beauty & lifestyle blog

czwartek, 29 listopada 2012

Dla dociekliwych :)))

Po żywych, intensywnych czerwieniach i różach, pora na zieleń ciemną niczym las iglasty w bezksiężycową noc :DDD Przed Wami O.P.I. Live and let die z bondowskiej kolekcji Skyfall, ciemnozielona baza ze złotą poświatą.









Przyznam szczerze, że bałam się trochę tego koloru, bo z mało którą zielenią mi po drodze. Tej jednak blisko do grafitu, tak jest ciemna i nieoczywista, pasowałaby chyba każdemu. Złote drobiny, subtelne niczym pyłek, dodają jej tylko uroku. Nie sposób przejść obojętnie.


1. Dostępność - 1 (internet, sieciowe perfumerie).
2. Cena - 0 (powyżej 40 zł).
3. Kolor - 1 (bardzo głęboki, w mocnym świetle dzięki drobinom złota zyskujący nowe oblicze).
4. Aplikacja - 1 (bez zarzutu).
5. Pędzelek - 1 (duży i szeroki, ale precyzyjny, typowy dla O.P.I.).
6. Krycie - 1 (bardzo dobre, już jedna warstwa daje akceptowalny efekt).
7. Wysychanie - 1 (doskonałe tempo).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Nail Quencher Hydrating Base Coat i Poshe Super-fast Drying Topcoat) - 1 (bez zastrzeżeń).
9. Trwałość - 1 (bardzo przyzwoita, do czterech dni).
10. Zmywanie - 0 (niestety oporne, nie tyle się rozpuszcza, co rozmazuje, farbując palce, ale sprawdzę jeszcze, czy to nie kwestia zmywacza, w razie czego edytuję, dodając punkt).

Moja ocena: 8/10.



Live and let die to bardzo ciekawy kolor. Pozornie nudny i bez charakteru, w odpowiednim świetle wydobywa cały swój potencjał. Złoty pyłek pięknie podbija ciemnozieloną bazę, czyniąc z niej odcień wręcz świąteczny, choinkowy. W mojej opinii to jeden z czarnych koni kolekcji Skyfall. Może nie przyciąga uwagi już od pierwszego rzutu oka, ale dociekliwemu obserwatorowi pokaże swoje interesujące, niebanalne oblicze.

Mnie się podoba, a Wam?



Pamiętajcie, że w sklepie kupkosmetyk.pl 
(oficjalna dystrybucja O.P.I. w Polsce) 
za zakup produktów z kolekcji Skyfall powyżej 200 zł
przysługuje Wam gratisowa przesyłka!



wtorek, 27 listopada 2012

Fanty :)))

Wczoraj pokazałam Wam zakupione w kolorowej promocji łupy, dziś pokażę wygrane w konkursach fanty :))) Tak, tak, w ostatnim czasie znowu dopisało mi szczęście!



W konkursie zorganizowanym przez Piękność Dnia udało mi się zgarnąć książkę "Atlas chmur" Davida Mitchella. Na pewno orientujecie się, że jej ekranizacja z kreacjami aktorskimi Toma Hanksa i Halle Berry właśnie weszła do kin.






David Mitchell "Atlas Chmur", Wydawnictwo MAG 2012

Nominowany do Nagrody Bookera bestseller Atlas Chmur Davida Mitchella to również jedna ze Stu Książek Dekady według wpływowych brytyjskich krytyków literackich Richarda Madeleya i Judy Finnigan. Teraz na jego podstawie powstał głośny film, w którym kreacje stworzyła plejada gwiazd: Tom Hanks, Halle Berry, Susan Sarandon, Jim Sturgess, Ben Whishaw, Jim Broadbent i Hugh Grant.

Pasażer statku, z utęsknieniem wyglądający końca podróży przez Pacyfik w 1850 roku; wydziedziczony kompozytor, usiłujący oszustwem zarobić na chleb w Belgii lat międzywojennych; dziennikarka-idealistka w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana; wydawca książek, uciekający przed gangsterami, którym jest winien pieniądze; genetycznie modyfikowana usługująca z restauracji, w oczekiwaniu na wykonanie wyroku śmierci; i Zachariasz, chłopak z wysp Pacyfiku, który przygląda się, jak dogasa światło nauki i cywilizacji – narratorzy Atlasu Chmur słyszą nawzajem swoje echa poprzez meandry dziejów, co odmienia ich los zarówno w błahym, jak i w doniosłym wymiarze. 

W tej niezwykłej powieści David Mitchell znosi granice języka, gatunku literackiego i czasu, proponując zadumę nad właściwą ludzkości żądzą władzy i niebezpiecznym kierunkiem, w którym w pogoni za władzą zmierzamy.



W konkursie zorganizowanym przez Krzyklę wygrałam zestaw Bath & Body Works, w skład którego wchodzi balsam i mgiełka z serii Dark kiss.






Rewelacyjny, nadspodziewanie mocny, słodki zapach!

Nuty: 
bergamotka, kadzidło, śliwka mirabelka, jeżyna, 
ambra, róża, geranium, piwonia,
wanilia, labdanum, wetiwer, piżmo, żywica.



Jeśli widziałyście już "Atlas chmur", proszę mi tu nie opowiadać! Lektura jeszcze przede mną :PPP Ale z chęcią dowiem się, co myślicie o pachnidełkach Bath & Body Works :DDD

poniedziałek, 26 listopada 2012

Łupy :)))

Pytałyście, co takiego upolowałam przy okazji rossmannowskiego Kolorowego Tygodnia. Z chęcią Wam moje łupy pokażę, dlaczego nie :))) Nie jest tego dużo, ale bardzo się z moich zakupów cieszę. Tym bardziej, że na część z nich bez zniżki pewnie jeszcze długo bym sobie nie pozwoliła. Bo przecież ja i tak naprawdę mam się czym malować! :DDD



BOURJOIS
10 HOUR SLEEP EFFECT
(71 Abricote Clair)

MANHATTAN
EYEBROW PENCIL
(108 T, szary)

WIBO
EYEBROW STYLIST
(brązowy)

MAX FACTOR
MASTERTOUCH UNDER-EYE CONCEALER
(303 Ivory)









Bourjois to odpowiedź na nowe potrzeby mojej cery. Jej stan niewiarygodnie po ciąży mi się poprawił (pomijając przebarwienia ...). I jak zawsze celowałam w podkłady mocno kryjące (typu Revlon ColorStay), tak teraz zachciewa mi się podkładów leciutkich, rozświetlających. Nad tym, co mam do zakrycia, wolę popracować korektorem. 10 hour sleep effect wydaje się być idealnym wyborem.

Kredka i żel do brwi to kolejna próba ujarzmienia moich niesfornych włosków i wykreowania ładnej oprawy oczu. Z woskiem mi nie po drodze, większość cieni jest dla mnie za brązowa / za ruda / za czarna, słynna Delia, choć ją lubiłam za mocne utrwalanie, robiła ze mnie czarownicę, także kolejną szansę daję produktom Manhattan i Wibo.

Korektor Mastertouch chodził za mną już ładnych parę lat, ale zawsze odmawiałam go sobie ze względu na cenę i stosunkowo niewielką pojemność. Nie mogłam więc nie kupić go w końcu z tak okazyjną zniżką.

