seksownego wyglądu. Jak go uzyskać? Wystarczy sięgnąć po nowość marki GOSH COSMETICS maskarę CATCHY EYES, która zwraca na siebie uwagę nie tylko dzięki bardzo kobiecemu opakowaniu w najmodniejszym w sezonie jesień-zima kolorze różowym. Jej główne zadanie wykonuje silikonowa szczoteczka o wyglądzie łuku, która precyzyjnie dostosowuje się do kształtu kobiecego oka, nadając rzęsom pożądany wygląd. Zawarty w tuszu wosk pszczeli odpowiada za kondycję rzęs: ich miękkość i jednoczesną elastyczność. Wosk Carnauba działa natomiast odżywczo i regenerująco. Panthenol optymalnie nawilża. Maskara jest pozbawiona parabenów. Nie jest perfumowana. Może być stosowana przez osoby o wrażliwych oczach i noszących szkła kontaktowe. 



Lubię mocno, ale i precyzyjnie podkreślone rzęsy, dlatego opis Catchy Eyes brzmi dla mnie niezwykle kusząco. Mam nadzieję, że maskara się spisze, robiąc tę swoją "czarną" robotę i za jakiś czas będę miała dla Was entuzjastyczną recenzję! 

środa, 19 września 2012

Sama nie wiem ...

GlossyBox w tym miesiącu dotarł do mnie skandalicznie późno. Ktoś może wie, z czego wynika ten poślizg? Byłam skłonna gonić po mieście wszystkie wozy kurierskie w poszukiwaniu tej przesyłki, sądząc, że gdzieś zaginęła, a tymczasem po prostu dopiero wczoraj ją nadano!

Ale do rzeczy. Co znalazłam we wrześniowym pudełku? Zapraszam na krótką prezentację.



BATH & BODY WORKS
PINK CHIFFON
balsam do ciała

FIGS & ROUGE
Peppermint & Tea Tree
organiczny balsam do ust

PHYTO
Phytobaume
ekspresowa odżywka do włosów farbowanych

YOSKINE
Mikrodermabrazja
szafirowy peeling przeciwzmarszczkowy

NUXE
Creme Fraiche de Beaute Light
krem do skóry mieszanej






Hmmm, sama nie wiem ... Z jednej strony widać, że tzw. profil piękna nareszcie rzeczywiście brany jest pod uwagę, z drugiej jednak znowu balsam do ciała, znowu odżywka do włosów ... Jakieś takie wtórne to pudełko, a w środku marki raczej ze średniej półki. Mimo to cieszę się z Figs & Rouge, bo nie miałam wcześniej z tymi mazidełkami do czynienia, a wiem, że mają dobrą opinię, zaciekawiła mnie też mikrodermabrazja od Yoskine, bo bardzo lubię tego typu produkty. Krem Nuxe, sądząc z opisu, prawdopodobnie też przypadnie mi do gustu.

W każdym razie mój entuzjazm w tym miesiącu jest umiarkowany. Poczekam jeszcze na październikową edycję i zastanowię się, czy dalej w to brnąć. Generalnie GlossyBox oceniam dość wysoko, ale uważam, że za mało w pudełkach kolorówki i że zbyt często powielają się produkty z tych samych kategorii, co powoduje, że nawet nie ma kiedy ich wszystkich sumiennie przetestować. Także jeśli za miesiąc sytuacja się powtórzy, pewnie zrobię sobie na jakiś czas przerwę w subskrybcji.

Co myślicie o wrześniowym pudełku? Piszcie!

wtorek, 18 września 2012

Gdzie tu sens? ...

Dziś znowu post podyktowany potrzebą chwili ... Nie wiem, jak to możliwe, gdzie tu sens i logika, ale podobno z rossmannowskich półek zniknąć ma wychwalana pod niebiosa Isana z olejem babassu [moja recenzja TUTAJ]! Nie na chwilę, na zawsze! Dowiedziałam się o tym rano u Agi [KLIK] i niestety wszystko wskazuje na to, że to prawda :((( Specjalnie wybrałam się dziś do Rossmanna (najbliższego, w zasięgu spaceru z niemowlęcym wózkiem :DDD) i rzeczywiście, półka ogołocona. Ostała się jedna jedyna butelka, która oczywiście trafiła do mojego koszyka. Poprosiłam też o sprawdzenie stanu magazynu, ale niestety żadnych zapasów już nie mieli. A koleżanki z różnych stron Polski donoszą, że u nich równie pusto ...






Nie pojmuję, jak można wycofać tak dobry produkt, w dodatku cieszący się olbrzymią popularnością. Gdyby świat beauty blogów funkcjonował tak samo, jak świat blogów szafiarskich, ta odżywka z pewnością zyskałaby miano "hitu blogerek" (swoją drogą drogerie mogłyby pomyśleć o takich rekomendacjach, no nie? :DDD).

