beauty & lifestyle blog

wtorek, 30 kwietnia 2013

Próżni być nie może, czyli kwietniowe zachwyty

Kosmetycznie w kwietniu niestety nic nie zachwyciło mnie na tyle, żeby trafić do cyklu Odkrycia miesiąca, także wybaczcie, ale tym samym nie mam Wam tym razem nic do pokazania. Tak jest chyba uczciwiej, niż wyszukiwać ulubieńców na siłę, nie sądzicie? No ale próżni w przyrodzie być nie może, postanowiłam więc, że dla odmiany pokażę, co zachwyciło mnie niekosmetycznie, bo pod tym względem miesiąc miałam wyjątkowo udany. Niby tylko dwie rzeczy, a ile radochy!

Po pierwsze nowa torba, czarna Zara City ze złotymi elementami. Klasyczna i prosta w kształcie, pięciokomorowa, z mnóstwem przegródek i schowków. Chodziłam wokół niej, odkąd tylko pojawiła się w sprzedaży, w końcu się zdecydowałam. 

Po drugie butelka na wodę Bobble z wymiennym filtrem węglowym. Różowa, ale wybierać można spośród dziewięciu kolorów. Ekonomiczna i ekologiczna. W zasadzie kupiłam ją już w marcu, korzystając z atrakcyjnej promocji z okazji uruchomienia internetowego sklepu Duka, ale dopiero w kwietniu trafiła w moje ręce. Nie rozstaję się z nią!









Torba zastąpiła mój czarny zarowy shopper, który służył mi nieprzerwanie od dwóch lat. Jestem z niej niezwykle zadowolona, jest bardzo pojemna, a jednocześnie nawet wypchana po brzegi nie traci formy. Solidna i ślicznie wykończona, robi na mnie spore wrażenie. Nie wiem, na czym to polega, ale o ile ciuchy z Zary rzadko kiedy trafiają w mój gust, tak torebki mogłabym wykupić chyba co do jednej. Żałuję, że nie są choć trochę tańsze :DDD

Bobble natomiast to chyba najlepsza inwestycja, jaką ostatnio zrobiłam. Koniec wydatków na butelkowaną wodę! W domu od dawna używam filtra Brita Maxtra, teraz mam też butelkę z filtrem, którą mogę zabrać ze sobą wszędzie i zawsze cieszyć się czystą wodą. Wystarczy nalać prosto z kranu i już! Można bezpiecznie pić. Bobble występuje w dwóch pojemnościach, 550 ml i 1 l, zdecydowałam się na mniejszą, żeby niepotrzebnie nie dźwigać, skoro i tak mogę butelkę w dowolnym miejscu napełnić. To zakup na lata, filtr jest bowiem wymienny, działa przez dwa miesiące, jest w stanie oczyścić ze wszelkich zanieczyszczeń 150 litrów wody. Koszt butelki z filtrem to 50 zł, ale wystarczy policzyć, ile trzeba by wydać na 150 litrów wody butelkowanej, żeby zdać sobie sprawę, jak szybko taki wydatek się zwróci. Nie wspominając o tym, o ile mniej plastiku trafi na wysypiska. 


Torebka to w sumie fanaberia, może się podobać albo nie, ale Bobble polecam każdemu. Ja rozważam jeszcze zakup buteleczki Bobble Kids dla mojej Zuzi. Musi tylko jeszcze trochę podrosnąć.


A jak Wam upłynął kwiecień? Jakieś odkrycia, udane zakupy? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Pudrowa malwa, czyli love & hate

Jedyny lakier Yves Rocher, jaki posiadam, to najnowszy kolor w kolekcji marki, Pudrowa malwa (Mauve Poudre nr 23), czyli zgaszony, brudny róż. Raz go kocham, raz nienawidzę. Ale chyba jednak częściej kocham :DDD







Odkryj szeroką gamę lakierów nabłyszczających i poznaj ich głębokie i promienne kolory. Wysokie stężenie pigmentów zapewnia głęboki i jednolity efekt idealnego połysku. Lakier doskonale pokrywa paznokcie już od pierwszej aplikacji, zapewniając elegancki i trwały efekt. Nabłyszczająca żywica elemi jest żywicą roślinną pochodzącą z drzewa rosnącego na Filipinach. Tworzy na powierzchni paznokci warstwę, która odbija światło i zapewnia intensywny połysk.

