beauty & lifestyle blog

czwartek, 31 stycznia 2013

Styczniowe odkrycia :)))

Zapraszam na styczniowe odkrycia! Tym samym rozpoczynam nowy cykl, w którym planuję co miesiąc prezentować Wam, co takiego zachwyciło mnie w ostatnim czasie. I nie mam tu na myśli ulubieńców, bo ulubione kosmetyki często towarzyszą mi przez całe lata, a właśnie o godne polecenia nowości, które pojawiły się w moim makijażu i w mojej pielęgnacji w przeciągu mijającego miesiąca. Jak Wam się podoba ten pomysł? 


Jeśli chodzi o makijaż, styczeń w odkrycia był ubogi. Było tylko jedno, ale za to jakie! Catrice Eyebrow Set, nareszcie coś, co "robi" mi brwi :DDD









Ta paletka (dwa odcienie chłodnego brązu plus miniakcesoria zamknięte w solidnej, czarnej kasetce) to oczywiście żadna nowość, na pewno doskonale ją znacie. Ja skusiłam się na nią parę tygodni temu i skaczę z radości, bo wygląda na to, że po długich poszukiwaniach w końcu udało mi się dobrać produkt, którym jestem w stanie w nieprzerysowany sposób zdefiniować swoje brwi. Alleluja! :DDD 



Dużo więcej działo się w pielęgnacji. Zacznę od kremu do rąk, bo skradł moje serce bez reszty. A chodzi o najzwyklejszy i chyba najtańszy na rossmannowskiej półce krem Isana Hand Creme Kamille.






Cudo za grosze (a dokładnie za jakieś trzy złote :DDD)! Niepozorne, okrągłe pudełko kryje wspaniały krem rumiankowy, który świetnie pielęgnuje dłonie, będąc przy tym na tyle uniwersalnym, że spisuje się także w pielęgnacji stóp. Nawilża, odżywia, koi, dobrze się wchłania, ładnie pachnie, czego chcieć więcej? Zostaje u mnie na stałe.


Na płyn micelarny Be Beauty z Biedronki musiałam trochę polować. Wiedziałam z Waszych doniesień, że pojawił się w stałej ofercie, jednak dość długo nie mogłam na niego trafić. Aż w końcu się udało :)))






Kolejny hit za śmiesznie niską cenę (4,5 zł). W dodatku produkowany dla Biedronki przez Tołpę, czyli znaną i godną zaufania markę (dla niezorientowanych wspomnę, że producenta można sprawdzić wpisując kod kreskowy w odpowiednie wyszukiwarki, np. TUTAJ). Jest skuteczny, a przy tym łagodny, już zdążyłam go polubić. Nie mogę się nadziwić, że trafił do sprzedaży w tak atrakcyjnej cenie!


Oto dowód, że przypadkowy zakup może okazać się strzałem w dziesiątkę. Eva Natura, bezalkoholowy tonik pielęgnacyjny Herbal Garden z ekstraktem z czerwonej koniczyny.






Wpadł mi do koszyka w supermarkecie, potrzebowałam czegoś "na gwałt". Wyboru dokonałam w ciemno, stawiając po prostu na polską markę. Atrakcyjna cena (dokładnie nie pamiętam, około 8zł?) była dodatkowym atutem. To był bardzo dobry zakup! Na tyle dobry, że zamierzam trzymać się tego toniku. Jego stosowanie to sama przyjemność. Uwielbiam jego zapach, kojarzy mi się z rozgrzaną słońcem łąką :)))


Na koniec gadżety, jednorazowe papierowe ręczniki Alouette i chusteczki do demakijażu Lilibe z Rossmanna.






Papierowe jednorazowe ręczniki to genialne, bardzo higieniczne rozwiązanie dla każdego, kto boryka się z trudną, skłonną do zanieczyszczeń i stanów zapalnych cerą. Obawiałam się co prawda, że będą się rwać, ale papier okazał się chłonny i mocny, nie rozlatuje się w palcach pod wpływem wilgoci. Zużywam już drugie opakowanie (około 5,5 zł za 30 sztuk), trzecie czeka w zapasie. Chusteczek Lilibe też na pewno mi nie zabraknie. Przestawiłam się na nie zupełnie, całkowicie odchodząc od chusteczek dla niemowląt, którymi wcześniej wstępnie usuwałam makeup przed kolejnymi krokami demakijażu. Choć służyły mi dobrze, odkąd mam dziecko, ich zapach kojarzy mi się tylko z jednym ... Także Lilibe (około 5,5 zł za 25 sztuk) wybawiły mnie z kłopotu :DDD Jestem z nich bardzo zadowolona, są mocne i idealnie nasączone.


W zasadzie to tyle, nic więcej nie zasłużyło sobie na obecność w tym zestawieniu. I tak uważam, że rok zaczął się dość dobrze. Może nie luksusowo, bo wszystkie moje odkrycia to propozycje niskopółkowe, ale po prostu tak się złożyło. 

Napiszcie, proszę, co takiego Was zdołało zachwycić w styczniu!


Całuję,
Cammie.



środa, 30 stycznia 2013

Mieszane uczucia ...

Zbierałam się do tej recenzji nieprzyzwoicie długo, bijąc się z myślami, co właściwie napisać, żeby ocena była sprawiedliwa. Bo z jednej strony niezmiernie spodobał mi się pomysł na kompleksowe linie pielęgnacyjne do ciała, rąk i stóp, z drugiej jednak dostrzegam pewne mankamenty wchodzących w ich skład kosmetyków. Mowa o Paloma Body SPA, Hand SPA oraz Foot SPA.

Seria jako taka na pierwszy rzut oka mnie zachwyciła. Jest przemyślana, niedroga, no i nasza polska, w dodatku ma ładne opakowania. Opisy poszczególnych kosmetyków też zrobiły na mnie wrażenie. Przypomnę, że trafił do mnie intensywnie nawilżający krem do rąk w spreju i cukrowy peeling do rąk z linii Hand SPA, intensywnie wygładzający balsam do stóp z linii Foot SPA, a także oliwkowy peeling cukrowy do ciała i żel pod prysznic "Brazylijska papaja" z linii Body SPA.






Marka zainspirowana filozofią SPA, oferująca specjalistyczne linie produktowe do pielęgnacji ciała, stóp, dłoni oraz paznokci. Preparaty oparte na bazie naturalnych składników aktywnych o urzekającym zapachu i potwierdzonej skuteczności działania. Kosmetyki marki Paloma zmieniają codzienną pielęgnację w niezapomniany rytuał piękna. Dzięki nim w domu zagoszczą nowoczesne zabiegi pielęgnacyjne przepojone cudownymi aromatami. Pozwolą one odzyskać idealną harmonię między duszą i ciałem.

Paloma Body SPA
Satynowe masła do ciała o wyjątkowych właściwościach pielęgnacyjnych oraz smakowitych zapachach. Doskonale nawilżają i odżywiają skórę sprawiając, że odzyskuje ona elastyczność i gładkość. Dzięki bogatej, kremowej konsystencji pozostawiają na skórze delikatny film, który działa przez wiele godzin, uwalniając stopniowo cenne substancje i zapobiegając utracie nawilżenia. Niepowtarzalne kompozycje zapachowe otulają ciało i pobudzają zmysły. Idealnie dobrane komponenty, aksamitna konsystencja gwarantują niezapomniane doznania.

Paloma Hand SPA
Zmysłowe kosmetyki SPA do kompleksowej pielęgnacji dłoni w domowym zaciszu. Innowacyjne receptury preparatów, oparte na wyjątkowych składnikach aktywnych, zapewniają intensywne nawilżenie i odżywienie delikatnej skóry rąk. Fascynujące, rozkoszne zapachy delikatnie pobudzają zmysły, zwiększając komfort stosowania.

Paloma Foot SPA
Seria kosmetyków do codziennej pielęgnacji stóp o wyjątkowych właściwościach pielęgnacyjnych i relaksacyjnych. Preparaty, oparte na naturalnych ekstraktach roślinnych, doskonale nawilżają i wygładzają naskórek, przynosząc zmęczonym stopom ulgę i ukojenie. Delikatne, zmysłowe zapachy oraz funkcjonalne opakowania zwiększają komfort stosowania.