Jeśli Isana z olejem babassu to także Wasz ulubieniec, biegnijcie do swoich lokalnych Rossmannów i róbcie zapasy. Bo wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że przyjdzie się nam na dobre z nią pożegnać.

poniedziałek, 17 września 2012

Kto pierwszy, ten lepszy!

Powinnam dziś poruszyć jeden z tematów, o których wspominałam wczoraj, jednak pozwólcie, że jeszcze na chwilę to odłożę, bo tu chodzi o czas! Zapraszam na post z serii "Łap okazję!" :)))

Część z Was na pewno już o akcji słyszała, ale kto ciągle nie wie, tego informuję, że od piątku w Perfumeriach Douglas można swój stary tusz do rzęs zupełnie za darmo wymienić na miniaturę jednego z tuszy Clinique - klasyczny High Impact Mascara, podkręcający High Impact Curling Mascara albo wydłużający High Lengths Mascara. Do wyboru. I do wyczerpania zapasów! 



(Zdjęcie: www.facebook.com/PerfumerieDouglasPolska)



Ja już swoją miniaturę mam, zdecydowałam się na wersję klasyczną. Nie ukrywam jednak, że mam chrapkę też na pozostałe dwie. Zobaczymy, co da się zrobić ;)))






Zdążyłyście już tak jak ja dokonać wymiany, czy dopiero się do tego zbieracie? Jeśli tak, spieszcie się! Bo wiadomo, kto pierwszy, ten lepszy :)))

niedziela, 16 września 2012

Na tapczanie siedzi leń ;)))

Nie na tapczanie, tylko na kanapie. Poza tym wszystko się zgadza :D Ostatnio miałam takiego lenia, że prawie nie zaglądałam na bloga. Zaniedbałam Was, wiem. Biję się w pierś! I choć zdążyłam się stęsknić, sama nie wiem, z jakim tematem do Was wrócić.



O czym mogłabym napisać?

Mogłabym kontynuować serię o ciąży i macierzyństwie. Poprzednie posty spotkały się z naprawdę ciepłym przyjęciem.

Mogłabym zaprezentować Wam Firmoo. Niedawno ten sklep z okularami zwrócił się do mnie z prośbą o notkę promocyjną i poważnie się zastanawiam, czy w to nie wejść, bo już wcześniej miałam ochotę skorzystać z ich usług. Jesteście zainteresowane darmowymi okularami?

Mogłabym, skoro już o okularach mowa, napisać o okularach do makijażu, na jakie natknęłam się niedawno u optyka. Nie miałam pojęcia, że taki gadżet w ogóle istnieje!

Mogłabym pokazać swoje zakupy. Zaszalałam na Biochemii Urody i iHerb. Jestem o krok od kliknięcia kilku rzeczy w AlleDrogerii.

Mogłabym opisać swój pomysł na walkę z przebarwieniami. Właśnie z ich powodu zrobiłam zamówienie na BU. Niezbędnie potrzebowałam silnego serum! Oczywiście do koszyka wpadło coś jeszcze ;)))

Mogłabym opowiedzieć, jak ja, stara krowa, zabieram się na naukę konturowania twarzy. Właśnie z tego powodu zrobiłam zamówienie na iHerb. Niezbędnie potrzebowałam pędzla do bronzera z EcoTools! Oczywiście do koszyka wpadło coś jeszcze ;)))

Mogłabym poskarżyć się Wam na kondycję włosów. Myślałam, że osłabienie włosów po ciąży to mit, moje zdawały się być nawet w lepszym stanie niż wcześniej. A tymczasem jakiś miesiąc temu zaczęło się ...

Mogłabym zrecenzować kilka produktów z GlossyBoxów. Mam swoje hity i kity. Tak a propos, GDZIE JEST MOJE WRZEŚNIOWE PUDEŁKO???

Mogłabym przygotować post z serii "Ty wybierasz!", dzięki któremu same miałybyście okazję poprosić o konkretną recenzję.

Mogłabym pokazać Wam kolejne kikusie i essiaki, zwłaszcza że załapałam się na promocję w Super-Pharm.

Mogłabym zdradzić, jaki mam nowy pomysł na pielęgnację skórek wokół paznokci, testy już w toku.

Mogłabym napisać o moich eksperymentach z olejkiem pichtowym.

Mogłabym zaprezentować sposoby na upiększenie toaletki i łazienki.

Mogłabym pochwalić się, co wygrałam w niedawnym perfumowym konkursie u Sabbath.

Mogłabym w końcu w kilku słowach opowiedzieć o mojej ostatniej lekturze, wstrząsającej "Czarnobylskiej modlitwie" Swietłany Aleksijewicz.



O czym macie ochotę poczytać? Dajcie znać, wszystkie komentarze wezmę pod uwagę! 