Testowane pod kontrolą dermatologiczną.
Składniki pochodzenia roślinnego: żywica elemi, olej arganowy.
Nie zawierają formaldehydów ani toluenu.







Bez kitu, lakier jest świetny. Jest niesamowicie napigmentowany i bardzo łatwy w aplikacji, dzięki czemu malowanie paznokci trwa sekund pięć, ale ma jedną cechę, przez którą nie mogę mu stuprocentowo ufać ...


1. Dostępność - 1 (salony Yves Rocher i sklep internetowy marki KLIK).
2. Cena - 0 (regularna cena to 26 zł, sporo jak za 5,5 ml, choć gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że system zniżek i promocji marki jest bardzo atrakcyjny i bez problemu można zachować sporą sumkę w kieszeni).
3. Kolor - 1 (niezbyt oryginalny, ale głęboki, naprawdę nasycony).
4. Aplikacja - 1 (fenomenalna! dawno już nie miałam do czynienia z tak łatwo nakładającym się lakierem, przyczepnym i nie rozlewającym się po paznokciu w niekontrolowany sposób).
5. Pędzelek - 1 (początkowo miałam z nim problemy, bo jest wyjątkowo długi, ale po kilku próbach nabrałam wprawy i doceniłam jego precyzję).
6. Krycie -1 (genialnie! na dobrą sprawę wystarczy jedna warstwa).
7. Wysychanie - 1 (dobre tempo).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Golden Rose Gel Look Top Coat) - 0 (niestety reakcja lakieru w kontakcie z rozmaitymi preparatami jest nieprzewidywalna ... to znaczy nie ma nigdy żadnego smużenia czy bąbelkowania, ale lakier raz trzyma się jak przyspawany, a raz schodzi już po kilku godzinach).
9. Trwałość - 0/1 (i tu jestem w kropce, nie wiem, jak go ocenić, od jednego do nawet pięciu dni!).
10. Zmywanie - 1 (zupełnie bezproblemowe).

Moja ocena: 7/10 lub 8/10, w zależności od okoliczności ;)))


Dziwne, dziwne ... Z topem Golden Rose jest bardzo trwały, z Poshe (z którym jak dotąd nie miałam absolutnie żadnych wpadek!) nie utrzymuje się nawet dwóch dni, otarcia na końcówkach biorą się nie wiadomo skąd, niemal od "nicnierobienia". Na szczęście doszłam już do tego, jak go stosować, żeby nie płatał mi figli. Inna rzecz, że nie jest szczególnie wydajny. Buteleczka, choć wydaje się spora, bo jest niestandardowo wysoka, tak naprawdę nie jest pojemna, mieści raptem 5,5 ml lakieru. Po trzech dwuwarstwowych aplikacjach zorientowałam się, że została go tylko połowa. Dlatego nie kupowałabym go na pewno w regularnej cenie. Za to z jakąś atrakcyjną zniżką na pewno! To lakier idealny dla niewprawionych w malowaniu (świetna konsystencja i precyzyjny pędzelek) lub wiecznie spieszących się (już jedna warstwa daje świetne krycie). Wybierać można spośród 21 odcieni. Mam chrapkę na Malinę, Fuksję i Intensywny koral!


Co myślicie o Pudrowej malwie? Miałyście w ogóle do czynienia z tymi lakierami? Jak je oceniacie? Love, czy raczej hate?


Buziaki,
Cammie.




sobota, 27 kwietnia 2013

Akcja rekreacja, czyli ładne rzeczy (3)

Najdłuższy weekend w roku tuż tuż! Zapobiegliwi, biorąc zaledwie trzy dni wolnego, w zasadzie już od dziś cieszą się urlopem. A Wy? Jakie macie plany? Wyjeżdżacie? Odpoczywacie w domu? 