Zastrzeżeń nie mam właściwie tylko do żelu pod prysznic i balsamu do stóp, są świetne. Żel (z ekstraktem z papai, wyciągiem z melona, zapachem grejpfruta, mango, wanilii i piżma, około 8 zł za 300 ml) jest gęsty, wydajny, pięknie pachnie i ma ładne, funkcjonalne opakowanie, naprawdę jest godny polecenia (i piszę to ja, miłośniczka mydeł). W dodatku wybierać można spośród kilku kuszących wariantów, oprócz brazylijskiej papai Paloma oferuje też algi z wybrzeża atlantyckiego, tajską trawę cytrynową, hiszpański kwiat pomarańczy i wanilię z Madagaskaru. Balsam do stóp (z alantoiną, mocznikiem, masłem shea i olejem migdałowym, około 8 zł za 100 ml) też spełnia wszystkie moje oczekiwania, jest treściwy, ale bardzo wygodny w aplikacji, dobrze się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy, jednocześnie odczuwalnie wygładzając skórę, nawet w trudnych miejscach. Nie ma się do czego przyczepić, oba te produkty mogę z czystym sercem polecić!

Jeśli chodzi o krem do rąk (z alantoiną, mocznikiem, masłem shea, olejem migdałowym, olejem makadamia, ekstraktem z pereł i proteinami jedwabiu, około 9 zł za 100 ml), to na pewno trzeba docenić nietypowy dozownik.  Ten krem to sprej, aplikuje się go pompką. Jestem zachwycona tym rozwiązaniem! To niezwykle wygodne. Druga strona medalu jest jednak taka, że aby pompka działała, krem siłą rzeczy musi mieć rzadką, wodnistą konsystencję ... I to już mi się mniej podoba, dla mnie osobiście jest po prostu za lekki. To mój główny zarzut, mam większe wymagania. Ja do niego już nie wrócę, ale daleka jestem od tego, żeby całkiem go skreślać. Jeśli wobec kremu do rąk nie macie jakichś szczególnych oczekiwań, a lubicie praktyczne rozwiązania, to zdecydowanie możecie brać go pod uwagę.

No i na koniec peelingi. Zapowiadały się fantastycznie, ale jednak charakteryzuje je coś, co mnie do nich zniechęca ... Zarówno peeling do ciała (z naturalnymi kryształkami cukru, masłem shea, oliwą z oliwek, olejem makadamia, olejem migdałowym oraz witaminami A i E, około 13 zł za 200 ml, mam wersję oliwkową, dostępna jest jeszcze czekoladowa), jak i peeling do rąk (z naturalnymi kryształkami cukru, olejem makadamia, olejem migdałowym oraz witaminami A i E, około 9 zł za 150 ml) są tak naszpikowane parafiną, że ich stosowanie to dla mnie udręka. Owszem, kryształki cukru nieźle zdzierają, ale co z tego, jeśli czuję, że moja skóra wręcz dusi się pod parafinową powłoką? W przypadku dłoni mogę to jeszcze jakoś znieść, ale po peelingu ciała po prostu czuję przymus ponownego umycia się. I mimo mocnych właściwości ścierających, pięknych zapachów i przyjemnych, bardzo gęstych formuł, nie mogę się do nich przekonać. Z drugiej strony wiem jednak, że są osoby uwielbiające ten wygładzający efekt, także na pewno produkty te mają swoich odbiorców.


Mam mieszane uczucia, nie wszystko w tych kosmetykach przypadło mi do gustu. Moje zastrzeżenia wynikają jednak z osobistych preferencji, nie neguję więc tego, że Paloma proponuje nam coś naprawdę interesującego, w dodatku w fantastycznych cenach. Wyobrażam sobie, że seria SPA może kusić. Was kusi? A może już skusiła? :)))


Buziaki,
Cammie.




wtorek, 29 stycznia 2013

Koronkowa robota :)))

Otwarcie przyznaję - jeszcze niedawno sama tych naklejek nie kupiłabym za nic w świecie. Jak dotąd nie kręciły mnie takie gadżety. Ale dzięki O.P.I. Nails trafiły do mnie dwa sety i muszę przyznać, że chyba mnie wzięło :DDD 






Pewnie też dlatego, że wzory, które otrzymałam, są przepiękne! Spodobała mi się zwłaszcza złota koronka na czarnym tle, jak dla mnie majstersztyk, koronkowa robota (nomen omen). I to właśnie koronkę Wam dziś zaprezentuję. Moje drogie, O.P.I. Pure Lacquer Nail Apps Gold Lace :)))

Aplikacja naklejki jest prostsza niż się spodziewałam. Trzeba jedynie zdjąć z niej  folię zabezpieczającą i przyłożyć do paznokcia. Zdobienie gładko przylega do płytki, nie załamując się w brzydkie fałdki. Nadmiar łatwo daje się oderwać wzdłuż krawędzi paznokcia. Całość należy utrwalić dobrym top coatem (użyłam O.P.I. RapiDry). A do późniejszego usunięcia naklejki wystarczy zwykły zmywacz.

Wzór jest tak ozdobny, że nie odważyłam się nałożyć naklejek na wszystkie paznokcie (choć oczywiście można to zrobić, zestaw zawiera 16 sztuk w różnych rozmiarach). Potraktowałam tę koronkę jako dekoracyjny akcent, zestawiając z nudziakowym mani. Nie mogę się napatrzeć!










Koronka jest piękna, taka misterna, prześlicznie to wygląda, nie uważacie? Zdobienie fajnie kontrastuje z jasnym mani, ale powiem Wam, że najchętniej połączyłabym je z czarnym kremowym lakierem. Może podpowiecie mi, na jaką drogeryjną i łatwo dostępną czerń warto postawić?

Złoty set też przykuwa oko, ale w mojej ocenie nie robi już takiego wrażenia (za jakiś czas oczywiście też pokażę go Wam w akcji), bo podobny efekt można uzyskać po prostu lakierem. Naklejki moim zdaniem są niezastąpione, jeśli w grę wchodzi jakiś oryginalny wzór, zdobienie, którego same nie jesteśmy w stanie wykonać, jak chociażby w przypadku koronki, którą Wam dziś prezentuję. Całą kolekcję Nail Apps możecie obejrzeć TUTAJ, aktualnie można kupić je w promocyjnej cenie (29 zł zamiast wyjściowych 50 zł). Wpadły mi w oko kropeczki Girly Glam :DDD

Bardzo ciekawy eksperyment. Do zdobień mam dwie lewe ręce, a z pomocą Nail Apps w szybki sposób udało mi się stworzyć coś ciekawego. No chyba że uważacie inaczej? :DDD


Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 28 stycznia 2013

Gagatki ;)))

Chcę szybko ten duet opisać i jeszcze szybciej o nim zapomnieć. Szampon i odżywka Poetica ze Scottish Fine Soaps.








Poetica to niezwykle zmysłowa kolekcja, która łączy w sobie zapach owoców, kwiatów i przypraw, co razem tworzy luksusowy zapach, który przeniesie Cię z dala od stresów i napięć współczesnego życia w świat prostych przyjemności. 




Kiedy wspomniałam Wam, że produkty te trafiły w moje ręce (za co dziękuję kosmetykomanii KLIK), przyznając, że o Scottish Fine Soaps pierwsze słyszę, uprzedzałyście mnie, że powinnam nastawiać się na wspaniałe doznania. Marka słynie podobno z pięknych zapachów, jakimi wyróżniają się jej kosmetyki. I rzeczywiście, seria Poetica, z którą miałam okazję częściowo się zapoznać, pachnie niezwykle, zapachem wręcz perfumeryjnym, bardzo złożonym i bardzo intensywnym. Dla mnie osobiście aż za bardzo intensywnym. No ale to oczywiście kwestia gustu, zapach sam w sobie jest ładny, rzeczywiście można uznać, że luksusowy, jak życzyłby sobie tego producent. Problem w tym, że to, co miało być największym atutem, czyli oryginalny zapach, stało się niestety gwoździem do trumny. Nie wiem, co to za tajemniczy Parfum na końcu składu i szamponu, i odżywki, ale jedno jest pewne - w życiu tak się nie drapałam, jak po zastosowaniu tego pachnącego duetu. W formułach nie widzę nic więcej, co mogłoby mnie aż tak podrażnić. Także naprawdę dobrze, że dostałam zaledwie 40-mililitrowe miniatury, bo z produktów o większej pojemności i tak nie zrobiłabym użytku. Po trzech zastosowaniach poddałam się, nabierając pewności, że uporczywy świąd skóry głowy to sprawka tych dwóch pachnących gagatków.