A tymczasem pozwólcie, że przekażę trochę pozytywnej energii. Do mnie jej spora dawka trafiła kilka dni temu od Sylwii, autorki bloga Mała Graciarnia oraz The Beauty Box, autorki bloga Nothing but beauty, które nagrodziły No to pięknie! So Sweet Blog Award :)))






O co chodzi? Zupełnie o nic. Żadnych pytań, żadnego zdradzania sekretów, żadnych dziwnych łańcuszków. Po prostu miły gest, osobiste wyróżnienie. Wyraz sympatii dla bloga i jego autora. Sylwia, The Beauty Box, dziękuję! I przekazuję nominację kolejnym pięciu blogerkom:

Violl i jej Na obcasach, żeby w końcu do nas na dobre wróciła;

Magdzie i jej My Pink Plum z najserdeczniejszymi życzeniami wszystkiego dobrego na nowej drodze życia;

Kasi i jej Keep calm & be beautiful, w podziękowaniu za poziom i atmosferę jej bloga;

Pannie Joannie i jej Światu, bo tak bardzo lubię czytać jej teksty, zwłaszcza te naaaaajdłuższe;

Emmie, ciągle W podróży, za dar przybliżania odległego.


Przy okazji witam też serdecznie wszystkie nowe czytelniczki. Dziewczyny, miło mi Was gościć, mam nadzieję, że zostaniecie na dłużej!


Pozdrawiam Was,

Cammie.




wtorek, 11 września 2012

Truskaweczki :)))

Strawberry Fields to chyba jeden z popularniejszych odcieni China Glaze. Nic dziwnego, to bardzo interesujący odcień różu ozdobiony delikatnym złotym shimmerem, który nadaje temu lakierowi charakteru. Nie kojarzy mi się w ogóle z polami intensywnie czerwonych zwykle truskawek, ale kto to zgadnie, jak nadawane są te nazwy? Same spójrzcie, czy to jest kolor truskawkowy? :DDD









Truskawkowy czy nie, kolor na paznokciach prezentuje się bardzo ładnie. Lubię to, jak dzięki shimmerowi zmienia się w zależności od światła.






1. Dostępność - 0 (głównie sklepy internetowe).
2. Cena - 1 (3$, czyli około 10 zł, u polskich dostawców niestety drożej, na allegro na przykład trzeba się liczyć co najmniej z dwukrotnością tej kwoty).
3. Kolor - 1 (co prawda nie truskawkowy, ale oryginalny, bo róż dzięki złotym drobinom nabiera ciepłych tonów).
4. Aplikacja - 1 (bezproblemowa, lakier nie jest za gęsty, ładnie przylega do płytki).
5. Pędzelek - 1 (długi i wąski, bardzo wygodny).
6. Krycie - 1 (dwie warstwy wydobywają całą jego urodę).
7. Wysychanie - 1 (bez zastrzeżeń).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Kiko Gel Look Ultra Glossy Effect Top Coat) - 1 (nie ma się do czego przyczepić).
9. Trwałość - 1 (do sześciu dni, czyli rewelacyjnie).
10. Zmywanie - 1 (łatwe, mimo drobinek).

Moja ocena: 9/10.



Oceniam Strawberry Fields wysoko, ale od razu Wam podpowiem, żebyście nie sugerowały się tą punktacją decydując się na inne kolory. Lakiery China Glaze niestety nie są równe. "Truskaweczki" są jednak bardzo udane! Także rwijcie z krzaczków garściami :DDD

poniedziałek, 10 września 2012

Owocowa bomba :)))

Skoro już jesteśmy w klimatach kulinarnych, to chciałabym Wam jeszcze zaserwować mój ulubiony ostatnio napój. Jest tak pyszny, że zbrodnią byłoby nie podzielić się z Wami recepturą! Moje drogie, zapraszam na prawdziwą owocową bombę, smoothie z arbuza, ananasa i mango :)))






Pomysł na ten napój zapożyczyłam do mojej mamy. Zgodnie z jej wskazówkami opieram się na następujących proporcjach:

- ćwiartka arbuza;
- połówka świeżego ananasa;
- jedno dojrzałe mango.

Z takiej ilości owoców przygotujecie kilka sporych porcji. Trzeba je tylko obrać i pokroić na cząstki, a następnie po prostu zblendować. Ja korzystam z termomiksa, ale jestem pewna, że zwykły blender też da radę. Nie musicie dodawać wody, arbuz jest tak soczysty, że stanowi wspaniałą bazę dla tego napoju. Obłędnie smacznego! 