To tyle. I choć Kolorowy Tydzień trwa w najlepsze, moja noga w Rossmannie w najbliższym czasie już nie postanie. Co to, to nie, nie dam się skusić! :DDD

piątek, 23 listopada 2012

Żyje się raz :DDD

Serdecznie witam nowe czytelniczki! Rozgośćcie się :* A wszystkie Was zapraszam na prezentację kolejnego lakieru O.P.I. z bondowskiej kolekcji Skyfall. Tym razem rzut oka na metaliczny, drobinkowy buraczkowy róż You only live twice :)))









Wczoraj pomalowałam nim paznokcie trzeci raz pod rząd. Sięgałam po niego raz za razem z myślą o zrobieniu zdjęć, ale oczywiście miałam tak poharatane skórki, że przez długi czas nie było o czym mówić. Na szczęście wszystko się już wygoiło, także nareszcie mogę się w pełni cieszyć urokiem tego pięknisia i przy okazji w końcu Wam go pokazać :)))

1. Dostępność - 1 (edytowałam, dodając punkt, bo dostałam informację, że kolekcja dostępna jest już nie tylko przez internet, ale także stacjonarnie).
2. Cena - 0 (42 zł, sporo).
3. Kolor - 1 (bardzo nasycony, metaliczny, połyskujący).
4. Aplikacja - 1 (wzorowa, zupełnie bezproblemowa).
5. Pędzelek - 1 (typowy dla O.P.I., szeroki, ale elastyczny i świetnie przycięty).
6. Krycie - 1 (już jedna warstwa wygląda dobrze).
7. Wysychanie - 1 (błyskawiczne).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Nail Quencher Hydrating Base Coat i Poshe Super-fast drying topcoat) - 1 (bez zastrzeżeń).
9. Trwałość -1 (cztery, pięć dni, czyli satysfakcjonująca).
10. Zmywanie - 1 (bardzo łatwe, bez farbowania skóry wokół paznokci, co niestety miało miejsce przy The spy who loved me).

Moja ocena: 9/10.


Mam ten lakier na paznokciach już prawie dwa tygodnie non stop i jeszcze mi się nie znudził, to chyba o czymś świadczy? Świetnie się go nosi, do wszystkiego pasuje, bo kolor choć mocny i metaliczny, w gruncie rzeczy jest bardzo uniwersalny. Ni to róż, ni to bordo, jest ładnym akcentem na dłoniach. Bardzo odpowiada mi też jego metaliczna formuła, niezwykle ułatwiająca aplikację, pozwalająca na szybkie i precyzyjne malowanie. Nie mam się do czego przyczepić, serio! No chyba że do ceny, ale wiadomo, to jest O.P.I. W każdym razie, o ile lubicie takie kolory, warto się skusić. Zwłaszcza że mimo nazwy tego buraczkowego ślicznotka, żyje się tylko raz :DDD


Pamiętajcie, że w sklepie kupkosmetyk.pl 
(oficjalna dystrybucja O.P.I. w Polsce) 
za zakup produktów z kolekcji Skyfall powyżej 200 zł
przysługuje Wam gratisowa przesyłka!



czwartek, 22 listopada 2012

Hot news!

W dniach 22-28.11.2012 r. sieć drogerii Rossmann w ramach akcji Kolorowy Tydzień oferuje 40% zniżki 
na WSZYSTKIE produkty do makijażu!






Pójdzie człowiek do sklepu po pieluchy, a tu taki news :)))
Nie przegapcie!


Edit: Czy ktoś się orientuje, czy promocja obejmuje także akcesoria, np. pędzle? Zapomniałam sprawdzić.




wtorek, 20 listopada 2012

Lepiej robić coś, niż nie robić nic :)))

Mam wrażenie, że największy dramat już za mną, włosy co prawda nadal mi wypadają, ale już nie w takich ilościach, jak jeszcze kilka tygodni temu. Jest zauważalnie lepiej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tylko w niewielkim stopniu to moja zasługa, bo łysienia pociążowego nie jest w stanie powstrzymać żadna pielęgnacja, żadna dieta i żadna suplementacja. Zresztą na suplementację i tak nie mogę sobie pozwolić, bo wciąż karmię piersią. Także ani zioła, ani leki nie wchodzą w grę. Co do pielęgnacji, to oczywiście starałam się jakoś tym moim biednym włosom pomóc, ale szczerze mówiąc, sama nie wiem, czy przynosiło to jakieś wymierne rezultaty ... Prawda jest taka, że poprawa przyszła pewnie wraz z unormowaniem się hormonów.

W każdym razie lepiej robić coś, niż nie robić nic. Dlatego mimo długotrwałego i jakże zniechęcającego braku efektów przez ostatnie miesiące uparcie trzymałam się pielęgnacji opartej na ziołowych produktach Green Pharmacy. O zachwycającym działaniu jedwabiu tej marki już zdążyłam Wam napisać [TUTAJ], dziś pora na moje obserwacje odnośnie eliksiru, balsamu i olejku.

Kiedy decydowałam się na dobór kosmetyków GP, najbardziej kusił mnie eliksir ziołowy do włosów łamliwych, zniszczonych oraz farbowanych. Dziś oczywiście wybrałabym zdecydowanie wersję do włosów wypadających (i pewnie niebawem ją kupię), no ale na tamtą chwilę problemów z nadmiernym wypadaniem nie miałam. Okazuje się jednak, że wersja, na którą się zdecydowałam, zgodnie z obietnicą producenta też w jakimś stopniu ma chronić włosy przed wypadaniem, także sumiennie sięgałam po nią dzień po dniu.






Eliksir ziołowy do włosów łamliwych, zniszczonych oraz farbowanych. Koszyczek rumianku, podbiał zwyczajny, kiełki pszenicy, kłącze tataraku. Naturalny preparat ziołowy wyprodukowany w oparciu o receptury ze starych ksiąg zielarskich. Wskazany do wzmocnienia włosów, zapobiega ich wypadaniu. Eliksir regeneruje mieszki włosowe, powstrzymuje nadmierne przetłuszczanie się skóry. Nie podrażnia skóry, nie wywołuje niepożądanych efektów ani zmian skórnych. Wzmacnia włosy, zmniejsza łupież i łojotok prowadzący do przedwczesnego wypadania włosów.

Bardzo się z tym preparatem polubiłam. Ogromny plus za wygodne dozowanie! Atomizer pozwala na precyzyjne nakładanie eliksiru na włosy u ich nasady. Traktowałam go bowiem jak wcierkę, wmasowując w skórę głowy. Tak jak wspominałam, nie wiem, czy wpływał na włosy jakoś wzmacniająco, bo po ciąży i tak leciały jak szalone, ale krzywdy na pewno nie robił. Nie przetłuszczał i nie podrażniał skóry, nie obciążał też samych włosów. Stosując go miałam poczucie, że robię dla nich coś dobrego. Podobał mi się też jego delikatny ziołowy zapach.

Z wiadomych względów nie do końca umiem ocenić jego skuteczność, ale wszelkie inne walory, łącznie z ceną  (około 10 zł za 250 ml) i wydajnością, sprawiają, że zaryzykuję zakup wersji przeznaczonej stricte do włosów wypadających.



Drugim preparatem Green Pharmacy, na którym ostatnio opierała się moja pielęgnacja włosów, był balsam z olejkiem łopianowym. Producent zaleca nakładanie go na 5-10 minut, dlatego też stosowałam go jak typową maskę, pod czepek i ręcznik.