Widzę, że na stronie kosmetykomanii szampony i odżywki Poetica i tak nie są aktualnie dostępne. Seria oczywiście składa się z wielu innych produktów, jeśli macie ochotę, możecie przyjrzeć im się TUTAJ. Ja jednak przyznaję, że po tej przykrej przygodzie nawet nie mam ochoty sięgać po resztę tej linii. Za to jak zwykle zainteresowały mnie mydełka. Nie byłabym sobą, gdybym ich nie wypatrzyła :DDD






Także Scottish Fine Soaps nie przekreślam, zachowuję raczej daleko idącą ostrożność, na poważnie rozważając, czy nie dać kiedyś szansy mydłom tej marki. Szalenie mi się podobają!


Miałyście do czynienia z tą szkocką marką? Jak wrażenia? Ciekawa jestem zwłaszcza, co sądzicie o mydełkach. 

Możecie się też poskarżyć, o ile nie obce jest Wam moje niedawne doświadczenie ze swędzącą głową. Jaki szampon zalazł Wam za skórę?


Całuję, 
miłego wieczoru,
Cammie.



P.S. Macie ochotę na posta herbacianego? Zrobiłam niedawno fajne zakupy w godnym polecenia sklepie :)))



sobota, 26 stycznia 2013

OMG!

I niech no mi ktoś powie, że to ja mam za dużo kosmetyków!







OMG! Czy tylko ja uważam, że to nienormalne? Powiedzcie, że nie zwariowałam :DDD


Udanej soboty! 

Buziaki,
Cammie.



piątek, 25 stycznia 2013

Nie za późno? :)))

Nie za późno na kolejne podsumowanie roku 2012? Bo jeszcze mi buble zostały. Miałam nawet już dać sobie z nimi spokój, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że może uchronię kogoś tym postem przed nietrafionym zakupem? Także pozwólcie, że mimo poślizgu (nie mogę uwierzyć, że styczeń ma się już ku końcowi!), napiszę Wam dzisiaj o tym, co w minionym roku wyjątkowo mnie rozczarowało.






1. Marion, Nature Therapy, Ocet z malin & koktajl owocowy, spray regenerujący włosy

Na fali rosnącej popularności podobnego specyfiku u konkurencji z wyższej półki, marka Marion z dużym refleksem wypuściła na rynek całą serię kosmetyków z octem z malin. Skusiłam się właśnie na sprej, dużo wygodniejszy w stosowaniu niż płukanka. Niezwykle zachęcająca cena (około 7 zł za 120 ml) i przyjemny malinowy zapach wbiły mnie w przekonanie, że zrobiłam deal roku. Do czasu. Do czasu, aż pierwszy raz zaaplikowałam to cudo na włosy ... Nawilża i wygładza? Nie zauważyłam. Nabłyszcza? Nie zauważyłam. Za to zauważyłam, że pod wpływem ciepła suszarki zaczyna śmierdzieć (przepraszam za określenie) jak kocie siki! Mam kota, więc wiem :DDD Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale przyjemny zapach malin gdzieś znika, a zostaje jedynie skwaśniały octowy smrodek. Im cieplejszy nawiew suszarki, tym mocniejszy. W tej sytuacji kwestią już w sumie wtórną jest sprawa fatalnej, ociekającej sprejem pompki ... Więcej nie kupię.


2. Dax Cosmetix, Cashmere Eyeshadow Base

Słynna już baza pod cienie okazała się dla mnie totalnym niewypałem. Po tylu pozytywnych recenzjach spodziewałam się produktu fantastycznej jakości, tymczasem od pierwszego użycia nie przypadła mi do gustu. Nadal jej używam, ale okupione jest to nerwami, rozglądam się właśnie za czymś innym. Co mi się tak w niej nie podoba? Konsystencja. Zbita, toporna, mało plastyczna, wymagająca naciągania powiek przy aplikacji. I nie wiem, od czego to zależy, ale cienie raz trzymają się na niej bez zarzutu, innym razem ścierają się w załamaniach powieki już po kilku godzinach. Nie mogę na niej polegać! Dla mnie bubel, choć wiem, że ma też grono oddanych miłośniczek.


3. Essence, Stay all day, Long lasting eyeshadow

Cieni w kremie Essence chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Tanie, łatwo dostępne i jakże często zachwalane. Całe szczęście, że skusiłam się tylko na jeden. Zależało mi na produkcie, którym jednym pociągnięciem palca zrobię cały makijaż oka, wybrałam odcień 02 Glammy goes to ..., czyli połyskujący złotawy beż. Kolor sam w sobie bardzo mi się podoba, fajnie podkreśla moje zielone tęczówki, ale do szału mnie doprowadza formuła. Nie wiem, co to jest, ale na pewno nie jest to krem. Cień w moim odczuciu jest suchy, trudno go wydobyć, a jeszcze trudniej równomiernie nałożyć na powiekę. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Zastanawiam się, jak to możliwe, że wszyscy tak się zachwycają, a ja jedna narzekam? Trafił mi się jakiś zleżały egzemplarz, czy co?


4. Golden Rose, Jolly Jewels

Nie będę się rozwodzić, kupiłam trzy odcienie i wszystkie trzy mnie zawiodły, o czym pisałam TUTAJ i TUTAJ. Seria wizualnie mnie oczarowała, w praktyce okazało się, że lakiery są kompletnie nietrwałe. To chyba największe rozczarowanie roku.



Na koniec jeszcze jeden bubel, ale niekosmetyczny. Wszystkich moli książkowych ostrzegam, nie idźcie tą drogą! :DDD






Grafomania. Fatalny język, jednowymiarowe postaci, do bólu sztuczne dialogi i masa niekonsekwencji, raz dłużyzna, raz przeskok w czasie załatwiony trzema zdaniami. Fabuła w zamierzeniu ma szokować, ale jest tak odrealniona, że tylko śmieszy. Bohaterom, wkurzającym w swojej bezradności, aż chce się kopniaka sprzedać na rozruch. Dramat. Szkoda czasu, szkoda kasy!



Uf, wyżaliłam się, od razu mi lepiej. Wam też to radzę! Piszcie w komentarzach, na jakie buble nadziałyście się w minionym roku!


Buziaki,
Cammie.



czwartek, 24 stycznia 2013

Szybki przegląd :)))

Zawartość świątecznej paczki od Rossmanna powoli staje się tylko wspomnieniem, myślę, że najwyższy czas, żeby przybliżyć Wam produkty, które w niej znalazłam. Tym bardziej, że dwa z nich pochodzą z edycji limitowanych, także o ile nabrałybyście na nie ochoty, trzeba by się spieszyć :)))






Na pierwszy ogień hit ostatnich tygodni, zimowy żel pod prysznic Isana Żurawina i Biała Herbata, o którym jakiś czas temu zrobiło się naprawdę głośno. W sieci pełno zachwytów na temat tego produktu i pewnie komuś się narażę, ale prawda jest taka, że dla mnie ten żel jest zupełnie przeciętny. 






Isana żel pod prysznic Żurawina i Biała Herbata: to wzbogacony ekstraktami z żurawin i białej herbaty, limitowany zimowy żel pod prysznic. Zawarty w produkcie pielęgnujący kompleks pomaga nawilżyć skórę, zapobiegając tym samym jej przesuszeniu. Kosmetyk ma subtelny owocowy zapach, który sprawia, że codzienny prysznic stanie się prawdziwą przyjemnością. Żel nie zastąpi odżywczo-regeneracyjnego działania masła czy mleczka do ciała, jednakże jego regularne stosowanie sprawi, że skóra nabierze miękkości i sprężystości. Kosmetyk nie zawiera parabenów. 

Cena: 3,99 zł/ 300 ml



Owszem, pachnie przyjemnie, ale nie jest to zapach, dla którego mogłabym stracić głowę. Konsystencja jak dla mnie za rzadka, przez co wydajność pozostawia wiele do życzenia, no ale biorąc pod uwagę niezwykle atrakcyjną cenę (zaledwie 4 zł za 300 ml!), naprawdę nie ma się czego czepiać. To po prostu niedrogi, przeciętny w działaniu żel pod prysznic, którego atrakcyjność podnosi limitowana wersja zapachowa spoza normalnej oferty. Dla sympatyków żeli Isany gratka, dla pozostałych z całą pewnością żaden tam must have.



Dużo bardziej polubiłam mandarynkowo - jogurtowe masło do ciała Wellness & Beauty. Początkowa nieufność przerodziła się w prawdziwą sympatię.