Ja spędzę ten czas w rodzinnym gronie, trochę w domu, trochę poza domem. Będziemy grillować, a jakże, w końcu majówka to narodowe święto grilla :DDD Myśląc jednak o majówce idealnej, zawsze mam w głowie staromodny piknik! Trochę ruchu, trochę wylegiwania się na słońcu, czysta rekreacja :))) W kolejnym, trzecim już poście z cyklu Ładne rzeczy,  zapraszam Was na majówkową wycieczkę!


Marzy mi się piękny rower! Najchętniej biały. Jestem pod ogromnym wrażeniem damskich modeli proponowanych przez markę Electra, w zasadzie każdy jeden mi się podoba. Na zdjęciu Electra Cruiser, ale równie fajna jest także seria Amsterdam czy Townie. Miłośniczki pudrowego różu, lawendy czy mięty, strzeżcie się! A zresztą, przejrzyjcie sobie stronę :DDD KLIK






Jest rower, musi być i kosz rowerowy. Kompletnie oczarował mnie stylowy kosz Design House Stokholm w modelu Carry (TUTAJ możecie obejrzeć także inne pomysły autorki tego projektu). Przenośny, pojemny, a przede wszystkim po prostu śliczny! Ażurowy dekor jest podobno inspirowany tradycyjnym szwedzkim wzornictwem.






Co powiecie na jeszcze jeden słodki detal? Na przykład dzwonek rowerowy? Do niedawna nie miałam pojęcia, jak ciekawie zdobione mogą być dzwonki. Poszukując pomysłu na prezent dla kogoś bliskiego, parę miesięcy temu natknęłam się na stronę bikebelle.pl i przepadłam! Tu prezentuję Wam dzwonek z czarno - białym motywem kwiatowym Electra Blanc et Noir (znowu Electra! zbieg okoliczności, słowo! po prostu stylistyka tej marki niezwykle do mnie przemawia), ale wybierać można spośród wielu kształtów i wariantów kolorystycznych. Odwiedźcie stronę, musicie to zobaczyć!






Fajnie byłoby zjeść coś dobrego na takiej wycieczce, prawda? Spójrzcie, jaki piękny kosz piknikowy!  Biała wiklina z biało-granatowym tekstylnym wnętrzem. W środku wyposażenie dla dwóch osób, naczynia i sztućce. Nie znalazłam informacji o producencie, ale w sklepach internetowych (i polskich, i zagranicznych) ten konkretny model opisywany jest jako MAC-68361. Nic, tylko szykować przekąski!






Na pewno warto zabrać też ze sobą piknikowy kocyk. Wybór jest ogromny, od koców zwykłych przez dekoracyjne, pikowane, aż po funkcyjne, izolowane od spodu. Ja stawiałabym znowu na biało - granatowe pasy. Lubię, jak wszystko do siebie pasuje! Ten konkretny koc ze zdjęcia to Inka Norden Blue & White Collection KLIK.






Pogramy? :))) Nadmuchiwana, gumowa piłka na pewno da się gdzieś upchnąć. A ile potem radochy! Pamiętacie takie piłki z dzieciństwa? Moje co prawda ciągle się rozszczelniały, ale miejmy nadzieję, że ta tutaj jest mocniejsza. Bezimienna, wyszperana w sieci, wybrana ze względu na kolor.



Źródło



To co, jedziemy na wycieczkę? Będzie fajnie! :DDD Co jeszcze byście zabrały?


A tak na serio, to życzę wszystkim udanego wypoczynku, relaksu i wspaniałej pogody, gdziekolwiek będziecie i cokolwiek zamierzacie robić!


Buziaki,
Cammie.



piątek, 26 kwietnia 2013

Kolor ma znaczenie, czyli moje małe wariactwo :DDD

Zawartość wiosennej przesyłki od Rossmanna większość z Was na pewno miała już okazję gdzieś zobaczyć i tylko dla porządku chyba pokażę, co znajdowało się w środku. 