Balsam do włosów przeciw wypadaniu OLEJEK ŁOPIANOWY. Olejek łopianowy, proteiny kiełków pszenicy, witamina E. Szybko wyhamowuje wypadanie włosów dzięki swym odżywczym i zdrowotnym właściwościom. Daje widoczne wyniki w walce z łysieniem oraz osłabieniem włosów stymulując pracę cebulek włosów. Substancje aktywne zawarte w balsamie pobudzają mikro krążenie skóry głowy, wzmacniają włókna włosowe oraz przedłużają fazę wzrostu włosa. Balsam odżywia i wzmacnia włosy zapewniając im siłę niezbędną do intensywnego wzrostu. Już po pierwszym zastosowaniu balsamu zauważalne jest zmniejszenie wypadania włosów, które stają się zdrowsze i pełne blasku oraz łatwiej się rozczesują.

Balsam przeznaczony jest do pielęgnacji włosów skłonnych do wypadania, także okazał się jak znalazł. Podobnie jak w przypadku eliksiru, nie wiem, w jakim stopniu powstrzymał moje problemy, ale zakładam, że w jakimś na pewno. Zaszkodzić, na pewno nie zaszkodził. Stosowany jako maska może nie dawał efektu spektakularnego wygładzenia czy nabłyszczenia, ale czynił włosy bardzo lekkimi, dzięki czemu wyraźnie zyskiwały na objętości. Nie było to, jak się domyślacie, bez znaczenia dla kogoś, kto codziennie tracił masę włosów. Także duży plus.

Przyczepię się jedynie do wydajności. Balsam jest dość rzadki, luźna konsystencja sprawia że trudno nanieść go na włosy bez strat. I w ogóle jednorazowo potrzeba go sporo. Rekompensuje to jednak cena, zaledwie 8 złotych za 300 ml! Podpowiem wam w tym miejscu, że dostępne są także wersje z pokrzywą (pielęgnacja włosów osłabionych), cynkiem (pielęgnacja włosów z łupieżem) oraz aloesem (pielęgnacja włosów farbowanych).



Ostatnim punktem pielęgnacji pod znakiem Green Pharmacy był olejek łopianowy z czerwoną papryką. Pamiętam, że to on wzbudził Waszą największą ciekawość, gdyż zgodnie z obietnicą producenta miał działać stymulująco na porost włosów.






Naturalny olejek łopianowy w połączeniu z naturalnym ekstraktem czerwonej papryki tworzą skuteczny preparat o sprawdzonym wzmacniającym i pobudzającym działaniu na włosy. Dzięki regularnemu stosowaniu olejek wyraźnie wzmacnia osłabione włosy i stymuluje ich wzrost. Czerwona papryka pobudza mikro-cyrkulację krwi co ułatwia przenikanie dobroczynnych składników olejku łopianowego w głąb cebulek włosowych. Włosy stają się gęstsze i mocniejsze, lśniące i pełne życia. Odpowiednio pielęgnowane dobrze się rozczesują i lepiej układają.

Z tym produktem mam pewien problem. Nie polubiłam go. Nie jestem zawziętą włosomaniaczką, nie mam zacięcia do regularnego olejowania włosów, przy maleńkim dziecku nie mam też na to po prostu czasu (nigdy nie wiadomo, czy będzie okazja do spokojnego umycia głowy :DDD). To wszystko plus uciążliwość stosowania powodowało, że nie miałam serca do tego preparatu. 

Producent zaleca aplikację olejku na skórę głowy, co oczywiście ma sens, skoro ma on działać pobudzająco. Jego zmywanie jest jednak tak trudne, że na samą myśl o nakładaniu go, już mi się odechciewało. Siłą rzeczy sięgałam po niego rzadko. Wybaczcie, nie jestem w stanie się zmuszać. Gdyby jeszcze moje włosy były w obiektywnie dobrej kondycji i efekty jego stosowania z zalecaną częstotliwością można by było wymiernie ocenić, przeprowadziłabym dla Was pełny eksperyment, ale w sytuacji, w której w przeciągu kilku zaledwie tygodni tak się przerzedziły, że i tak musiałam je mocno skrócić, robienie tego na siłę wydało mi się bez sensu. Jedno jest pewne, ja więcej do olejków w tej formie nie wrócę. Zdeklarowanym włosomaniaczkom jednak polecam, dostępne są jeszcze wersje ze skrzypem polnym i zieloną herbatą, każda to koszt około 6 zł za 100 ml.



Moim zdecydowanym faworytem z oferty Green Pharmacy nadal pozostaje jedwabne serum, ale eliksir i balsam też bardzo polubiłam. Olejkowi mówię natomiast nie. 

Miałyście do czynienia z produktami Green Pharmacy? Ciekawa jestem Waszych doświadczeń. Podzielcie się, proszę, swoją opinią na temat tych kosmetyków. Działają, nie działają? Piszcie!

piątek, 16 listopada 2012

Wysokie aspiracje ;)))

Kiedy niedawno pokazałam Wam swoje zdjęcie z Zuzią [KLIK], bardzo zainteresowane byłyście, czym wymalowane miałam wtedy rzęsy. Nie jest żadną tajemnicą, że ostatnie tygodnie upłynęły mi pod znakiem testów najnowszej maskary Gosh, Catchy Eyes, które zapowiadałam TUTAJ. Myślę, że już najwyższa pora, żebym napisała o niej coś więcej.

Catchy Eyes to maskara mająca podkręcać i pogrubiać rzęsy, dając efekt mocno podkreślonych, kocich oczu. Różowe opakowanie, zawierające 8 ml tuszu, kryje silikonową szczoteczkę o nieco wygiętym kształcie, pokrytą ząbkami o różnej długości.









Jak uzyskać najmodniejszy w tym sezonie makijaż a`la kocie oko? Z maskarą CATCHY EYES to szalenie proste. Silikonowa szczoteczka wykona całą „czarną robotę”. Zamiast bez końca stać przed lustrem i z jubilerską precyzją stylizować rzęsy, obierz najmodniejszy kurs i sięgnij po nowy tusz do rzęs GOSH COSMETICS. 


Makijaż a`la kocie oko to synonim kobiecości i zmysłowości. Intryguje i zachwyca. Nie bez powodu pokochały go gwiazdy kina i estrady. Doskonale podkreśla osobowość, charakter, a także nastrój kobiety. I co najważniejsze, sprawdza się nie tylko na oku o idealnym kształcie. Wpisany do kanonu makijażu jest uniwersalny i przy niewielkich modyfikacjach może być stosowany na różne okazje. Jego ważnym elementem są doskonale wytuszowane rzęsy: niebotycznie długie, pogrubione i podkręcone. Dodają one spojrzeniu nie tylko głębi, ale także pożądanego seksownego wyglądu. Jak go uzyskać? Wystarczy sięgnąć po nowość marki GOSH COSMETICS maskarę CATCHY EYES, która zwraca na siebie uwagę nie tylko dzięki bardzo kobiecemu opakowaniu w najmodniejszym w sezonie jesień-zima kolorze różowym. Jej główne zadanie wykonuje silikonowa szczoteczka o wyglądzie łuku, która precyzyjnie dostosowuje się do kształtu kobiecego oka, nadając rzęsom pożądany wygląd. Zawarty w tuszu wosk pszczeli odpowiada za kondycję rzęs: ich miękkość i jednoczesną elastyczność. Wosk Carnauba działa natomiast odżywczo i regenerująco. Panthenol optymalnie nawilża. Maskara jest pozbawiona parabenów. Nie jest perfumowana. Może być stosowana przez osoby o wrażliwych oczach i noszących szkła kontaktowe. 



Zweryfikujmy obietnice producenta. Czy podkręca? Tak. Moje rzęsy są sztywne i trudno je unieść, jednak Catchy Eyes udaje się ta sztuka. Może nie spektakularnie, jak przy użyciu zalotki, ale zauważalnie. Czy pogrubia? Tak. Już jedna warstwa daje efekt pogrubionych, bardzo czarnych rzęs. Mam nadzieję, że zdołacie dostrzec to na zdjęciach. 