Są tu jakieś miłośniczki tego typu napojów? Z chęcią poznam Wasze propozycje na smakowite smoothie. Co najchętniej miksujecie, dziewczyny?

niedziela, 9 września 2012

Kanapeczkę? :)))

Dziś znowu zapraszam do mojej kuchni. W roli głównej awokado. Kto ma ochotę na pyszną kanapeczkę? :)))






Do niedawna pomysł na awokado miałam jeden, zwykle robiłam po prostu podstawowe guacamole, z rzadka tylko dodając ten owoc do sałatek. Ale jakiś czas temu natknęłam się na fajny przepis na pożywną, treściwą i bardzo smaczną pastę do pieczywa :)))






Jeśli lubicie awokado i macie ochotę na taką kanapkę, przygotujcie:

- 1 dojrzałe awokado;
- 2 ugotowane na twardo jajka;
- 2 ząbki czosnku;
- majonez;
- cytrynę;
- sól i pieprz.

Awokado powinno być tak miękkie, żeby po wydrążeniu z łatwością poddać się rozgniataniu widelcem. Rozgnieciony miąższ obficie skropcie sokiem z cytryny, a następnie dodajcie do niego starte na tarce jajka i przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku. Całość połączcie łyżeczką majonezu, doprawiając do smaku solą i pieprzem. I tyle, gotowe! Pasta wspaniale komponuje się z aromatycznym, soczystym pomidorem :)))



Trochę Wam zazdroszczę, bo możecie przygotować sobie kanapkę sięgając po kromkę chleba. Ja, jak może pamiętacie, ze względu na Zuzię muszę unikać pszenicy, która praktycznie znajduje się  w każdym pieczywie (tak, tak, nawet w "żytnim", same sprawdźcie). Przerobiłam już w związku z tym wszelkie pieczywo chrupkie (Wasa z pełnoziarnistej mąki żytniej z sezamem daje radę) oraz wszelkie wafle i wychodzi na to, że the best ever są kukurydziane extra cienkie Good Food :))) Cieniusieńkie i chrupiące (a do tego przy okazji niskokaloryczne), z powodzeniem zastępują mi chleb. Polecam! W sprzedaży jest też wersja ryżowa (nie tak smaczna) oraz ryżowa z pełnego ziarna z dodatkiem jabłka i cynamonu dla łasuchów (pycha!).






Jakie są Wasze ulubione pasty do chleba? Koniecznie podzielcie się przepisami. Napiszcie też, proszę, czym zastępujecie sobie pieczywo, o ile oczywiście musicie. Bardzo jestem ciekawa! 

czwartek, 6 września 2012

Pora na dobranoc :)))

The Beauty Box w komentarzu pod wczorajszym postem poruszyła kwestię na tyle istotną, że uznałam, iż warta jest odrębnego wpisu. Zdrowy sen w ciąży. Jeśli jesteście ciekawe, co mam na ten temat do powiedzenia, zapraszam do lektury :)))



(Zdjęcie: www.parenting.pl)



Kiedy byłam w ciąży, wszyscy mi powtarzali: śpij, dziewczyno, ile wlezie, bo jak dziecko przyjdzie na świat, to długo się nie wyśpisz. Oczywiście liczyłam się z tym, ale do głowy mi nie przyszło, że deficyt snu dotknie mnie jeszcze przed porodem!

Bezsenność dopadła mnie znienacka. Po prostu pewnego wieczora nie zasnęłam tak szybko jak normalnie. Ani kolejnego. Ani kolejnego ... Każdej nocy czekałam na sen coraz dłużej. Do drugiej nad ranem, do czwartej, do szóstej ... Przewracałam się w łóżku z boku na bok, a sen nie przychodził. Płakałam ze zmęczenia, a sen nie przychodził. Wietrzyłam sypialnię, piłam ciepłe mleko, liczyłam barany, a sen nie przychodził.

Zgłosiłam się z tym problemem do lekarza, ale niewiele mi pomógł. Taki urok ciąży, usłyszałam. Leków żadnych przyjmować nie mogłam. Ale problemu zostawić też nie mogłam, bo przez brak snu fatalnie funkcjonowałam. W końcu przekopałam internet i po konsultacji z moim ginekologiem zwiększyłam dawkę suplementowanego magnezu. Eureka! Możecie wierzyć lub nie, ale problem zniknął już po kilku dniach. 

Magnez odgrywa w organizmie człowieka bardzo istotną rolę. Jego niedobór objawia się między innymi zaburzeniami snu. U mnie wywoływał także dotkliwe ataki zespołu niespokojnych nóg, które dodatkowo utrudniały zasypianie. Jeśli dotyka Was problem bezsenności, koniecznie zwróćcie uwagę na ten pierwiastek w swojej diecie. 

Podpowiem Wam też, jak w prosty sposób można podnieść jakość snu w ciąży. Nie ma co ukrywać, że przychodzi taki moment, w którym rosnący brzuch nie pozwala ułożyć się w wygodnej pozycji. Dla niezorientowanych dodam, że ciężarna ze względów bezpieczeństwa nie może spać ze zrozumiałych powodów na brzuchu, ale także na plecach i na prawym boku. Pozostają więc jedynie wariacje na temat boku lewego ... Możecie sobie wyobrazić, jak ciężko wytrzymać całą noc. 