ISANA MED
żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym


FUSSWOHL
masło do stóp


ALTERRA
konwaliowe mydło w kostce


ISANA
kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym


ISANA
ultra mocna pianka do włosów


ALTERRA
peeling pod prysznic Pomarańcza i cukier trzcinowy



Zdecydowana większość tych produktów to dla mnie nowość, jednak jeden z nich znam doskonale. Pewnie się nie zdziwicie, jeśli napiszę, że chodzi o mydło? :DDD I to właśnie dokładnie o te konwaliowe, choć kojarzę, że do wyboru jest co najmniej kilka innych wariantów zapachowych. Kupuję je regularnie od bardzo dawna.






Każda skóra zasługuje na indywidualną pielęgnację. Mydło z olejami roślinnymi Alterra z kwiecistą nutą konwalii majowej produkowane jest z wartościowych, czystych olejów roślinnych. Łagodnie myje skórę i pomaga jednocześnie zachować odpowiednie jej nawilżenie. Subtelny zapach rozpieści Twoje zmysły. Gwarantowane cechy produktu: 100% czyste oleje roślinne, nie zawiera syntetycznych substancji konserwujących ani składników pochodzenia zwierzęcego, dobra tolerancja przez skórę potwierdzona dermatologicznie.









Dlaczego uparłam się właśnie na konwaliowe, konsekwentnie ignorując na pewno nie gorsze przecież  różane, lawendowe czy oliwkowe? Uśmiejecie się! Ze względu na kolor!

Moja łazienka utrzymana jest w odcieniach bieli i szarości, przełamanych kilkoma akcentami morskiego błękitu. Dużo w niej ogromnych luster i krystalicznego szkła. Wszelkie dodatki, typu ceramika, kosze, czy ręczniki są białe. Jak mogłabym w takim pomieszczeniu trzymać słodkie różowe mydełko? To kłóci się z moim poczuciem estetyki :DDD Także konsekwentnie kupuję mydła białe, najczęściej Dove, Biały Wielbłąd, biedronkowe Be Beauty i właśnie konwaliowe mydło z Alterry. 

Wiem, pokręcona jestem :DDD Ale właśnie tak to wygląda, w przypadku mydeł do rąk decydujące znaczenie ma kolor! Jeśli tylko mydełko mi służy, a przy tym jest białe, to więcej niż pewne, że będę do niego regularnie wracać. I właśnie tak jest z Alterrą. 

Konwaliowe mydełko jest tanie (niespełna dwa złote!), łatwo dostępne, pięknie pachnące i łagodne. Doskonale oczyszcza, nadmiernie nie przesuszając i nie podrażniając skóry. Jak wszystkie produkty Alterry jest produktem wegańskim (żadnych składników odzwierzęcych) i ekologicznym (opakowanie z recyklingowanego papieru), rzadkość wśród asortymentu z tak niskiej przecież półki cenowej. Z czystym sercem polecam, zwłaszcza miłośniczkom bieli ;)))


Idę o zakład, że też macie jakieś swoje małe wariactwa. Znajdzie się odważna, która się przyzna? :DDD


Całuję,
Cammie.



Byłybyście zainteresowane
poznaniem asortymentu
The Secret Soap Store i Paese?
Dostałam propozycje współpracy
i zastanawiam się, czy w to wchodzić.



czwartek, 25 kwietnia 2013

Niech mnie ktoś odetnie od ebay, czyli moja nowa chinka!

Witajcie! Wracam do Was po kilku dniach przerwy. Wyjazd co prawda z przyczyn rodzinnych okazał nieco krótszy niż planowałam, ale i tak było super. Piękna pogoda, wspaniałe towarzystwo, fajne knajpy i mnóstwo czasu na czytanie, a jeszcze wyżyłam się na zakupach. Mam swoją piękną zarusiową torbę, do której wzdychałam już od kilku dobrych miesięcy :DDD Ale dziś nie o tym.