Wellness & Beauty masło do ciała Mandarynka i Jogurt: masło sprawdzi się szczególnie przy pielęgnacji skóry suchej i zniszczonej. Jego intensywnie owocowy zapach z pewnością przypadnie do gustu osobom lubiącym ciekawe i wyraziste nuty. Odżywcze masło Shea oraz cenny olejek Jojoba koją zniszczoną skórę i intensywnie nawilżają naskórek, chroniąc go przed nadmiernym wysuszeniem. Natomiast pielęgnująca witamina E i gliceryna dodatkowo go nawilżają. 

Cena: 10,29 zł/ 200 ml



Pierwsze wrażenie, przyznaję, było nieszczególne, głównie za sprawą zapachu. Wielokrotnie Wam pisałam, że mam słabość do nut cytrusowych w kosmetykach, nic dziwnego, że mandarynka podziałała mi na wyobraźnię. Niestety na wyobrażeniach się skończyło, bo w rzeczywistości zapachowi tego masła daleko do prawdziwej mandarynki. To raczej zapach słodkiego ulepka, cytrusowej gumy mamby na przykład. Ale szybko się do niego przekonałam, zwłaszcza że mój mąż po każdej aplikacji chodził za mną, pytając: co tu tak ładnie pachnie, co tu tak ładnie pachnie? :DDD Właściwości natomiast całkowicie mi odpowiadają. Masło jest gęste, treściwe, ale nietłuste. Regularnie stosowane odczuwalnie wygładza skórę. Zaznaczam jednak, że niektórym może przeszkadzać to, że jest dość "tępe", nie daje się gładko rozsmarować po ciele jednym ruchem, trzeba się przy nim trochę namachać. Mimo to uważam, że jest warte uwagi, za 10 złotych dostajemy całkiem dobry produkt. 



Peeling do ciała Wellness & Beauty Algi i Minerały Morskie może wzbudzać pewne kontrowersje, bo to jeden z tych produktów, które pozostawiają na skórze tłustą warstwę. Wiem, że mało kto to lubi.






Wellness & Beauty peeling Algi i Minerały Morskie: dzięki wyjątkowo drobnym kryształkom soli peeling skutecznie oczyszcza skórę, usuwając wszelkie zanieczyszczenia i martwy naskórek. Zawarty w produkcie olejek z migdałów odżywia skórę sprawiając, że staje się aksamitnie gładka. Peeling może się przydać do wykonania odprężającego masażu całego ciała, który jednocześnie poprawi krążenie i wygładzi skórę. Doskonale nadaje się na zimowy czas, kiedy to możemy pozwolić sobie na nieco mocniejsze złuszczanie naskórka, niż w lecie, gdy jest to równoznaczne z usuwaniem nawet nieznacznej opalenizny. 

Cena: 13,99 zł/ 300 g



Owszem, zostawia tłustą warstwę, ale uwaga! Nie ma w nim ani grama parafiny! Efekt ten to zasługa wyłącznie olejku migdałowego i oleju słonecznikowego, dość wysoko w składzie. Także świetna opcja dla każdego (na przykład dla mnie), kto lubi po kąpieli potraktować ciało oliwką. Sam peeling natomiast jest doskonały, drobiny soli morskiej pozostawiają skórę porządnie wygładzoną. Fajny, odświeżający zapach (mnie kojarzący się z jakąś popularną nutą męskich perfum) jest dodatkowym atutem. No i opakowanie! Bardzo ładny, szklany słoik z potencjałem na przyszłość, na pewno będzie można do czegoś go wykorzystać.


Na koniec bubel, przynajmniej w moich oczach. Produkt słaby i właściwie zbędny, Fusswohl rozświetlający lotion do nóg.






Fusswohl rozświetlający lotion do nóg: ten delikatnie nabłyszczający kosmetyk, przyda się nie tylko na wielkie sylwestrowo-karnawałowe wyjścia. Dzięki zawartości odżywczych składników sprawdzi się również przy codziennej pielęgnacji nóg. Formuła kosmetyku zawierająca olej z orzechów makadamia i masło Shea pomoże utrzymać odpowiednie nawilżenie oraz sprawi, że skóra stanie się delikatna i bardziej sprężysta. Natomiast ekstrakt z jedwabiu nada skórze subtelnego blasku. Kosmetyk szybko się wchłania nie pozostawiając na nogach tłustej warstwy, a dodatkowo ma delikatny, jaśminowo-waniliowy zapach.

Cena: 7,79 zł/ 125 ml


Rozświetlający lotion do nóg? Spodziewałam się dyskretnego efektu glow. Tymczasem mamy efekt potłuczonej choinkowej bombki. Żadnego subtelnego rozświetlenia, po prostu wielkie drobiny brokatu. Rozumiem, że w zamyśle miała to być propozycja na karnawał, ale przyznam szczerze, że do mnie to nie przemawia, podobnie jak idea pielęgnacji nóg czymś takim, także naprawdę nie wiem, co z tym cudakiem zrobię. Przyznać mu jednak trzeba, że całkiem dobrze nawilża. Zapach za to ma jak dla mnie bardzo, bardzo słaby.



To w zasadzie tyle, cztery produkty, cztery minirecenzje. Podoba Wam się w ogóle taka forma szybkiego przeglądu, czy wolicie może, żebym pozostała przy dotychczasowym stylu? Wydawało mi się, że warto napisać o wszystkich tych kosmetykach jednocześnie, tak jak Wam je jakiś czas temu prezentowałam. Dajcie znać, co myślicie :)))


Buziaki,
Cammie.



środa, 23 stycznia 2013

Nudy na pudy ;)))

Już trochę zmęczona jestem tymi wszystkim szalonymi kolorami na paznokciach, z którymi rozstać się nie mogłam przez ostatnich kilka tygodni. Co za dużo, to niezdrowo, no nie? Dlatego jakoś tak mnie naszło na coś spokojnego, stonowanego, nieszczególnie rzucającego się w oczy. Wybór padł na Wibo, skromny, raz brązowawy, raz szarawy greige z serii Back to nature (nr 1), którego zestawiłam ze znanym Wam już różowym brokatem z serii Futura (nr 3).









Niezwykle trudno oddać ten kolor na zdjęciach, w zależności od światła i ujęcia za każdym razem prezentuje się inaczej. To typowy grzybek, czasami na pierwszy plan wybijają się w nim jasnobrązowe tony, innym razem dominują nuty szarości. W każdym razie delikatny różowy brokat wygląda na nim superowo :)))


1. Dostępność - 1 (każdy Rossmann).
2. Cena - 1 (bardzo przystępna, około 5 zł).
3. Kolor - 1 (ciekawy przez swoją niejednoznaczność).
4. Aplikacja - 1 (bezproblemowa, idealna konsystencja, nie za gęsta, nie za rzadka).
5. Pędzelek - 1 (typowy dla Wibo, proporcjonalny do dość krótkiej, ale poręcznej nakrętki).
6. Krycie - 1 (standardowe, czy dwie warstwy wydobywają optymalne nasycenie koloru).
7. Wysychanie - 1 (szybkie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Golden Rose Gel Look Top Coat) - 1 (bez przykrych niespodzianek).
9. Trwałość - 0 (maksymalnie do trzech dni i w sumie nie wiem, o co chodzi, bo lakiery Wibo są zwykle na moich paznokciach nie do zdarcia).
10. Zmywanie - 1 (łatwe).

Moja ocena: 9/10.



Może i nuda, ale czuję, że mi jej teraz potrzeba. Brokat na palcu serdecznym i tak wprowadza w ten mani trochę życia. Jak Wam się podoba? Nudy na pudy, czy może być? :)))


Miłego wieczoru,
Cammie.



Bell Bronze Sun Powder
szuka nowego domu!



wtorek, 22 stycznia 2013

Ktoś chętny? :)))

Uwaga, uwaga, bazarek! Tak jak zapowiadałam wczoraj, dziś wpadam z dwoma bronzerami, które nie zdały u mnie egzaminu. Nowego domu szuka E.L.F. Contouring Blush & Brozning Powder oraz Bell Bronze Sun Powder.



na czarno - na sprzedaż
na różowo - rezerwacja
na szaro - sprzedane



E.L.F. CONTOURING BLUSH & BRONZING POWDER
(SPRZEDANE)

Popularne duo składające się z koralowo - złotego różu i lekko połyskującego bronzera. Wyraziste kolory, mocna pigmentacja, zestaw dla osób dobrze radzących sobie z konturowaniem. Czyli nie dla mnie :DDD Zużycie śladowe.