Rzęsy: jedna warstwa Gosh Catchy Eyes.
Powieki: MAC Naked Lunch, KIKO EyeTech Look Eyeshadow Nero.
Dolna linia woda: Max Factor Natural Glaze.
Górna linia wodna: Lancome Noir.



Bardzo wygodnie pracuje się z tym tuszem, choć muszę przyznać, że trzeba słuchać producenta i stosować się do instrukcji, która mówi, żeby najpierw przeciągnąć po rzęsach "wypukłą" stroną szczoteczki, robiąc "zygzak", a następnie rozczesać je stroną "wklęsłą". Ta sama "wklęsła" strona jest też idealnie wyprofilowana do malowania dolnych rzęs. Za pierwszym razem pomalowałam się po swojemu, bez zwracania uwagi na te detale i efekt średnio mi się podobał. Dopiero zastosowanie się do wskazówek spowodowało, że rzęsy rzeczywiście się uniosły i zyskały na objętości. 

Od razu zaznaczę, że nowy tusz jest bardzo "mokry". Po pierwszych próbach odłożyłam go na jakieś dwa tygodnie, zdążył sobie nieznacznie podeschnąć i dopiero wtedy pokazał cały swój potencjał. Od tamtego czasu sięgałam po niego codziennie. Dziś, po dwóch miesiącach, powoli pora się z nim żegnać, wyraźnie czuję, że się kończy. 

Nie wiem, czy do tego tuszu wrócę, bo najzwyczajniej w świecie w moim mieście nie można go kupić, ale ucieszę się, jeśli gdzieś się na niego natknę. Tym bardziej, że cenę ma średniopółkową (około 45 złotych), ale możliwości aspirujące znacznie wyżej ;)))


czwartek, 15 listopada 2012

Jak kocha szpieg?

W kolejnej odsłonie kolekcji O.P.I. Skyfall chciałabym pokazać Wam przepiękną, podbitą złotem czerwień, The spy who loved me












To jest właśnie ten lakier, który z całej kolekcji przemawia do mnie najbardziej. Przepiękny! Żywy odcień czerwieni (niestety ostatnie zdjęcie nieco "zjadło" jej ognisty charakterek) uszlachetniony dyskretnym złotym shimmerem. Cudo!


1. Dostępność - 0 (internet).
2. Cena - 0 (niestety nie na każdą kieszeń, 42 zł w sklepie kupkosmetyk.pl).
3. Kolor - 1 (piękna, żywa, intensywna, przyciągająca wzrok czerwień).
4. Aplikacja - 1 (bezproblemowa, świetna, zwarta konsystencja).
5. Pędzelek - 1 (typowy dla O.P.I., szeroki, ale doskonale przycięty).
6. Krycie - 1 (na upartego wystarczy jedna warstwa, ale dopiero druga wydobywa cały potencjał koloru).
7. Wysychanie - 1 (Formuła 1 ;D)
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Poshe Super-fast drying topcoat) - 1 (bez zarzutu).
9. Trwałość - 1 (cztery dni, a jak komuś nie przeszkadzają lekko otarte końcówki, to i dłużej).
10. Zmywanie - 1 (łatwe, zwłaszcza jak na lakier z shimmerem, choć muszę w tym miejscu odnotować, że niesamowicie farbuje palce, nie wiem jednak, czy zwalić to na lakier, czy na zmywacz).

Moja ocena: 8/10.


Jak kocha szpieg? Może i krótko, ale gorąco. Może i krótko, ale namiętnie. Także jeśli lubicie takie kolory, na ten koniecznie powinnyście zwrócić uwagę, jest niesamowity. Żadnych kompromisów, po prostu żywa, ognista czerwień :)))

Zainteresowanym przypominam, że w sklepie kupkosmetyk.pl (oficjana dystrybucja O.P.I. w Polsce) za zakup produktów z kolekcji Skyfall powyżej 200 zł przysługuje Wam gratisowa przesyłka. Zachęcam Was też do skorzystania z dostępnej na tej stronie arcyciekawej aplikacji "Wypróbuj kolor", dzięki której każdy jeden lakier możemy poglądowo pooglądać na naszych paznokciach KLIK. Wystarczy za pomocą suwaków ustawić odcień naszej skóry i długość paznokci, a następnie z bazy kolorów wybrać interesujący nas lakier. W ten prosty sposób możemy przekonać się, jak najprawdopodobniej będzie się prezentował na żywo. Polecam oczywiście wypróbowanie The spy who loved me!

środa, 14 listopada 2012

Liczy się wnętrze? :DDD

Moja miłość do mydeł jest już na tyle znana, że często dostaję je w prezencie. Tym sposobem trafiają do mnie różne ciekawe mydełka, ale także, tak jak ostatnio, kostki zupełnie od czapy. Patrzcie, co niedawno wygrzebała dla mnie mama :DDD 



Jak to zobaczyłam, zdębiałam. Co to? Książka? Notatnik? Album jakiś? Otworzyłam, a tam ...






... mydło!






Opakowanie sprytnie imitowało grzbiet książki :)))
W środku znalazłam amerykańskie mydełko Punch Studio.
Wyguglałam, że jest to marka produkująca ozdobne wyroby papiernicze, dla której seria Luxury SPA to tylko margines oferty. W tym świetle zapakowanie mydła w kartonik udający książkę czy notes nabiera sensu, prawda? :)))






Pogrzebałam trochę w necie i okazuje się, że opakowanie często bywa równie ważne (a może nawet ważniejsze, jak myślicie?) niż sam produkt, które skrywa. Jeśli jest nietypowe, pomysłowe, ładne, przyciąga uwagę i często stanowi o atrakcyjności wnętrza.

Spójrzcie na te cudeńka.



Miód, do którego pszczoły lecą jak ... pszczoły do miodu :DDD






Świąteczne butelki coca coli imitujące choinkowe bombki.





Herbata nawiązująca do swych wschodnich korzeni poprzez origami.






Słuchawki ślicznie zwinięte w "nutkę".






Chusteczki w kartonikach niczym cząstki soczystych owoców.



(Zdjęcia: www.przerwanareklame.pl)



To tylko kilka przykładów, które na szybko udało mi się znaleźć. Same widzicie, że pomysłowość ludzka nie ma granic. Mnie osobiście bardzo się takie rozwiązania podobają, a Wam? Wiem, że liczy się wnętrze, ale czasami chyba każdy leci na wygląd :DDD

wtorek, 13 listopada 2012

Miało być tak pięknie ...

Uwielbiam pachnące, relaksujące kąpiele, tym większe nadzieje wiązałam więc z produktami Wellness & Beauty, które podarowała mi sieć drogerii Rossmann. W paczce, jak może pamiętacie, znalazłam między innymi olejek do kąpieli Trawa Cytrynowa i Bambus oraz sól do kąpieli Fiołek i Czerwona Koniczyna.






Witalizujący, bogaty w składniki olejek do kąpieli Trawa cytrynowa i Bambus

Działa pielęgnacyjnie. Zrelaksuj się w przyjemnej kąpieli z olejkiem i daj się oczarować delikatnym zapachem trawy cytrynowej i bambusa. Olejek do kąpieli jest bogaty w wybrane składniki pielęgnacyjne i natłuszczające lipidy, które trwale chronią skórę przed wysuszaniem i powodują, że skóra staje się miękka i gładka. Każdego dnia pozwól sobie na chwilę wytchnienia i zapewnij sobie i swoim zmysłom poczucie komfortu.