Kiedy zaczął mi doskwierać ten problem, postanowiłam sobie ulżyć kupując specjalną poduszkę. To był strzał w dziesiątkę! Nie umiem wyrazić słowami, jak bardzo mi pomogła.

Poduszka dla ciężarnych ma kształt rogala i długość dorosłego człowieka. Jeden jej koniec służy za podgłówek, środek stanowi miękkie, odciążające kręgosłup oparcie dla brzucha lub pleców, drugi koniec natomiast wkłada się między nogi, co również odciąża kręgosłup.

Nie chcę tu uprawiać żadnej reklamy, ale poducha, na którą się zdecydowałam, ma  naprawdę świetną jakość i myślę, że warta jest rekomendacji. Kupiłam ją na stronie motherhood.pl KLIK.

Co najlepsze, ta poducha jest wielofunkcyjna! Same spójrzcie.















(Obrazki: www.motherhood.pl)



Spałam na tej poduszce do końca ciąży, miałam ją ze sobą w szpitalu, uratowała mnie po cesarskim cięciu. Ale szczerze mówiąc nie używam jej do karmienia, nie chciałoby mi się za każdym razem się nią owijać.

Teraz, o ile oczywiście Zuzia mi na to pozwala, na szczęście śpię jak suseł. Zasnę wszędzie, o każdej porze i w każdych warunkach ;)))

A Wy, moje piękne, jak sypiacie? Napiszcie, proszę, jakie są Wasze sposoby na dobry sen!

środa, 5 września 2012

Wspomagacz :)

W poprzednim poście wspominałam Wam, że w czasie ciąży miałam poważne problemy utrzymaniem właściwego poziomu nawilżenia skóry, która w tamtym okresie stała się nagle wyjątkowo sucha. Stosowałam oczywiście rozmaite balsamy i masła, ale to nie zawsze wystarczało. W końcu sięgnęłam po coś, co uzupełniło moją rutynową pielęgnację ciała i przyniosło pewną ulgę. Emolientowe emulsje do kąpieli

Emolienty mają silne właściwości nawilżające, chronią też skórę przed utratą wilgoci, dbając o tak zwany naturalny płaszcz hydrolipidowy. Emolientowe emulsje do kąpieli często mają też właściwości myjące i zmiękczające. Ale zawsze kojarzyły mi się wyłącznie z pielęgnacją wrażliwej skóry niemowląt! Jakoś do głowy mi nie przychodziło, że dorosły człowiek też może je stosować.

Ale w krótkim czasie w moje ręce trafiły dwa takie preparaty. O jednym z nich już Wam pisałam, to olejek do kąpieli Dermedic z serii Emolient Linum. Co zabawne, okazało się, że zgodnie z zaleceniami producenta wcale nie jest przeznaczony dla małych dzieci :DDD

Drugi płyn, Atoperal Baby, to już typowy produkt dla niemowląt. Trafił do mnie za pośrednictwem Magazynu Drogeria. Trochę u mnie przeleżał, zanim zaczęłam go używać, a koniec końców stosowałam go także do kąpieli Zuzy.



Wybaczcie stan opakowania,
już tak zmaltretowane do mnie dotarło.



Atoperal® Baby to jedyna emulsja do kąpieli nawilżającej oparta na oleju lnianym (nie zawiera oleju parafinowego, który w stężeniach powyżej 10% nie powinien być stosowany u niemowląt). Emulsja przeznaczona do pielęgnacji skóry atopowej, suchej, wrażliwej dzieci i niemowląt powyżej 1 miesiąca życia. Zapewnia optymalne nawilżenie skóry. Delikatnie oczyszcza skórę (poprzez łagodne substancje absorbujące zanieczyszczenia z powierzchni skóry). Emulsja przeznaczona jest do codziennej pielęgnacji skóry atopowej, suchej, wrażliwej dzieci i niemowląt powyżej 1 miesiąca życia. Doskonale nawilża i natłuszcza skórę oraz tworzy na jej powierzchni delikatną warstwę okluzyjną (ochronną), zapobiegającą przeznaskórkowej utracie wody.



Opakowanie jest ładne, uroczemu obrazkowi na butelce daleko do kiczu, którym skażonych jest wiele dziecięcych produktów. Dzięki wąskiemu ujściu butelki jest też całkiem funkcjonalne, dozowanie to łatwizna.