Cena sklepowa - 20 zł

Moja cena - 10 zł









BELL BRONZE SUN POWDER

Zestaw składający się z rozświetlacza i bronzera o subtelnie połyskującym wykończeniu, odcień 020, czyli najjaśniejszy, dla osób o ciepłej karnacji. Pudry można łączyć lub stosować osobno. Zużycie śladowe.

Cena sklepowa: 20 zł

Moja cena: 10 zł









Do cen, które zaproponowałam, trzeba doliczyć koszt przesyłki (6 zł za zwykły list polecony lub 7 zł za list polecony priorytetowy). Jeśli jesteście zainteresowane, proszę o maila (cammie.blog@poczta.fm). Zapraszam! Ktoś chętny? :)))

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Hulam z Hoola :DDD

Ostatnio gdzie nie spojrzałam, tam widziałam Benefit Hoola. Ciągle natykałam się na jakieś zdjęcia, filmy, recenzje. Oczywiście wszystkie pozytywne, a jakże. Bronzer chwalony jest głównie za niezwykle uniwersalny kolor i łatwość aplikacji, określany jako ideał, którym nie można zrobić sobie krzywdy. Oglądałam, czytałam, rozmyślałam i tak rosło we mnie przekonanie, że muszę go mieć! W końcu pękłam i kupiłam*, korzystając z niedawnej całkiem atrakcyjnej promocji Sephory (-20%) na asortyment marek posiadanych przez sieć na wyłączność. 









No i rzeczywiście, wszystko się zgadza, Hoola to świetny bronzer, z którym poradzi sobie ręka nawet tak niewprawiona w konturowaniu, jak moja. Żadnych ciemnych plam, żadnych smug, żadnego podejrzanego połysku. Do tej pory z bronzerami było mi wybitnie nie po drodze, wszystkie były dla mnie za ciemne, za mocno napigmentowane, za wyraziste, za pomarańczowe. Hoola daje mi nadzieję, że w końcu uda mi się wymodelować twarz, nadal wyglądając naturalnie!

Zawsze podobały mi się podkreślone bronzerem kości policzkowe i już od kilku lat rozpaczliwie rozglądałam się za czymś, co pozwoli uzyskać mi ten efekt. Pierwsze próby czyniłam z bronzerami mineralnymi (chociażby Tahiti Sweetie i Beach Bunny z Silk Naturals, czy Soft Bronzer z Everyday Minerals), ale zawsze coś z nimi (albo ze mną :DDD) było nie tak. Rozczarowanie spowodowało, że przez długi czas nie wracałam do tematu, ale w tamtym roku znowu mnie wzięło. Co wymyśliłam? Że będę uczyć się konturowania na tanim produkcie, bo przecież szkoda kasy na wyższą półkę, skoro nie wiadomo, czy coś z tego będzie. Błąd. Bo nic z tego nie będzie, jeśli nie dobierze się koloru! A oczywiście dobrać nie mogłam. Dziś już wiem, że mogłam oszczędzić sobie tego nerwowego i w sumie, jak się okazało, dość kosztownego poszukiwania (kilka tanich bronzerów to łącznie już całkiem spory wydatek, prawda?), od razu inwestując w Hoola.

Jutro zapraszam na bazarek, zaproponuję Wam dwa bronzery, które okazały się dla mnie za trudne w obsłudze. Ktoś bardziej doświadczony w konturowaniu na pewno będzie umiał zrobić z nich użytek, ja robię sobie z ich pomocą wyłącznie katastrofę na twarzy. A dziś zachęcam do zwierzeń! Przyznajcie się, jakiego kosmetyku poszukujecie / poszukiwałyście tak obsesyjnie ja ja pasującego mi bronzera? :DDD


Buziaki,
Cammie.



* Anegdota:
Ja, do męża: Kochanie, spójrz, co kupiłeś mi na urodziny!
Mąż: Kupiłem ci coś? A co?
Ja: Hoola z Benefitu!
Mąż: Yyyyy, to brzmi jak Tales z Miletu :DDD



sobota, 19 stycznia 2013

Klasyka klasyki :)))

Wiem, że wypatrujecie już recenzji kosmetyków Madame L'Ambre, myślę więc, że ucieszycie się z dzisiejszego posta, w którym rozprawię się z lakierem do paznokci. Niestety, nie mam dobrych wieści. 

Bardzo, bardzo chciałam, żeby piękne opakowanie kryło doskonały produkt. Bo przyznać trzeba, że buteleczka jest piękna, nieco staromodna, ale urocza, przede wszystkim dzięki secesyjnemu dekorowi wpisującemu się w charakterystyczną stylistykę marki. Ale urok urokiem, a jakość to już zupełnie inna sprawa. Jak się okazuje, nie można mieć wszystkiego. Pod względem trwałości lakier okazał się przeciętny. 

Choć kolor ma akurat nieprzeciętny. Czerwień, nr 11, najczystsza z czystych, niesamowicie lśniąca, niezwykle kobieca.









Ale kolor i połysk  przyćmione w tym przypadku zostały niestety przez fatalną trwałość. Widzicie te pościerane końcówki? Uwierzycie, że paznokcie malowałam wieczorem, a zdjęcie robiłam następnego dnia rano? ...


1. Dostępność - 1 (internet KLIK, sieć Hebe).
2. Cena - 1 (akceptowalna, 10 zł, choć w przypadku zakupów internetowych trzeba doliczyć jeszcze koszt przesyłki).
3. Kolor - 1 (piękna, klasyczna, ponadczasowa czerwień).
4. Aplikacja - 1 (bardzo łatwa, lakier ma dość rzadką konsystencję, ale naprawdę łatwo kontrolować pociągnięcia pędzelka, nie pozostawiającego żadnych smug).
5. Pędzelek - 1 (długi i dość wąski, ale dzięki temu precyzyjny, poza tym poręczny).
6. Krycie - 1 (standardowe).
7. Wysychanie - 1 (dobre tempo).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Poshe Super-fast drying topcoat) - 1 (bez zastrzeżeń).
9. Trwałość - 0 (fatalna, lakier ściera się ekspresowo, nawet od "nicnierobienia").
10. Zmywanie - 0 (schodzi łatwo, ale niemiłosiernie farbuje przy tym skórę wokół paznokci).

Moja ocena: 8/10.


Przepiękny odcień czerwieni z fantastycznym lśniącym wykończeniem, po prostu klasyka klasyki. Niestety, ściera się z prędkością światła, mimo zabezpieczenia topem. Najpierw myślałam w ogóle, że to wina właśnie topcoata, ale przy kolejnym malowaniu sięgnęłam po inny, z podobnym efektem ...  Nieładnie, oj, nieładnie!

Rozczarowałam się, serio. I choć wiele cech tego lakieru bardzo mi się podoba (wygodny pędzelek, łatwość aplikacji, lśniące wykończenie), przez tę kiepską trwałość nie wiem, czy zaryzykuję zakup kolejnego odcienia.

Miałyście do czynienia z lakierami Madame L'Ambre? Wiem, że marka oprócz kremów (w sklepie internetowym nie wiadomo dlaczego nazwanych matami) ma w ofercie jeszcze dwie inne formuły, z dużymi bądź małymi cząsteczkami perłowymi. Może są trwalsze? 



Całuję,
Cammie.




środa, 16 stycznia 2013

Na co dzień, czy od święta?

Używacie baz pod makijaż? Ja czasami po nie sięgam, ale baaardzo rzadko. Głównie dlatego, że na co dzień nie potrzebuję jakiegoś nadzwyczajnego wygładzenia skóry czy szczególnej trwałości podkładu i po prostu wolę zrezygnować z kolejnej warstwy kosmetyków na twarzy. Nie ukrywam też, że silikonowe formuły znanych mi baz raczej nie służą mojej cerze na dłuższą metę. Wiem, co mówię, bo w czasach, w których mój makijaż oparty był wyłącznie na sypkich kosmetykach mineralnych, stosowanie dobrego primera było niezbędne, silikonowe bazy też więc pod tym kątem sprawdzałam. Zemściło się to jednak zanieczyszczeniem cery, stąd wiem, że muszę być ostrożna.