Essie Bobbing For Baubles, który mogłyście obejrzeć w czasie mojej nieobecności [KLIK], kompletnie nie przypadł Wam do gustu, także tym razem, licząc na większą przychylność, chciałabym pokazać Wam mój najnowszy nabytek, China Glaze Re-fresh Mint! Niech mnie ktoś odetnie od ebay, bo pójdę z torbami :DDD









Na miętę miałam ochotę już od dawna, ale wszystkie miętowe odcienie, które wpadały mi w ręce, były wyraźnie zdominowane przez niebieskie albo zielone tony. Przez zupełny przypadek natknęłam się na zdjęcie Re-fresh Mint i przepadłam. Idealnie neutralna rozbielona mięta, cudna!


1. Dostępność - 0 (najłatwiej chyba znaleźć na ebay).
2. Cena - 1 (5$, czyli około 15 zł, na pewno taniej niż chinki oferowane na rodzimym allegro).
3. Kolor - 1 (zachwycająca, jasna, chłodna mięta).
4. Aplikacja - 0 (średnio komfortowa, bo lakier jest dość gęsty, starając się nakładać cienkie warstwy, trzeba zachować ostrożność).
5. Pędzelek - 1 (charakterystyczny dla ChG, dość długi i raczej wąski, ale wygodny i poręczny).
6. Krycie - 1 (standardowe, konieczne dwie warstwy).
7. Wysychanie - 1 (szybkie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Poshe Fast Drying Top Coat) -1 (bez zastrzeżeń, żadnych przykrych niespodzianek).
9. Trwałość - 1 (do czterech dni bez skazy).
10. Zmywanie - 1 (bezproblemowe).

Moja ocena: 8/10.


Jak Wam się podoba moja nowa miętowa chinka? Mam nadzieję, że przyjmiecie ją cieplej niż essiakowy granat. 

Popularność miętowych odcieni utrzymuje się już od kilku lat, w zasadzie każda marka ma w swojej ofercie jakiegoś miętuska. Do której mięty Wy czujecie miętę? Podawajcie swoje typy!


Buziaki,
Cammie.



Serdecznie witam wszystkie nowe czytelniczki!
Miło mi Was gościć :*



wtorek, 23 kwietnia 2013

Bobbing For Baubles, czyli granat idealny

Kolejna odsłona Essie, czyli mój niedawny nabytek, Bobbing For Baubles. Idealny dla mnie ocień granatu! Wielokrotnie Wam wspominałam, że z niebieskościami na paznokciach mi nie po drodze, ale ten kolor przekonał mnie do siebie stuprocentowo. Właśnie o takim granacie marzyłam, ciemnym, stonowanym, ze sporą domieszką szarości. Dla mnie przepiękny! 






Lakier śliczny, aczkolwiek do jego aplikacji trzeba się przyłożyć. Przy tak ciemnym odcieniu od razu widać każde niedociągnięcie. Zdjęcie w powiększeniu brutalnie obnażyło zresztą moją fuszerkę. Mam nadzieję, że przymknięcie na to oko.

1. Dostępność - 0 (ebay).
2. Cena - 1 (7$, niewiele w porównaniu do cen Essie w Polsce).
3. Kolor - 1 (niespotykany, szarawy odcień granatu).
4. Aplikacja - 0 (wymagająca olbrzymiej precyzji).
5. Pędzelek - 1 (wąska wersja, moja ulubiona).
6. Krycie - 1 (standardowy dwuwarstwowiec).
7. Wysychanie - 1 (bezproblemowe).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Poshe Fast Drying Top Coat) - 1 (bez zastrzeżeń).
9. Trwałość - 1 (przyzwoita, 4 dni bez skazy).
10. Zmywanie - 0 (niestety tendencja do farbowania skóry, lakier raczej się rozmazuje niż rozpuszcza, ale na szczęście nie odbarwia płytki!).

Moja ocena: 7/10.