Sama emulsja (bezzapachowa) jednak mnie nie zachwyciła. Nie zrobiła mi żadnej krzywdy, ale też nie była tak przyjemna w stosowaniu, jak wspomniany wcześniej olejek Dermcedic. Mam wrażenie, że trochę do życzenia pozostawiają jej właściwości nawilżające, formuła jest jakaś taka lekka, nietreściwa. Potrzebując naprawdę solidnego nawilżenia i natłuszczenia, czułam niedosyt, a to z kolei powodowało, że lałam jej do kąpieli pewnie więcej niż powinnam. Możecie sobie wyobrazić, jak to wpływało na wydajność ... W końcu odłożyłam ją na jakiś czas. Wróciłam do niej, pielęgnując Zuzię. I tu, w porównaniu do innych płynów tego typu, też oceniam Atoperal na średniaka. Skóra Zuzi w dużo lepszej formie była po Oilatum czy chociażby po zwykłej Ziajce (której swoją drogą nie polubiłam, ale z innych względów). Krzywdy nie robił, ale spektakularnych efektów też nie dawał.

Atoperal Baby w pojemności 200 ml kosztuje około 30 złotych, więc nie jest to cena jakoś szalenie konkurencyjna w stosunku do innych aptecznych preparatów tego typu. Ale muszę w tym miejscu zaznaczyć, że ani ja, ani moja córka nie borykamy się z problemami skóry atopowej, dla jakiej ta emulsja jest w głównej mierze dedykowana. Być może u kogoś dotkniętego tą chorobą ten łagodny płyn spisywałby się lepiej, a wtedy wiadomo, kwestia ceny schodzi na dalszy plan. Ja w każdym razie do niego wracać nie będę, zwłaszcza że moje kłopoty z suchą skórą minęły i nie potrzebuję już tego rodzaju "wspomagaczy".

Czy Wy macie doświadczenia z takimi emulsjami? Czy jeśli kąpiel, to tylko pachnące bąbelki? :DDD




poniedziałek, 3 września 2012

Spodziewajcie się wszystkiego :)))

Dziś zapraszam na parę słów o tym, co Was najbardziej interesuje, czyli o pielęgnacji w czasie ciąży



To jedno z nielicznych moich zdjęć z okresu,
kiedy byłam w ciąży.
Planowałam profesjonalną pamiątkową sesję zdjęciową,
ale nie zdążyłam ...



Nie czarujmy się, ciało się zmienia. Bardzo. Wizualnie widzi to każdy, ale tylko kobieta, która była w ciąży, wie, z jakimi dolegliwościami te zmiany się wiążą. Że to nie tylko kilogramy. Że to także ból różnego rodzaju. Często opuchlizna. Wariujące hormony, wyczyniające z naszą skórą cuda. Rozstępy na rozciągającej się skórze. W moim przypadku doszła jeszcze uciążliwa bezsenność, która wyjątkowo negatywnie wpływała nie tylko na moją formę i samopoczucie, ale także na wygląd. 

Moja cera w czasie ciąży całkowicie się zmieniła. Z przetłuszczającej się i wiecznie błyszczącej, skłonnej do wyprysków, przekształciła się w odwodnioną i wrażliwą. Siłą rzeczy sięgałam po produkty delikatne, ale jednocześnie mocno nawilżające. Recenzje z tamtego okresu możecie z łatwością prześledzić, służył mi na przykład Topicrem KLIK. Tak jak wspominałam w poprzednim poście z tej serii, ciąża uaktywnia wszystkie uśpione problemy zdrowotne, także zmagać się też musiałam z nawrotem dawno zaleczonego łojotokowego zapalenia skóry. Bardzo pomogło mi wtedy czyste masło shea KLIK.

Kwestię ochrony przeciwsłonecznej, przyznaję, przespałam. Wiedziałam, że ze względu na burzę hormonalną skóra kobiet w ciąży wyjątkowo narażona jest na przebarwienia, ale zareagowałam dopiero, jak problem już się pojawił. Kremu z filtrem o wysokim SPF zaczęłam używać zdecydowanie za późno, kiedy plamki były na mojej twarzy już dość widoczne. Postawiłam na zachwalany The Face Shop Natural Sun KLIK (który nota bene z przyjemnością stosuję do dziś).

Jeśli chodzi o ciało, to zrozumiałe, że skoncentrowałam się na pielęgnacji brzucha. Od samego początku regularnie smarowałam się oliwką, dzięki czemu skóra nie traciła na elastyczności. Po jakimś czasie okazało się jednak, że oliwka to za mało. Owszem, natłuszczała, ale nie nawilżała. Wtedy z pomocą nadeszła Mydlarnia TULI ze swoim masłem shea KLIK, które charakteryzowało się silnymi właściwościami odżywczymi. Myślę, że to dzięki smarowaniu uchroniłam się przed rozstępami. Owszem, pojawiło się ich kilka na tak zwanych boczkach, ale brzuch i biust ochroniłam. Kluczem do tego sukcesu na pewno była regularność.