Sól do kąpieli Fiołek i Czerwona koniczyna

Zanurz się w wyjątkowej kąpieli o odprężającym zapachu fiołka i czerwonej koniczyny i rozkoszuj się chwilą spokoju. Ekstrakt z czerwonej koniczyny i subtelnie kwiecisty aromat fiołka dostarczy relaksującego przeżycia dla ciała, umysłu i zmysłów. Zapomnij o stresie codziennego dnia i rozpieszczaj codziennie siebie i swoje zmysły.






To była moja pierwsza styczność z tą marką, kompletnie nie wiedziałam, czego oczekiwać, ale nastawiona byłam pozytywnie. Już sobie wyobrażałam te aromatyczne, rozgrzewające kąpiele! Tymczasem, cóż, fajerwerków nie było ... 

Na pierwszy ogień poszła sól. Rozmiar saszetki od razu wskazywał, że to produkt jednorazowy, potwierdzał to także jego opis, więc długo się nie zastanawiając wsypałam całą zawartość do wody. Spodziewałam się kryształków, tymczasem w wannie wylądował raczej proszek, co mnie nieco zaskoczyło. Błyskawicznie się rozpuścił, bardzo delikatnie barwiąc wodę, dając przy tym niewielką pianę i odrobinę zapachu, całkiem przyjemnego, trzeba przyznać. 

Saszetka soli Wellness & Beauty kosztuje raptem około 3 złotych, więc cudów nie ma się co spodziewać, ale mimo wszystko myślałam, że obietnice o "przeżyciach dla ciała, umysłu i zmysłów" będą jednak czymś podparte. Tymczasem żadnych wyjątkowych przeżyć nie zaznałam i spokojnie mogłam się bez tej soli obyć, moja kąpiel niewiele na jej obecności zyskała. W gruncie rzeczy największą jej zaletą był zapach.

Czy kupię? Całkiem możliwe, że przy okazji jakiejś naprawdę atrakcyjnej promocji zechcę poznać inne warianty zapachowe. Rozważę też może stosowanie jej od czasu do czasu do kąpieli stóp. Ale żebym już natychmiast leciała do sklepu i robiła zapasy? Na pewno nie.


O olejku w sumie też mogę powiedzieć niewiele dobrego. Nie aż tak natłuszczający, jak widzi to producent, nie aż tak pielęgnujący, nie aż tak pachnący i nie aż tak wydajny. Buteleczka o pojemności 150 ml (około 9 zł) wystarczyła mi dokładnie na 3 kąpiele. Gdybym wlewała do wanny zgodnie z zaleceniami zaledwie jedną, dwie nakrętki, pewnie nawet nie poczułabym, że dodałam coś do wody.

Olejek w kontakcie z wodą lekko się pieni i dość intensywnie pachnie (znowu punkt za zapach!). Więcej zalet nie dostrzegam. No, może poza całkiem fajnym opakowaniem, z ładną szatą graficzną. Nie odczułam jednak żadnych walorów pielęgnacyjnych, za to co się wannę naszorowałam, to moje :DDD 

Czy do niego wrócę? Nie. Nawet nie muszę się zastanawiać. Inne warianty zapachowe też mnie nie kuszą.


Miało być tak pięknie, a wyszło po prostu średnio. Przeciętnie. Tak sobie. 


poniedziałek, 12 listopada 2012

Ulubienica :)))

Pisząc Wam półtora roku temu o Michelle Phan [KLIK], zamierzałam rozpocząć całą serię postów o wartościowych urodowych kanałach na You Tube i wierzcie mi, że naprawdę nie wiem, dlaczego od tego zamysłu odeszłam i kolejny wpis musiał czekać aż do dziś. W każdym razie odgrzebuję ten przykurzony temat, żeby przybliżyć Wam jedną z moich ulubionych postaci na YT, absolutnie niepowtarzalną Lisę Eldridge [KLIK].



(Zdjęcie: www.youtube.com)



Wiem, że wiele z Was kanał Lisy doskonale zna, ale tego posta dedykuję wszystkim, którzy jeszcze o niej nie słyszeli (choć czy to w ogóle możliwe?). 

Lisa Eldridge jest uznaną brytyjską makeup artist, której kariera zaczęła się od okładki z Cindy Crawford dla Elle. Dziś jej nazwisko jest marką samą w sobie, a jej dorobek możecie podziwiać na stronie lisaeldridge.com.

Jej filmy publikowane na YT mają setki tysięcy wyświetleń. Widzów z pewnością przyciąga niekwestionowany talent Lisy, ale mnie osobiście urzeka też jej osobowość, kultura, klasa i styl. Próżno w jej produkcjach szukać fanfaronady, egzaltacji, czy nachalnej reklamy, Lisa zawsze sprawia wrażenia świetnie przygotowanej, ale przede wszystkim przystępnej i po prostu sympatycznej. Mówi zawsze na temat, co na YT wcale nie jest takie oczywiste ;))) Uwielbiam słuchać jej perfekcyjnej angielszczyzny! Doskonały akcent i czystość języka sprawia, że oglądanie jej filmów to po prostu przyjemność. Same filmy są fantastycznej jakości, kręcone w dobrym świetle, z dbałością o widoczność szczegółów. To tak naprawdę szkoła makijażu w odcinkach, produkcje mają charakter instruktażowy, z dokładnymi opisami wykorzystywanych kosmetyków i akcesoriów. Spójrzcie chociażby na jej ostatni film, w którym pokazuje, jak zrobić subtelny smokey look na opadającej powiece.






Z mojego punktu widzenia kanał Lisy jest jednym z najbardziej profesjonalnych na You Tube. Pełen przystępnych instruktaży i makijażowych inspiracji, na pewno wart jest subskrybcji.


Zostawiam Was z Lisą, przyjemnego oglądania!

Całuję Was,
Cammie.


niedziela, 11 listopada 2012

Brownies!

Link do przepisu na to pyszne ciacho już Wam jakiś czas temu podawałam, ale uznałam, że skoro w przeciągu zaledwie dwóch tygodni upiekłam je właśnie trzeci raz, to zdecydowanie warte jest osobnego posta :DDD W ten przepiękny, słoneczny, świąteczny dzień zapraszam na brownies z malinami i białą czekoladą!






Zanim podam Wam proporcje, przypomnę tylko, że moją inspiracją była Ewena, autorka bloga Raspberries and cream [KLIK], którego zresztą serdecznie Wam polecam, bo jest kopalnią świetnych kulinarnych propozycji.

Przytaczam więc zapożyczony przepis :)))

Przygotujcie:

- dwie tabliczki ciemnej czekolady (200 g);
- tabliczkę białej czekolady (100 g);
- masło (150 g);
- szklankę mąki (150 g);
- łyżeczkę proszku do pieczenia;
- pół szklanki cukru (około 100 g, w oryginalnym przepisie Ewena proponowała dwa razy więcej, ale ja zawsze w ciastach obcinam ilość cukru);
- 3 jajka;
- aromat waniliowy (oryginalnie ekstrakt z wanilli, ja akurat nie mam);
- maliny świeże bądź mrożone (150 g).


To ciasto naprawdę jest ekspresowe, zwłaszcza jeśli będziemy dobrze zorganizowane i wszystkie składniki przygotujemy sobie, zanim zabierzemy się za ich mieszanie. Dlatego proponuję do szklanek wsypać cukier i mąkę, do mąki dodać od razu proszek do pieczenia, czekoladę połamać na kawałki (białą drobniutko), roztrzepać jajka (bez ubijania), wyjąć maliny i masło, przygotować natłuszczoną blaszkę (w moim przypadku tortownica o średnicy 24 cm) i dopiero wtedy zabrać się do roboty.