Jakością i trwałością lakieru jestem usatysfakcjonowana, wkurza mnie tylko problem ze zmywaniem, palce są po prostu upaprane. Oczywiście można to doczyścić, ale trzeba się trochę przy tym napracować. To jak dla mnie największy mankament Bobbing For Baubles. Bo kolor sam w sobie jest cudny! Naprawdę, jakby stworzony specjalnie dla mnie. Za to ogromny, ogromny plus.

A Wam jak się podoba? W skali od 0 do 10? :)))


Buziaki,
Cammie.



Post opublikowany automatycznie,
na wszystkie komentarze odpowiem za kilka dni.
Do zobaczenia!





sobota, 20 kwietnia 2013

Dzień Ziemi, czyli zniżki w The Body Shop

Post z cyklu Łap okazję! Jeśli macie na oku któryś z bestsellerów The Body Shop, to warto zainteresować się trwającą do 28 kwietnia akcją z okazji przypadającego w tym miesiącu Dnia Ziemi, dzięki której zakupu możecie dokonać z 22% rabatem :))) Wystarczy stawić się w salonie z pustym opakowaniem po dowolnym kosmetyku.






The Body Shop rozpoczyna wielką zbiórkę pustych opakowań po kosmetykach i nagradza swoich klientów za ten ekologiczny gest na rzecz naszej Planety. Akcja nawiązuje bezpośrednio do Światowego Dnia Ziemi, który obchodzony jest 22 kwietnia. Każda osoba, która do 28 kwietnia br. przyniesie do sklepu The Body Shop puste opakowanie po dowolnym kosmetyku, dowolnej marki, otrzyma 22 % rabatu na 22 najlepsze kosmetyki The Body Shop. Zebrane w ten sposób opakowania, oddamy do recyklingu.


Lista produktów objętych rabatem:

  • Absinthe Purifying Hand Cream
  • Aloe & Soft Linen Body, Room & Linen Spritz
  • Banana Shampoo
  • Bath Gloves (White)
  • Born Lippy (Strawberry Flavour)
  • Chocomania Body Butter
  • Define & Lengthen Mascara
  • Detangling Comb Ct Birchwood
  • Hemp Hand Protector
  • Nutriganics Smoothing Serum
  • Olive Shower Gel
  • Pink Grapefruit Shower Gel
  • Rainforest Radiance Hair Butter
  • Satsuma Body Mist
  • Shea Body Butter
  • Spa Fit Toning Massage Oil
  • Strawberry Body Polish
  • Tea Tree Oil
  • Vitamin C Facial Radiance Powder
  • Vitamin C Microdermabrasion
  • Vitamin E Moisture Cream
  • White Musk Libertine Eau de Toilette


Zainteresowanych odsyłam też na fejsbukowy fun page marki, gdzie toczy się ciekawy konkurs związany z akcją.






Z okazji Dnia Ziemi, The Body Shop zaprosił swoich fanów do stworzenia ekotorby. Projekty zostaną nagrodzone, a najlepszy wyprodukowany i rozdawany do zakupów w sklepach The Body Shop.


Wszystkie szczegóły odnośnie konkursu znajdziecie TUTAJ.


Życzę powodzenia i udanych zakupów!

Buziaki,
Cammie,




piątek, 19 kwietnia 2013

Pędzelkowe krasnale, czyli EcoTools Eye Brush Set

EcoTools raz jeszcze. Mam nadzieję, że nie macie dość? :DDD Tym razem chciałabym pokazać Wam Eye Brush Set, czyli podręczny zestaw do makijażu oczu, składający się z pięciu podstawowych pędzelków (shade, blend, smudge, crease i highlight), opakowanych w praktyczne etui z lusterkiem. Weszłam w jego posiadanie trochę nieoczekiwanie, dobijając targu w drodze wymianki, w ramach której sama oddałam zbyt duży dla mnie pędzel do bronzera. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona!