Reszta ciała nie wymagała aż takiej uwagi i troski, ale i tak codziennie sięgałam po balsamy albo masła, starając się podnieść komfort wyjątkowo podatnej w czasie ciąży na przesuszenie skóry. I choć zawsze wydawało mi się, że mam odporność nosorożca, okazało się, że na tym świecie nie ma nic pewnego. Zaskoczyła mnie alergia! Podrażnił mnie balsam nawilżający z Flos - Lek, o czym mogłyście poczytać TUTAJ. Z innych przykrych niespodzianek, to po owocowym balsamie Gosh KLIK na ramionach dorobiłam się suchych placków ... Ratowałam się emolientami do kąpieli, które pomagały mi utrzymać odpowiedni stopień nawilżenia skóry. Pierwszy z nich, Dermedic, prezentowałam Wam TUTAJ, drugi jeszcze nie doczekał się wzmianki, ale poświęcę mu kolejny post.

Z rzeczy zabawnych, wspomnieć muszę o depilacji. Uwierzcie mi, że w pewnym momencie samodzielny zabieg zaczyna być problematyczny. Brzuch bardzo przeszkadzał i o ile łydki przy odrobinie wprawy mogłam ogolić, to doprowadzenie do ładu strefy bikini wymagało odwagi ;))) I lusterka :DDD Trudności podobnej natury dotyczyły pedicure.

Na koniec wspomnę tylko, że zakaz farbowania włosów w ciąży to według mojego ginekologa mit. I ja mu wierzę. Aczkolwiek nie zaszkodzi zachować szczególnej ostrożności i wybierać farby bez amoniaku.



Podsumowując, w ciąży możecie spodziewać się wszystkiego. Przybierania na wadze, nasilenia problemów dermatologicznych, kompletnej zmiany profilu cery i skóry, nadwrażliwości na rozmaite składniki kosmetyczne. Nie podam Wam tutaj złotego rozwiązania na wszystkie te problemy. Musicie obserwować swoje ciało i reagować na jego potrzeby. Ale z głową! Pamiętajcie, że stosowanie wielu substancji w czasie ciąży jest niewskazane, a często nawet zabronione, dotyczy to na przykład retinolu, kwasu salicylowego czy kwasów owocowych (warto przestudiować składy stosowanych kosmetyków, odsyłam Was do TEGO linka). Podobnie rzecz się ma z zabiegami kosmetycznymi, chociażby  depilacją gorącym woskiem, nie wspominając o laserowej, silnym złuszczaniem czy solarium. Co więcej? Przywiązujcie wagę do higienicznego trybu życia, wysypiajcie się, ruszajcie się, zdrowo się odżywiajcie, odstawcie wszelkie używki. Dbajcie o siebie, rozpieszczajcie się! I w dobrej formie czekajcie na swoje dziecko :)))


niedziela, 2 września 2012

Nie aż tak ;)))

Coraz więcej z Was ciepło spogląda na Kiko, mimo że marka niestety nadal nie jest dostępna w Polsce (why???). Ale podróżujecie, macie podróżujących przyjaciół i często decydujecie się na zakupy za granicą. Moje kikusie, jak pamiętacie, też dotarły do mnie dzięki czyjejś uprzejmości. Kiedy je Wam prezentowałam [KLIK], wzbudziły wiele emocji, gorąco prosiłyście o dokładniejsze zdjęcia. Zgodnie z życzeniem pokażę dziś pierwszy z lakierów, Kiko nr 282 Coral Pink :)))









Cóż, na zdjęciu ten odcień wydaje się  bardziej "pink" niż "coral", ale muszę podkreślić, że to kwestia światła. W ostrym słońcu kolor nabiera intensywności, wyglądając niemal neonowo, w miękkim, przytłumionym świetle sztucznym zyskując na subtelności. Właśnie w takich warunkach wychodzi z niego zgaszony koral.


1. Dostępność - 0 (marka w Polsce niedostępna).
2. Cena - 1 (do przyjęcia, regularnie 2,5 euro, czyli około 10 zł).
3. Kolor - 0 (odejmuję punkt, bo mimo całej jego urody, spodziewałam się czegoś wyraźniej wpadającego w koral).
4. Aplikacja - 1 (prosta, bez smużenia i zalewania skórek).
5. Pędzelek - 1 (wygodny, dobrze przycięty, nie za wąski, nie za szeroki).
6. Krycie - 1 (standardowy dwuwarstwowiec).
7. Wysychanie - 1 (bezproblemowe, przy pomocy topu wręcz błyskawiczne).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: rewelacyjny Kiko Gel Look Ultra Glossy Effect Top Coat) - 1 (bez zastrzeżeń).
9. Trwałość - 1 (przez pięć dni mani nieskazitelny, szóstego dnia wszystkie plagi jednocześnie - otarcia, pękanie, odpryski, no ale pięć dni to i tak dużo).
10. Zmywanie - 1 (banalnie łatwe, bez barwienia skóry wokół paznokci, czego szczerze nie znoszę).

Moja ocena: 8/10.