Zaczynamy od rozpuszczania w kąpieli wodnej masła i ciemnej czekolady. Kiedy czekoladowa masa jest już gotowa, ściągamy ją z ognia, dodajemy cukier i wanilię, mieszamy, dodajemy jajka, mieszamy, dodajemy mąkę z proszkiem do pieczenia, mieszamy, na koniec dodając maliny i kawałeczki białej czekolady, również mieszając. I tyle! Ciasto gotowe. Teraz wystarczy przełożyć je do blaszki i piec przez 35 minut w temperaturze 180 stopni.

Uczta dla podniebienia gwarantowana. Wyobraźcie sobie czekoladowe, wilgotne ciasto, którego słodki smak przełamują kwaskowate maliny, łagodzone jednak mlecznym akcentem, jaki stanowią kawałeczki białej czekolady! Niebo w gębie. Założę się, że zjecie jeszcze ciepłe, nie mogąc się doczekać, kiedy przestygnie :DDD Czy ktoś ma wątpliwości, dlaczego piekę to brownies raz za razem? :DDD

Zostawiam Was z tym przepisem, licząc, że z niego skorzystacie i życzę Wam cudownej niedzieli!

Całuję, 
Cammie.

sobota, 10 listopada 2012

Casino (not so) Royale ;)))

Bliższą znajomość z O.P.I. Skyfall miałam ochotę rozpocząć od czerwieni, ale tak naciskałyście na Casino Royale, że zmieniłam zdanie i w pierwszej kolejności sięgnęłam po ten przepiękny fiolet. 

Muszę przyznać, że jest jeszcze jeden powód, dla którego postanowiłam Casino Royale pokazać jak najszybciej. Domyślając się, że część z Was planuje zakupy w oparciu o kolory ze zdjęć promocyjnych, chciałam ostrzec Was, że niestety w przypadku tego konkretnego lakieru zdjęcia zdjęciami, a rzeczywistość rzeczywistością. 

Same spójrzcie. Na zdjęciu promocyjnym piękna, głęboka, ciemna oberżyna ...






... a w rzeczywistości równie piękna, ale jednak intensywna i żywa fuksja!









Różnica wcale nie taka subtelna, prawda? Na szczęście efekt na paznokciach jest już całkiem zbliżony do tego, co obiecują wzorniki. Mam wrażenie, że gdybym pogłębiła kolor nakładając trzecią warstwę lakieru, oberżyna faktycznie miałaby szansę nagle się objawić ;)))






1. Dostępność - 0 (w tej chwili tylko przez internet, bez możliwości obejrzenia na żywo, poprawcie mnie, jeśli się mylę, wtedy zmienię punktację).
2. Cena - 0 (wiadomo, kwestia względna, ale obiektywnie lakiery O.P.I. do tanich nie należą).
3. Kolor - 0 (sam w sobie bardzo ładny, ale daję zero ze względu na skuchę z podrasowanymi zdjęciami promocyjnymi).
4. Aplikacja 1 - (łatwa).
5. Pędzelek - 1 (typowy dla O.P.I., dość szeroki, ale dobrze przycięty i elastyczny).
6. Krycie - 1 (dwie warstwy dają pełne krycie, choć mam wrażenie, że trzecia warstwa pogłębiłaby kolor na tyle, żeby wydobyć z niego ciemne, oberżynowe tony).
7. Wysychanie - 1 (doskonałe tempo).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Poshe Super-fast drying topcoat) - 1 (bez zarzutu, żadnych smug, bąbelków itp.).
9. Trwałość - 0 (po trzech dniach lakier prezentował się beznadziejnie, na moje standardy słabo).
10. Zmywanie - 1 (bezproblemowe).

Moja ocena: 6/10.


Casino not so Royale! Nie chciałabym jednak, żebyście odniosły mylne wrażenie, że lakier jest słaby, co mogłaby sugerować punktacja. W zasadzie zastrzeżenia mam jedynie do trwałości, pozostałe punkty odjęłam za kwestie nie związane z jakością. Zatem o ile jesteście skłonne dokonać zakupu przez internet (kupkosmetyk.pl), zdecydowałyście się wydać 42 zł i zdajecie sobie sprawę z różnic między kolorem z reklamy, a tym rzeczywistym, to ja Was powstrzymywać nie będę! :DDD

czwartek, 8 listopada 2012

Nie do końca dla mnie ...

Już kilka razy wspominałam Wam, że seria z olejkiem z drzewa herbacianego The Body Shop nie do końca się u mnie sprawdziła. O ile do samego olejku jako takiego nie mam zastrzeżeń, o tyle krem okazał się kompletną klapą. Zresztą mogłam się tego spodziewać, dedykowany jest bowiem osobom o problemach skórnych innych niż moje. Jak więc to w ogóle się stało, że do mnie trafił? Nie, nie upadłam na głowę, przyjmując do testów wszystko jak leci. Po prostu spodziewałam się w paczce zupełnie innego produktu, na który się umawiałam, mianowicie preparatu zwężającego pory, ale okazało się, że ten zdobył taką popularność, że na jakiś czas zniknął nawet z magazynów. W zamian właśnie, bez konsultacji ze mną, oprócz olejku podesłano mi krem.

O czym dokładnie mowa? O Tea Tree Oil (15%) oraz Tea Tree Blemish Fade Night Lotion.






Wśród wielu obietnic producenta odnośnie poprawy kondycji cery zanieczyszczonej, znalazła się także  wzmianka o jego skuteczności w walce z przebarwieniami i właśnie to ostatecznie zadecydowało, że postanowiłam wypróbować ten krem. Stosowałam go przez jakieś trzy tygodnie, po których zdobyłam pewność, że musimy jak najszybciej się rozstać.

Krem sam w sobie nie jest zły. Pokochają go osoby o cerze tłustej i zanieczyszczonej, potrzebujące kuracji antybakteryjnej. Jest niezwykle lekki, ma niemal żelową formulę, momentalnie wnika w skórę nie pozostawiając nawet śladu jakiegokolwiek filmu, mocno pachnie olejkiem z drzewa herbacianego, utwierdzając nas w przekonaniu, że w składzie pewnie całkiem go sporo. Na plus trzeba mu też z pewnością zaliczyć pompkę typu airless.

Dlaczego zatem nie zdobył mojej sympatii? Po prostu odpowiada na potrzeby skóry bardzo selektywnie, działając tylko na wypryski. Nie ma w nim żadnej wartości dodanej w postaci jakichkolwiek walorów odżywczych. Nakładam go i po minucie mam wrażenie, że nie nałożyłam niczego. A cery trądzikowej już nie mam. Owszem, zdarzają się czasem pojedyncze wypryski, ale sporadycznie. Potrzebuję za to w kremie na noc konkretnego kopa pielęgnacyjnego, pozwalającego ukoić skórę skłonną do odwodnienia, borykającą się z pierwszymi zmarszczkami. Po trzech tygodniach z tym lotionem nie tylko w najmniejszym stopniu nie zredukowałam przebarwień, ale też znacznie pogorszyłam stan nawilżenia skóry, która aż wołała o coś o treściwszej formule. Nie było sensu nadal tego ciągnąć.