O jakości EcoTools nie muszę Was przekonywać i nic nawet na ten temat nie piszę. Chciałam tylko pokazać Wam, jak nietypowych rozmiarów są te konkretne pędzle! Niby czytałam, że są krótkie, ale i tak zdziwiłam się, kiedy po raz pierwszy je zobaczyłam. No dosłownie pędzelkowe krasnale :DDD Za to z całkiem bujnymi czuprynami ;)))

Spójrzcie, poniżej pędzelki na tle pięciozłotówki. Zwłaszcza pędzel do blendowania prezentuje się imponująco :DDD






Dopiero w porównaniu z regularnych rozmiarów flat topem widać, jakie to drobiazgi. Zmierzyłam, mają zaledwie 11 cm długości!






Początkowo obawiałam się, że będą niewygodne, nie wyobrażałam sobie, jak można operować tak krótkimi trzonkami. I co się okazało? Że ten mikry rozmiar sprzyja precyzji. Pędzelki stabilnie leżą w dłoni, pozwalają maksymalnie zbliżyć się do lusterka i dopracować najmniejsze detale makijażu. 

Mam do nich tylko jedno zastrzeżenie. Świetnie sprawdzają się przy makijażach dziennych, mocno roztartych, delikatnych, wieczorowym, bardziej graficznym raczej nie podołają. Wynika to z dość puchatego kształtu włosia. Także mimo wszystkich zalet, nie uznałabym tych pędzli za set uniwersalny. Ale i tak niezwykle go lubię, ja nie mam po prostu szczególnych oczekiwań, na moje potrzeby i moje umiejętności w zupełności jest wystarczający.


Próbowałyście kiedyś malować się tak krótkimi pędzlami? Jak wrażenia?


Buziaki,
Cammie.




czwartek, 18 kwietnia 2013

Rany Julek, czyli czego to ludzie nie wymyślą!

Pozwólcie, że rozwinę temat, który poruszyłam wczoraj, pokazując Wam najnowszą propozycję EcoTools, czyli gąbeczkowy aplikator do podkładu i korektora [---> KLIK]. Niemal jednogłośnie uznałyśmy, że gadżet jest pomysłowy, ale absolutnie nie niezbędny.

Od jakiegoś czasu wygrzebuję w sieci podobne ciekawostki i powiem Wam, że w życiu nie myślałam, że w kwestii aplikacji podkładów coś jeszcze mnie zaskoczy. A jednak. Rany Julek! Czego to ludzie nie wymyślą! Zapraszam na przegląd nietypowych aplikatorów.


Na początek może coś nie za bardzo oryginalnego, bo znowu mamy tu kawałek gąbki na patyku, ale jednak widać tu pewną nowość. Gąbeczkowy stempelek! Bezimienny, znaleziony w odmętach internetu. Na moje oko niezbyt precyzyjny, choć pewnie przyjemny i miękki w użyciu. 






Inną gąbeczkową propozycją jest wałeczek, tak zwany roller. Ten tutaj pochodzi z azjatyckiego Face it, ale na europejskim rynku też pojawiło się coś podobnego, o ile się nie mylę wałek dołączony jest do jednego z podkładów L'Oreal. Czy Wam też nasuwa się skojarzenie w pracami remontowymi? :DDD Sama nie wiem, nie wydaje mi się to najwygodniejszym rozwiązaniem, jak czymś takim nałożyć podkład w mniej dostępnych miejscach? 






Zostawmy gąbeczki. Pora na gwóźdź programu. Znowu propozycja rynku azjatyckiego. Mam wrażenie, że ostatnio wszelkie makijażowe innowacje płyną do nas właśnie stamtąd. BB kremy wyposażone w aplikatory elektryczne! Tak, e-lek-trycz-ne. Nie do końca rozumiem, jak działają, ale wydaje mi się, że na zasadzie jakiegoś rodzaju wibracji. Drgają podobno około 10 000 razy na minutę, dzięki czemu krem idealnie scala się z przepięknie wygładzoną cerą. Na zdjęciu bb kremy BRTC, Etude, It's skin i HAAN Beauty. 