Dlatego do Prime Magic Camera Ready W7, którą jakiś czas temu dostałam od kosmetykomania.pl, podchodziłam jak pies do jeża. To w końcu typowa bezbarwna baza silikonowa, czyli jak dla mnie potencjalny zapychacz. Ale ciekawość oczywiście wzięła górę :)))






W7 Baza pod makijaż Prime Magic Camera Ready - matująca baza pod makijaż nadaje skórze niezwykłą gładkość i kaszmirową miękkość. Dzięki niej otrzymasz natychmiastowy efekt wygładzenia, nawilżenia oraz delikatnego napięcia. Lekka formuła gwarantuje perfekcyjne i profesjonalne wykonanie makijażu, ułatwia rozprowadzenie fluidu oraz pudru. Optycznie spłyca zmarszczki i tuszuje wszelkie niedoskonałości cery. Efekt: nieskazitelny, utrzymujący się przez wiele godzin bardziej trwały makijaż.

Pojemność: 30ml.
Cena: 19,99 zł.



Zastosowałam parę razy i wiecie co? Nic strasznego się nie stało. Owszem, po pierwszej aplikacji na policzku coś tam wyskoczyło, ale raz dwa się z tym uporałam, zmiana była bardzo powierzchowna, na pewno nie z gatunku tych podskórnych, bolących, puchnących. Potem byłam już zresztą mądrzejsza, nakładałam Prime Magic w naprawdę minimalnych ilościach wyłącznie w strefie T, czyli tam, gdzie moje pory są widoczne i gdzie skóra potrzebuje zmatowienia. I wygląda na to, że był to dobry pomysł, nie zauważyłam, żeby z cerą działo się coś złego, za to faktycznie makijaż trzyma się lepiej.

Kto choć raz miał do czynienia z bazą silikonową, dobrze wie, jaką niesamowitą gładkość skóra zyskuje po jej zastosowaniu. Podkład rozprowadza się po tak przygotowanej twarzy jak marzenie. Pod tym względem baza W7 doskonale daje sobie radę, nie mogę złego słowa powiedzieć, makijaż rzeczywiście wygląda bardzo ładnie. Jak można się spodziewać, gorzej z jej właściwościami matującymi, przynajmniej ja nie zauważyłam, żeby strefa T pod tym względem jakoś wyjątkowo zyskała. Jeszcze chyba takiego specyfiku nie wynaleziono, który by przetłuszczanie się cery wyeliminował całkowicie ;))) 

Odnosząc się więc do obietnic producenta, potwierdzam, że Prime Magic świetnie wygładza, ułatwia wykonanie makijażu i nieco przedłuża jego trwałość, rzeczywiście ukrywając pory i drobne zmarszczki, ale nie mogę zgodzić się co do tego, że jakoś wyjątkowo matuje. Historyjki o nawilżaniu i napinaniu cery natomiast między bajki można włożyć. No chyba że macie inne spostrzeżenia?

Prime Magic nie jest produktem, bez którego nie mogłabym żyć. Fajny gadżet, ale w mojej kosmetyczce nie jest niezbędny. Od czasu do czasu pewnie po niego sięgnę, szykując się na jakieś większe wyjścia, ale na pewno nie włączę go do swojej codziennej makijażowej rutyny. Najzwyczajniej nie mam takiej potrzeby. Nie uważam też, żeby baza ta jakoś szczególnie wyróżniała się na tle konkurencji, jest bardzo przyzwoita, ale też podobna do innych baz, które znam. Na jej korzyść przemawia cena, zaledwie 20 zł za 30 ml (dwukrotnie mniej niż najpopularniejsza chyba baza z Dax Cosmetics).

Szczerze mówiąc, bardziej kręcą mnie kolorowe bazy W7. Wiedziałyście, że marka ma w ofercie bazę lawendową, mającą redukować żółte zmiany pigmentacyjne oraz zieloną, niwelującą zaczerwieniania? Może kiedyś się skuszę :)))

Co myślicie o bazach pod makijaż? Stosujecie je na co dzień, czy raczej od święta? A może w ogóle nie są Wam do szczęścia potrzebne? Z chęcią poznam Wasze zdanie :)))


Całuję, 
Cammie.



wtorek, 15 stycznia 2013

Srebro dobrej próby :)))

Kolejna iście karnawałowa odsłona O.P.I., srebrny Radiance z Designer Series 2012 [cała kolekcja do obejrzenia TUTAJ]. Bardzo metaliczny, bardzo błyszczący i bardzo widoczny. Nie ma mowy o żadnych półśrodkach, to nie jest jakieś tam niemrawe sreberko, to srebro wypolerowane na wysoki połysk. I to srebro dobrej próby.









Trudno mi się z tym kolorem oswoić, jest naprawdę mocny, poza tym ja nie przepadam za metalicznym wykończeniem. Chyba mi z Radiance nie po drodze, aczkolwiek komplement na temat mani usłyszałam. Sama nie wiem, może gdyby ozdobić nim tylko paznokieć na palcu serdecznym? Albo pokusić się o wariację na temat frencha ze srebrnymi końcówkami? Jak myślicie? No chyba że "po całości", jak na zdjęciu, i na imprezę :DDD Zwłaszcza że lakier pięknie zachowuje się w przytłumionym sztucznym świetle.


1. Dostępność - 1 (internet, sieciowe perfumerie).
2. Cena - 0 (wysoka, 65 zł).
3. Kolor - 1 (choć nie w moim typie, to oryginalności odmówić mu nie mogę, nie widziałam wcześniej tak idealnego odcienia srebra).
4. Aplikacja - 0 (lakier ma świetną konsystencję, ale niestety metaliczne wykończenie powoduje, że widoczne jest każde pociągnięcie pędzla, co zmusza do wyjątkowej precyzji w malowaniu).
5. Pędzelek - 1 (charakterystyczny dla O.P.I., bardzo wygodny).
6. Krycie - 1 (jednowarstowiec, ale tradycyjnie nałożyłam dwie warstwy).
7. Wysychanie - 1 (błyskawiczne).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i O.P.I. Rapid Dry) - 1 (bez zastrzeżeń, zero smug czy bąbelków).
9. Trwałość - 1 (trzyma się jak przyspawany :DDD).
10. Zmywanie - 1 (bezproblemowe).

Moja ocena: 8/10.



Pomijając kwestię moich preferencji, muszę uczciwie przyznać, że lakier jest świetnej jakości, do czego O.P.I. zdążyło mnie już zresztą przyzwyczaić. O ile komuś odpowiada metaliczne wykończenie, a srebro wpisuje się w kolorystyczne upodobania, to może uznać Radiance za arcyciekawą karnawałową propozycję imprezową. Ja w każdym razie z tej akurat imprezy się wypisuję ;))) Za to czaję się na najnowszą kolekcję O.P.I., Euro Centrale, widziałyście już?



(Zdjęcie: opinails.pl KLIK)



Euro Centrale to kolekcja na wiosnę i lato 2013, inspirowana Polską, Czechami, Węgrami i Rumunią. Dziewczyny, pozycja obowiązkowa! :DDD


Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 14 stycznia 2013

Pozwólcie, że przedstawię ;)))

Po raz kolejny przekonałam się, że Wasza pomysłowość nie zna granic, dosłownie i w przenośni. Imiona, jakie w konkursowym zadaniu zaproponowałyście dla Madame L'Ambre, pochodziły chyba z każdego zakątka świata. Choć przyznaję, że dominowały te pochodzenia francuskiego. Jakoś szczególnie ta rudowłosa ślicznotka kojarzyła się Wam z francuską elegantką. Zaznaczyć jednak trzeba, że często dopatrywałyście się u niej również korzeni rosyjskich. I już niezależnie od wszystkiego, stawiałyście na jej arystokratyczne pochodzenie, podkreślając też jej ognisty temperament :)))



LOGO MARKI



Abellana, Adriana, Afrodyta, Agnieszka, Aleksandra, Amelia, Amerei, Armelia, Aurelia, Barbarella, Beatrice, Bella, Berapi-api, Blanka, Brigitte, Camille, Cammie, Charlotte, Clementine, Colette, Dafne, Desir, Dreamy, Eleonor, Eliza, Elizabeth, Emilia, Eowina, Esmebella, Esmeralda, Estera, Flora, Florence, Genowefa, Helena, Hemera, Izabela, Izabella, Jacqueline, Jekaterina, Josephine, Juliette, Kamelia, Kamila, Karpatia, Kasandra, Kate, Katja, Konstancja,Kornelia, Laura, Lillian, Lolita, Louise, Magdalena, Malezja, Matylda, Mirabella, Nicole, Pompadour, Roksana, Rozalia, Róża, Scarlett, Selenge, Seraphine, Sophie, Veronique, Victoria, Violetta, Vivi?