To nie jest zły krem, ale nie nadaje się do skóry dojrzałej. Polecałabym go raczej osobom walczącym tylko z trądzikiem i z niczym więcej. W takim przypadku te 40 złotych, które trzeba na niego wydać, będą dobrze zainwestowaną kasą.


Olejek z tej serii to już inna historia. Stosuję go doraźnie, w razie potrzeby i w roli awaryjnego preparatu punktowego sprawdza się świetnie. Ma silne działanie antybakteryjne, więc doskonale radzi sobie z redukcją wyprysków. Zastosowany na noc sprawia, że rano zaognione miejsce jest bledsze i zdecydowanie podsuszone. Średnio po dwóch dniach problem znika.

Olejek kosztuje około 20 złotych i w tej cenie otrzymujemy 10 ml. I mało, i bardzo dużo, zważywszy na wydajność. Wystarczy kropla, nie więcej, żeby nałożyć go punktowo, także nawet lepiej, że buteleczka jest malutka. Ma wygodny, dozownik w formie zakraplacza, podoba mi się też zabezpieczenie nakrętki,  podobne jak w niektórych silnie żrących produktach chemii domowej, dzięki któremu na pewno nie odkręci się przez przypadek. 


Olejek zostaje ze mną na dłużej, już kilka razy uratował moją cerę. Z kremem się żegnam, nie jest mi pisany. Bez sensu, żeby u mnie leżał, z chęcią oddam go więc którejś z Was. To nie jest żaden konkurs, po prostu kto pierwszy, ten lepszy, czekam na zgłoszenie w komentarzach. Chciałabym tylko, żeby chętna osoba zgodziła się pokryć koszty wysyłki :)

Buziaki,
Cammie.

środa, 7 listopada 2012

Po prostu krem :)))

Przyjemna niespodzianka! Isana Bodycreme Sheabutter & Kakao, krem do ciała z masłem shea i kakao. Może pamiętacie, że dostałam go w hojnej paczce z produktami marek własnych drogerii Rossmann? 









Krem zapewnia dogłębna pielęgnację skóry suchej. Ph przyjazne dla skóry - tolerancja skóry potwierdzona dermatologicznie.



Przyznam szczerze, że cudów się po tym kremie nie spodziewałam. Tak ogromna pojemność (500 ml) za tak niską cenę (10 zł)? To nie mogło się udać. A jednak się udało :)))

Fajnie, że producent nazwał ten produkt kremem, nie siląc się na sugerowanie, że mamy do czynienia z popularną formułą masła. Bo to rzeczywiście jest krem. Nie masło, nie balsam, nie mleczko. Krem. Po prostu krem. O treściwej, ale nieco luźnej konsystencji. Łatwo się aplikuje na ciało, dobrze rozsmarowuje, choć trzeba uważać, żeby nie przesadzić z ilością, bo jest raczej tłusty. Mnie to akurat odpowiada, ja lubię wyraźnie czuć, że skóra jest odżywiona i otulona miękką ochronną warstwą (byle się nie kleiła! tego chyba nikt nie lubi). 

Od razu zaznaczę jednak, że nie jest to odżywienie dogłębne i długotrwałe. Nie należy spodziewać się stopniowego efektu regeneracyjnego, krem działa po prostu od prysznica do prysznica, od kąpieli do kąpieli. Jeśli jesteśmy na bakier z regularnością stosowania, stan skóry mimo wszystkich zalet tego kremu może pozostawiać co nieco do życzenia.

A co uważam za jego największą zaletę? Zapach, zdecydowanie zapach! Intensywny, kakaowy, nasuwający skojarzenia ze słodką czekoladą (aż dziwne, że krem jest biały, a nie brązowy, dziwię się za każdym razem, kiedy otwieram pudełko :DDD). Kocham takie klimaty i żałuję, że niestety dość krótko utrzymuje się na skórze. Ale i tak doceniam, jak bardzo uprzyjemnia sam moment aplikacji. 

Będę się nim cieszyć z pewnością bardzo długo, bo starczy mi chyba na wieki, biorąc pod uwagę fakt, że stosuję go tylko na łydki i ręce. Biust, brzuch, uda i pośladki smaruję bowiem swoimi "pociążowymi" specyfikami ;)))

Podsumowując - przyjemny wariant dla amatorów słodkich zapachów lub tanie, pojemne i wydajne rozwiązanie rodzinne do podstawowej pielęgnacji. Zdecydowanie warto wziąć zakup pod rozwagę.

Ach! Zapomniałabym. Jedna rzecz mnie wkurza. Nie tylko w tym konkretnym produkcie, ale w ogóle we wszystkich produkowanych pod markami własnymi Rossmanna. Czy one naprawdę muszą być opisywane po niemiecku? Trafiając masowo na polski rynek nie mogą mieć etykiet po polsku? Ot, takie moje gorzkie żale ...



Miałyście do czynienia z tym kremem? Jak wrażenia? :)))


wtorek, 6 listopada 2012

Sesesesese :DDD

Nie lubię filmów o Bondzie. Zupełnie nie przemawia do mnie czar tej konwencji. W przeciwieństwie do czaru Daniela Craiga. I w przeciwieństwie do czaru lakierów O.P.I. z najnowszej bondowskiej kolekcji Skyfall! :DDD





Dzięki Beauty In, wyłącznemu oficjalnemu dystrybutorowi O.P.I. w Polsce, miałam okazję wybrać dla siebie pięć lakierów z linii Skyfall. Wszystkie mają w sobie to "coś", ale ostatecznie zdecydowałam się na jaskrawą czerwień ze złotym shimmerem The spy who loved me, drobinkowy malinowy róż You only live twice, kremowy fuksjowy fiolet Casino Royale, ciemną zieleń ze złotą poświatą Live and let die oraz wielokolorowy topper The living daylights.






Śliczności! Zaraz biorę się za malowanie paznokci, sesesesese :DDD

Ciekawa jestem, które kolory Wam wpadły w oko w tej szpiegowskiej kolekcji. Typujcie!


Wszystkie lakiery O.P.I. Skyfall
dostępne są w sklepie inernetowym

poniedziałek, 5 listopada 2012

Kto jest bez winy? ;)))

artykuł sponsorowany


Co za zbieg okoliczności! Ledwo pisałam Wam, że jeśli chodzi o stan nawilżenia, moja skóra woła o pomstę do nieba [przegapiłaś post o wynikach badania skóry, któremu niedawno się poddałam? KLIK]  i nagle pojawiła się propozycja włączenia się do kampanii edukacyjnej European Hydration Institute KLIK, promującej ważne dla zdrowia, ale także i urody, właściwe nawadnianie organizmu. Postanowiłam podjąć temat, bo przemawia do mnie idea promowania zdrowego trybu życia. A życia bez wody po prostu nie ma.



Zdjęcie: www.organicandhealthy.com



Ciało człowieka w około 60% składa się z wody, ale w naturalny sposób nieustannie tracimy ją z organizmu, dlatego tak ważne jest jej uzupełnianie. Dorosła kobieta powinna każdego dnia przyjmować około 2 litrów płynów, mężczyzna o pół litra więcej. Mniej więcej 20 - 30% wody w naszej diecie powinno pochodzić z żywności, a cała reszta powinna być dostarczana z napojami, w postaci czystej wody, soków, mleka itp. Musimy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że te zalecenia są uśrednione, tak naprawdę zapotrzebowanie na wodę uzależnione jest od wielu czynników, głównie wagi, wieku, stanu zdrowia, podejmowanej aktywności fizycznej, a także specyficznych okresów w życiu, jak ciąża czy laktacja. Czego jestem najlepszym przykładem. Zawsze piłam sporo, ale teraz piję wręcz jak smok wawelski! :DDD Znacznie częściej odczuwam pragnienie, a szklankę wody muszę mieć pod ręką nawet w nocy.