Bardzo udany róż, może nie tak koralowy, jakbym sobie tego życzyła, ale mimo to ładny. Jestem pewna, że będę po niego często sięgać, bo świetnie wpisuje się w gamę moich ulubionych kolorów. Nie jest jednak na tyle oryginalny, żeby czegoś podobnego nie znaleźć w ofercie naszych rodzimych marek. Jest fajny, ale nie AŻ TAK :DDD

A jakie odcienie Wy najchętniej widzicie na swoich paznokciach?


sobota, 1 września 2012

Tytułem wstępu :)))

Minęły właśnie trzy miesiące, odkąd Zuzia przyszła na świat. W tym czasie wielokrotnie prosiłyście mnie, żebym przygotowała wpis o ciąży, ciążowej pielęgnacji i sposobach na powrót do formy po porodzie. Nie da się tego wszystkiego zmieścić w jednym poście, dlatego postanowiłam stworzyć mały cykl. Jeśli jesteście zainteresowane tematem, zapraszam do lektury :)))



(Pierwsze buciki Zuzi, dostała je od zakochanej na zabój we wnusi babci.)



Moja ciąża była wyczekana, ale nieszczególnie zaplanowana, jeśli wiecie, co mam na myśli ;)))  Teoretycznie staraliśmy się o dziecko, przyjmowałam kwas foliowy, ale wszystko odbywało się bez spięcia, na zasadzie "będzie, co ma być". Także jak przyszło co do czego, musiałam trzy razy powtórzyć test, zanim uwierzyłam, że NAPRAWDĘ jestem w ciąży. Od razu pognałam do lekarza.

W tym miejscu bardzo, ale to bardzo chciałabym podkreślić rolę opieki lekarskiej w tym ważnym dla kobiety czasie. Lekarza prowadzącego ciążę wybierzcie rozważnie, bądźcie pewne, że możecie mu zaufać, powierzając mu na kilka miesięcy i siebie, i dziecko. Nawet nie wiecie, jakie to istotne. Gdyby ginekologa, do którego chodziłam, coś nie tknęło i gdyby nie zlecił pewnych ponadstandardowych badań, prawdopodobnie miałabym naprawdę poważne problemy.

Także nie lekceważcie badań. Żadnych. I tych obowiązkowych, i tych dodatkowych. Słuchajcie lekarza. Suplementujcie dietę w odpowiedni sposób (ja przez całą ciążę przyjmowałam Femibion Natal). Jeśli dopiero staracie się o dziecko, już zawczasu zadbajcie odpowiednio o swoje zdrowie. Ciąża ma to do siebie, że uaktywnia wszystkie uśpione problemy.

A prospos diety, bo to też bardzo istotna kwestia. Nastawienie "jeść za dwoje" przechodzi do lamusa, właściwsze jest "jeść dla dwojga". Posiłki powinny być urozmaicone i wartościowe, wolne od wysoko przetworzonej żywności, nadmiaru tłuszczu i cukru. Nie ma się co objadać! Zachcianki zachciankami, ale pamiętajcie, że w ciąży Wasze zapotrzebowanie energetyczne wzrasta raptem o 300 kalorii. To nie tak wiele.

Zachęcam Was także do uczestnictwa w kursach szkoły rodzenia. Początkowo na zajęciach czułam się co prawda dziwnie, bo wokół same młode dziewczyny ledwo po dwudziestce i ja, całą dekadę starsza, nijak tam nie pasowałam. Zwłaszcza że w grupie były same pary, a mój mąż, jak wiecie, był w tamtym czasie bardzo daleko, więc w zajęciach musiałam brać udział sama, co było dość przykre. Ale koniec końców nie żałuję, że jednak sobie nie odpuściłam. Wbrew powszechnym wyobrażeniom szkoła rodzenia to nie tylko wyśmiewane przez filmy komediowe ćwiczenia oddechowe symulujące akcję porodową, ale przede wszystkim solidna dawka wiedzy na temat przebiegu ciąży, porodu i połogu, pielęgnacji noworodka, pierwszej pomocy w razie jakiegoś nieszczęśliwego wypadku, karmienia piersią i diety wskazanej w czasie laktacji. W ramach mojej szkoły zorganizowana też była "wycieczka" na porodówkę, dzięki której oswoiłam sobie szpital, zorientowałam się w warunkach i w ogóle zobaczyłam, co i jak. Wszystko to bardzo mi się przydało! Poczułam się dużo bezpieczniej.

To tyle, luźne uwagi tytułem wstępu. Mam nadzieję, że udało mi się jakoś wprowadzić Was w temat. W kolejnym poście z tej serii opowiem Wam o pielęgnacji ciała w ciąży, wiem, że części z Was na tym zależy. Napiszcie też, proszę, czy byłybyście zainteresowane postem z pogranicza fizjologii, to znaczy, czy pisać cokolwiek o samym porodzie? Naprawdę nie wiem, jak daleko sięga Wasza ciekawość ;)))