Nie ukrywam, że propozycją najbliższą memu sercu była Camille, czyż to nie brzmi dobrze? Camille L'Ambre! Kilka z Was też było tego zdania ;))) A na poważnie, to los zdecydował, że na mój i Wasz użytek Madame L'Ambre otrzymuje imię ...


... Esmeralda!


Tym samym zwyciężczynią konkursu zostaje ...


... theMonique!



TheMonique, gratuluję wygranej! W Twoje ręce trafia puder, pomadka i konturówka od Madame L'Ambre! Ekhm, od Madame Esmeraldy L'Ambre :DDD






Według słownika imion Esmeralda to imię żeńskie pochodzenia łacińskiego, oznaczające "szmaragd":

Esmeralda jest dumna i ambitna, ale zarazem bardzo dowcipna i wesoła. Wyróżnia ją energia i pełnia sił witalnych, wzniosłość uczuć i zdolność do poświęceń. Zupełnie brakuje jej wyrachowania: odda swoją ostatnią koszulę, podzieli się ostatnim groszem (czasem jej życzliwość bywa nadużywana). Z natury jest pogodna, budzi ufność, cieszy się uznaniem najpierw w szkole, potem w pracy zawodowej. Ma nieprzeciętne zdolności naukowe i jeśli warunki ułożą się pomyślnie, może dojść do sukcesów i zaszczytów. Swoje życie planuje roztropnie, stara się zbytnio go nie komplikować, choć zazwyczaj jest ono ciekawe, ruchliwe, a nie spokojne czy nudne. Ma także wiele osobistego uroku i delikatności, jest wrażliwa i pełna fantazji. Można o niej powiedzieć: rozważna i romantyczna.

Jak myślicie, opis pasuje do Madame L'Ambre? :))) 



Czekam na dane adresowe Monique, a wszystkim pozostałym dziękuję za udział w konkursie :*


Całuję,
Cammie.



piątek, 11 stycznia 2013

Jak doczyścić Beauty Blender?

Mój niedawny post na temat Beauty Blendera ---> KLIK został przyjęty przez Was z ogromnym zainteresowaniem, ale fakt faktem, że w komentarzach pojawiło się mnóstwo uwag na temat trudności z doczyszczeniem jajka w przypadku stosowania mocno kryjących i bardzo trwałych podkładów typu Revlon ColorStay (on zebrał największe baty) czy Estee Lauder Double Wear.

Postanowiłam nieco zgłębić temat, w wyniku czego mam dla Was dzisiaj szybkie zestawienie metod czyszczenia Beauty Blendera, jakie znalazłam w odmętach internetu :)))



(Zdjęcie: www.beautyblender.net)



Najpowszechniejsza opinia jest taka, że z najtrudniejszymi do usunięcia pigmentami radzi sobie jedynie oryginalny płyn czyszczący Blendercleanser.



(Zdjęcie: www.beautyblender.net)



Skuteczność płynu potwierdzają też Wasze wypowiedzi. Mankamentem tej metody jest oczywiście cena, bo na stronie polskiego dystrybutora za butelkę o pojemności 90 ml trzeba zapłacić 40 zł, do czego oczywiście należy doliczyć wcale nie najniższe koszty przesyłki. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto kupił jajo od początku mając zastrzeżenia do jego wysokiej ceny, raczej nie zdecyduje się na dodatkowy niemały wydatek na oryginalny cleanser. Stąd też w sieci znaleźć można sporo propozycji jego zamienników i alternatywnych metod czyszczenia.

Można postawić na łagodny szampon dla dzieci. Sama tak wielokrotnie robiłam, sięgając najczęściej po Babydream, którym piorę pędzle. Niestety nie zawsze udawało mi się doczyścić nim jajko tak, jakbym sobie tego życzyła. Poprawiałam najczęściej zwykłym szamponem dla dorosłych.

Można sięgnąć po mydło. To mój ulubiony środek czyszczący jajo. Z moich doświadczeń wynika, że najlepiej spisuje się takie, które dobrze się pieni (np. Dove). Piana "penetruje" gąbeczkę, dzięki czemu usuwa zabrudzenia z jej głębi. Wadą tej metody jest ryzyko, że jajo może z biegiem czasu tracić swoją przyjemną miękkość. Ale jest czyste. Przy większych zabrudzeniach skuteczność tej metody podnosi podobno namydlenie jajka i pozostawienie go w tym stanie na kilka minut.

Kolejnym pomysłem jest czyszczenie jajka na sucho, również mydłem. Nie próbowałam tego osobiście, ale myślę, że niebawem to zrobię. Gąbkę należy zostawić do wyschnięcia, a następnie nasączyć mydłem w płynie, tworząc niejako emulsję czyszczącą, którą następnie trzeba spłukać wodą wraz z wszelkimi zabrudzeniami. Podobno jest to bardzo skuteczna metoda, jednak byłaby chyba o tyle problematyczna, że uniemożliwiałaby używanie jajka codziennie. Gąbka potrzebuje niemal całej doby, żeby wyschnąć, zatem czyszcząc w ten sposób, można by po nią sięgać co najwyżej co trzeci dzień (pozostawienie brudnego do wyschnięcia ---> pranie ---> pozostawienie czystego do wyschnięcia).

Amerykańskie blogerki zalecają też stosowanie nieznanych mi Magicznych Mydeł marki Dr. Bronner. Nie wypowiem się, nie wiem, o co chodzi, ale stronę producenta możecie sobie przejrzeć, jeśli macie ochotę ---> KLIK.

Natknęłam się też na sposób z użyciem preparatu do oczyszczania twarzy. Uwaga! Najlepiej w piance, choć te żelowe rzekomo też dają radę. Może i ma to jakiś sens. Skoro kosmetyk rozpuszcza i usuwa makeup z twarzy, to powinien poradzić sobie i z zabrudzeniami gąbeczki.

Alternatywą jest też stosowanie tańszych płynów do czyszczenia akcesoriów do makijażu, głównie pędzli. Brzmi rozsądnie, można spróbować.

Można też podobno sięgnąć po ... płyn do naczyń. Metoda uchodzi za niezwykle skuteczną ze względu na silne właściwości czyszczące i odtłuszczające. No ale te detergenty ... Sama nie wiem.

Niektórzy próbują czyścić jajko oliwą. Jest to sposób dość skuteczny w przypadku mocno zabrudzonych pędzli, w przypadku Beauty Blendera lepiej jest podobno wymieszać niewielką ilość oliwy z niewielką ilością płynu do naczyń (znowu :D) i dopiero taką miksturą potraktować gąbeczkę.

Na koniec warto dodać, że istnieją też domowe sposoby na odkażenie jajka. Sama stosowałam najczęściej antybakteryjny sanitizer, którym od czasu do czasu "prałam" gąbeczkę, ale wiele dziewczyn stosuje po prostu płyny odkażające w spreju przeznaczone do pędzli. Najbardziej hardcorowa propozycja, na jaką się natknęłam, to zanurzenie gąbki na kilka minut w czystym alkoholu.



Właśnie takie pomysły na alternatywne czyszczenie jajka udało mi się zebrać, niektóre całkiem akceptowalne, niektóre nieco kontrowersyjne. Mam nadzieję, że trochę Wam to zestawienie pomoże i jeśli macie problemy z dopraniem swojej gąbki, znajdziecie wśród tych propozycji jakąś metodę dla siebie. A może znacie jakiś sposób, którego nie wymieniłam? Koniecznie podzielcie się swoimi doświadczeniami!


Buziaki,
Cammie.