A ty? Ile wody dziennie wypijasz? Spójrz, proszę na poniższą grafikę (kliknij, żeby powiększyć) i sprawdź, czy nie znajdujesz się  przypadkiem w grupie szczególnie narażonej na odwodnienie.






Stronę Instytutu przejrzałam sobie dokładnie (Wam również to polecam, masa ciekawostek!), więc wiem, że odwodnienie grozi każdemu z nas, bez wyjątku. Wystarczy po prostu przyjmować mniej płynów, niż w związku z naturalnymi procesami traci nasz organizm. Uczucie pragnienia jest pierwszym sygnałem, że dzieje się źle, a bilans wypada niekorzystnie. Stąd już tylko krok od zaburzeń na tle niedoboru soli mineralnych i elektrolitów. Tak naprawdę należałoby wyrobić sobie nawyk systematycznego picia i niedopuszczania do pragnienia. Ale to jest trudne, prawda? Z ręką na sercu, która z nas działa tak racjonalnie? Ja niestety nie.

Choć nie ukrywam, że lubię wodę i piję jej sporo. Życie bez porannej kawy straciłoby sens ;))), pyszna wieczorna herbata o tej porze roku też jest stałym, przyjemnym punktem dnia, ale to wody piję najwięcej. Kiedyś hektolitrami targałam wodę ze sklepu, ale mniej więcej od roku korzystam z dobrodziejstw filtra, dzięki któremu mogę bezpiecznie pić wodę z kranu.



Zdjęcie: www.brita.net



Bardzo fajne urządzenie. Najbardziej podoba mi się to, że z typowej listy zakupów zniknęły ciężkie zgrzewki wody, a wodę do picia i tak zawsze mam pod ręką :)))

Niedobór wody w organizmie może mieć fatalne skutki dla zdrowia (od zwykłego bólu głowy i osłabienia po poważne problemy z ciśnieniem krwi i funkcjonowaniem nerek), ale skupiając się na kwestiach urodowych, trzeba zdać sobie sprawę, że fundując sobie nawet lekkie odwodnienie, same wręcz prosimy się o przyspieszenie procesów starzenia (zmarszczki!), brzydką cerę (utrata blasku i elastyczności skóry!) i słabe włosy (wypadanie!). To już lepiej chodźmy się napić :DDD



Ciekawa jestem, jakie są Wasze nawyki. Ja uświadomiłam sobie, że niestety mam sobie co nieco do zarzucenia. Zwłaszcza teraz, karmiąc piersią, powinnam większą wagę przykładać do ilości wypijanej wody i regularności jej przyjmowania. Ale kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem! :PPP

niedziela, 4 listopada 2012

Wszystko o moich włosach :)))

Już od dłuższego czasu dostaję od Was prośby, żebym pokazała swoje włosy, uznałam więc, że odpowiedź na TAG "Moje włosy w pigułce" będzie ku temu doskonałą okazją. Dziękuję Reni [KLIK], która zmobilizowała mnie do udziału w tej zabawie.






1. Jaki jest twój naturalny kolor włosów?

Jestem szatynką, naturalny kolor moich włosów określiłabym jako średni brąz.

2. Jaki jest twój obecny kolor włosów?

Włosy farbuję od lat (szybko liczę w pamięci ... od jakichś dwunastu). Początkowo była to po prostu typowo kobieca chęć odmiany, dziś w pewnym sensie jest to siła przyzwyczajenia, ale i konieczność, bo gdzieniegdzie zauważam już pierwsze siwe pasma. W każdym razie od zawsze trzymam się brązów, nigdy nie eksperymentowałam z innymi kolorami. Zwykle po prostu lekko przyciemniam swój naturalny odcień, aktualnie noszę (mocno już wypłukany) L'Oreal Sublime Mousse 40 Naturalny Ciemny Brąz.

3. Jaka jest aktualna długość twoich włosów?

Zaraz zobaczycie na zdjęciu :))) Generalnie od lat noszę włosy długie bądź bardzo długie. Niedawno niestety zmuszona byłam sporo je skrócić (10-15 cm), bo po ciąży wypadają mi jak szalone i nie prezentowały się już dobrze :(((






4. Na jaką długość chciałabyś zapuścić włosy?

Wystarczy, że odrosną do stanu sprzed ostatniego cięcia.

5. Jak często podcinasz końcówki?

Nie robię tego z jakąś ustaloną regularnością, raczej w razie potrzeby, kilka razy w roku. 

6. Twoje włosy są proste, kręcone, czy falowane?

Proste jak druty! I niestety niezbyt podatne na stylizację.

7. Jaką porowatość mają twoje włosy?

Testu na porowatość nigdy nie robiłam i ciężko mi zgadywać. Z jednej strony bardzo długą schną (jeśli wieczorem położyłabym się do łóżka z mokrymi włosami, rano nadal byłyby wilgotne), co wskazywałoby na niską porowatość, z drugiej jednak są niezwykle podatne na puszenie, co wskazywałoby na coś zupełnie odwrotnego. Nie wiem!

8. Jakie są twoje włosy (normalne, przetłuszczające się, suche)?

Cóż, moje włosy niestety mają tendencję do przetłuszczania się, dlatego stałym elementem mojej porannej rutyny jest mycie głowy.

9. Jak wygląda twój codzienny włosowy rytuał pielęgnacyjny?

Każdy dzień zaczynam od mycia głowy, stosuję szampon i odżywkę do spłukiwania (raz w tygodniu maskę). Włosy osuszam ręcznikiem i chodzę sobie w turbanie przez jakiś czas, malując się i jedząc śniadanie. Potem w ruch idzie suszarka, bo naturalnie schłyby ładnych parę godzin. Jeśli chodzi o stylizację, to długi czas nie mogłam obyć się bez lakieru do włosów, którym układałam odrastającą grzywkę, ale teraz to już niepotrzebne. Za każdym razem sięgam za to po jedwab Green Pharmacy, lubię też dodający objętości fluid Kemon.

10. Czego nie lubią twoje włosy?

Zdecydowanie nie lubią dużej wilgotności powietrza. I wiatru! Zwykle noszę włosy rozpuszczone, więc wiatr to mój wróg.

11. Co lubią twoje włosy? 

Codzienne mycie i wygładzające odżywki.

12. Jaka jest twoja ulubiona fryzura?

Najlepiej czuję się z włosami rozpuszczonymi, po prostu.

13. Gdyby twoje włosy umiały mówić, co by powiedziały?

"Ratunku, spadamy!" ;))) 

Naprawdę, nigdy jeszcze nie miałam tak dużego problemu z wypadaniem włosów, jak teraz po ciąży. Niby wiem, że to naturalny proces, któremu nie można zapobiec, ale serce mi się kraje, kiedy widzę te kłęby włosów ... W odpływach, na szczotce, na poduszce, na podłodze ... Nie jest dobrze :(((



Właśnie tak ma się sprawa z moimi włosami. Długie, farbowane, wymagające częstego mycia i bardzo, bardzo, bardzo osłabione po ciąży. A jak się mają Wasze włosy? Opiszcie je w kilku słowach, czekam na Wasze komentarze! A do odpowiedzi na TAG zapraszam Pannę Joannę, Niecierpka i Xkeylimex :)))



A skoro już jesteśmy w temacie włosów, to na koniec chciałabym Wam pokazać mojego małego kudłatka!






Całuję Was,
Cammie :*