Jeszcze tylko kilka godzin!
Zagraj o kosmetyki
Madame L'Ambre!



czwartek, 10 stycznia 2013

A co ja gorsza? ;)))

Z początkiem roku wszyscy biorą się za siebie, wiadomo, noworoczne postanowienia. Mnie też przydałoby się zrzucić parę kilo, ale żadnych kroków w tym kierunku czynić nie powinnam, bo ciągle jeszcze karmię piersią i wszelkie diety odchudzające są wykluczone. Ale co, gorsza jestem? Nie mogę sobie jakoś racjonalniej jadłospisu układać? Mogę! :DDD Zadanie dość trudne, bo nadal unikać muszę nabiału (choć przez moment miałam wrażenie, że to już za mną), także poszukując nowych smaków wystrzegać się muszę mleka, śmietany, nieklarowanego masła, jogurtów, kefirów, maślanek, twarogów, serów i wszelkich produktów te składniki zawierających. Lekko nie jest. Spróbujcie coś z takimi ograniczeniami ugotować ;))) 

Ale warzywa i owoce są dozwolone, jak najbardziej. Dlatego postanowiłam zdecydowanie zwiększyć ich ilość w codziennym menu, zmieniając nieco proporcje w swoich posiłkach. Jesteście zainteresowane moimi prostymi propozycjami? Mogłabym od czasu do czasu wrzucić jakiś przepis w ramach mojej miniserii Kulinaria ---> KLIK. Sama bardzo lubię takie wpisy u innych, są niezwykle inspirujące i często motywujące. Dajcie znać, co o tym myślicie. Propozycje kulinarne i tak czasami zamieszczam, wystarczyłoby, żebym zamiast na słodkościach skupiła się na czymś zdrowszym :DDD

Na dobry początek jedna z moich ulubionych przekąsek, doskonała na drugie śniadanie albo podwieczorek. Marchewka z jabłkiem i orzechami :))) Wybaczcie, mimo wszystko znowu na słodko. To chyba silniejsze ode mnie :PPP






Nawet nie wiem, czy jest sens pisać, jak to przygotować, to banalnie proste. Wystarczy zetrzeć na dużych oczkach marchewkę i jabłko, dorzucając kilka włoskich orzechów. Ja czasami, jak dziś, dodaję też parę rodzynek, tak dla podbicia słodkiego smaku. Przekąska wypełnia żołądek, a dzięki orzechom naprawdę syci. Mimo ich sporej kaloryczności warto je dodać, bo dzięki zawartości tłuszczów pozwalają po prostu przyswoić witaminy (A, D, E i K rozpuszczalne są wyłącznie w tłuszczach!).

Jak to u Was wygląda? Zjadacie wystarczająco dużo warzyw i owoców, czy niekoniecznie? Piszcie o swoich doświadczeniach i koniecznie podzielcie się własnymi pomysłami na zwiększenie ich ilości w diecie!



Ostatni dzwonek!
Zagraj o kosmetyki
Madame L'Ambre!


środa, 9 stycznia 2013

Phenomenalnie ;)))

Jeszcze kilka dni temu narzekałam, że mamy taką zupełnie niezimową zimę, a tu nagle jest! Prawdziwa zima, mroźna i śnieżna. Czy u Was też jest biało?






Staram się codziennie chodzić z Zuzą na spacery, ale to oczywiście nie to samo, co latem, kiedy potrafiłam łazić z nią nawet trzy, cztery godziny. Teraz po prostu jest na to za zimno. Poza tym żadna też przyjemność pchać wózek po śniegu :/ Tego nie przeskoczę, ale z zimnem można sobie poradzić. Patrzcie, jaki mam arsenał :)))






Termofor dostałam w mikołajkowym prezencie od przyjaciółki, rękawiczki mam z lokalnego tzw. "ruskiego targu". Tak, mieszkam w przygranicznym mieście, w którym ten relikt przeszłości nadal funkcjonuje :DDD Mogą się wznosić nowoczesne galerie handlowe, mogą z marketingowym hukiem otwierać się kolejne sieciówki, a targowisko trwa, niezniszczalne, oferujące dosłownie wszystko, łącznie z kontrabandą (ciiiiiiii :DDD). Także mam nowe rękawiczki, za całe dwie dychy :)))

Moim trzecim sprzymierzeńcem w walce z mrozem jest rozgrzewający krem do rąk Phenome, Tangerine SPA Warming Hand Therapy. Dostałam go latem (sic!) od Magazynu Drogeria i tak sobie leżał, czekając na lepsze czasy. Aż się doczekał :)))



Rozgrzewający balsam do rąk z żeń-szeniem i olejkiem z mandarynki

Aromatyczny balsam o satynowej konsystencji przeznaczony do codziennej pielęgnacji delikatnej skóry dłoni. Stworzony na bazie ekologicznych wód roślinnych oraz organicznych substancji czynnych i olejów, pobudza proces mikrokrążenia, zapewniając komórkom skóry intensywne dotlenienie. Dłonie odzyskują zdrowy koloryt, są delikatnie rozgrzane i odprężone. Naskórek pozostaje dobrze nawilżony, odżywiony i zregenerowany, zabezpieczony przed procesem starzenia oraz negatywnym wpływem czynników zewnętrznych.

INGREDIENTS:
Aloe Barbadensis Leaf Water**, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Fruit Water**, Camellia Sinensis Leaf Water**, Glycerin**, Dicaprylyl Carbonate**, Caprylic/Capric Triglyceride**,Cetearyl Alcohol**, Cetearyl Glucoside**, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*,Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*,Tocopherols**, Sodium Stearoyl Glutamate**,Panthenol, Orbingnya Oleifera Seed Oil*, Lycium Barbarum Fruit Extract*, Aqua**, Iris Florentina Root Extract**, Panax Ginseng Root Extract**, Vitis Vinifera (Grape) Leaf Extract**, Citrus Paradisi (Grapefruit) Fruit Extract**, Ananas Sativus (Pineapple Plant) Fruit Extract**, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract**, Castanea Sativa (Chestnut Tree) Seed Extract**, Avena Sativa (Oats) Kernel Extract**, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract**, Parfum**, Vanillyl Butyl Ether**, Xanthan Gum**, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Extract*, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Extract*, Titanium Dioxide*, Mica*, Iron Oxide*,Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Citrus Dulcis***,Citrus Reticulata (Tangerine) Leaf Oil***, Mauritia Flexuosa (Buriti) Fruit Oil**, Linalool***, Limonene***,Citral***
*Certified Organic, **Natural Raw Materials, ***Components of Natural Essential Oils



Marki Phenome [KLIK] chyba nie muszę nikomu przedstawiać? Phenome to rewelacyjne (chciałoby się napisać fenomenalne :DDD), naturalne, organiczne kosmetyki z fantastycznymi składami. Kilkakrotnie już miałam z nimi do czynienia i zawsze byłam niezwykle zadowolona. Nie inaczej jest w przypadku tego kremu.

Momentalnie urzekł mnie zapach. Naprawdę czuć słodką mandarynkę! A ja mam wyjątkową słabość to mandarynek (i pomarańczy) w kosmetykach. Cytrusowe skojarzenie wzmacnia też żółtawy kolor kremu. Na drugi plan natomiast wybijają się silne nuty korzenne, co daje wielce interesującą, przyjemną i jakże wpisującą się w zimową aurę całość. 

Krem ma co prawda przyjemną konsystencję lekkiego balsamu, ale jego działanie jest konkretne. W zasadzie już od pierwszego użycia poprawia kondycję dłoni, mocno nawilżając skórę, niewiarygodnie ją wygładzając, a przede wszystkim dając przyjemne uczucie rozgrzania, które narasta przez kilka minut po aplikacji. Jest na tyle mocne, że odradzałabym stosowanie tego kremu osobom o podrażnionych, poranionych rękach, bo reakcja mogłaby być chyba nawet bolesna. Także ostrożnie! W sumie nie wiem, skąd te właściwości rozgrzewające. Cynamon? Imbir? Nie widzę ich w składzie. Może ktoś mądrzejszy podpowie? Czyżby to był właśnie żeń - szeń?

Zawartość tubki to niestety tylko 50 ml, co w świetle ceny sięgającej 50 złotych nie czyni z Warming Hand Therapy najtańszego kremu na świecie ... Raczej górna półka. Gdyby ktoś miał decydować się na zakup, to już chyba bardziej opłacalną opcją jest butelkowa wersja z pompką, mieszcząca 250 ml i kosztująca 150 zł. Jednorazowo dużo, ale jednostkowo i tak wychodzi taniej niż tubka. Zainteresowanym podpowiem jeszcze, że w tej rozgrzewającej serii dostać można też krem do stóp, masło do ciała i piankę pod prysznic.

A tubka jak tubka, bardzo charakterystyczna dla Phenome, prosta, oszczędna w formie i grafice. Opakowanie trafia w mój gust, budzi zaufanie do producenta.

Warming Hand Therapy to świetny, zimowy krem, jego jedyną wadą (dla mnie) jest cena. Cóż, nie od dziś wiadomo, że za jakość się płaci. A w tym przypadku jakość jest phenomenalna :DDD



Zagraj o kosmetyki
Madame L'Ambre!