Oczywiście można kupić samo urządzenie, nie dedykowane jakiemuś jednemu bb kremowi. Niżej Missha Real Painting Vibrating Puff. Za jedyne 40 dolców :DDD






Jak się okazuje, można kupić też coś bardziej uniwersalnego. Aplikator z wymienną końcówką, raz gąbeczka, raz pędzel, co kto lubi. Obie końcówki wibrują!






Inne urządzenia tego typu? Proszę bardzo! Do wyboru, do koloru.














Jak widzicie, to nie jest jakaś nisza, to już prawdziwy elektryczny trend :DDD Ciekawe, czy ma szansę zawojować i nasz lokalny rynek. Będzie z tego hit? Jak myślicie? Przyznam szczerze, że ja chętnie spróbowałabym na własnej skórze, czy rzeczywiście to taka nowa jakość w makijażu, jak się o tym pisze. 

Jak Wam się w ogóle podobają takie różne dziwne aplikatory? Jeśli miałyście z nimi do czynienia, koniecznie opiszcie swoje doświadczenia, umieram z ciekawości! A może natknęłyście się na coś jeszcze innego? W końcu pomysłowość ludzka naprawdę nie zna granic :DDD

Całuję,
Cammie.



środa, 17 kwietnia 2013

Gąbka na patyku, czyli wiecie, rozumiecie ;)))

Nie umiem oprzeć się nowinkom, no nie umiem! Ciekawość zawsze bierze górę nad rozsądkiem. Tak też było i tym razem. Sama nie wiem, kiedy EcoTools Foam Applicator wpadł mi do koszyka. Wypatrzyłam to cudeńko w Rossmannie, akurat objęte promocyjną ceną (około 25 zł). Także wiecie, rozumiecie :DDD 

Aplikator do podkładu i korektora. Doskonały do aplikacji płynnych kosmetyków. Po użyciu umyj wodą z mydłem.

Niby nic, kawałek gąbki na patyku :DDD O co więc tu chodzi?

Patyk jak patyk, wszyscy wiemy, że akcesoria EcoTools posiadają bambusowe, w pełni ekologiczne rączki. Dużo ciekawsza jest gąbeczka. Sprytnie wyprofilowana, pozwala rozprowadzić podkład czy korektor zarówno na dużych powierzchniach jak czoło czy policzki, jak i w miejscach wymagających precyzji, jak skrzydełka nosa czy kąciki oczu.












Jak dla mnie jest to swoista wariacja na temat jajowatego kształtu beauty blendera, innowacją jest w tym przypadku ścięta na płasko część, ułatwiająca aplikację kosmetyków posuwistymi ruchami. Struktura gąbki też jest zresztą zupełnie inna. Aplikator EcoTools, choć gładki i przyjemny w dotyku, jest zdecydowanie bardziej zwarty, brak mu tej charakterystycznej elastyczności różowego jajka. Jest też na pewno narzędziem dużo precyzyjniejszym, bo po prostu sporo mniejszym. Tym samym średnio nadaje się do nakładania podkładu, za dużo z tym roboty. Zdecydowanie wolę aplikować nim korektor. Fajnie sprawdza się pod oczami, nie podrażnia, ale osobom o bardzo wrażliwej skórze może jednak wydawać się za twardy. 

Fajny gadżet, ale z pewnością nie must have. Z łatwością mogę wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś żałuje zakupu. Dla dobrych pędzli raczej nie jest groźną konkurencją. Można się skusić, poeksperymentować, pobawić się, ale rewolucji w makijażu nie ma się co spodziewać. W dodatku trudno mi na tę chwilę ocenić żywotność tej gąbeczki. Póki co spisuje się dobrze, łatwo się dopiera, nie tracąc kształtu i właściwości, ale pojęcia nie mam, jak długo to potrwa. Wyeksploatuję, ale kolejnej chyba nie kupię.


Miałyście już z tym aplikatorem do czynienia? Jak go oceniacie? Dobry pomysł, czy makijażowa fanaberia? Ciekawa jestem Waszego zdania. 

W następnym wpisie planuję pokazać Wam inne tego typu wynalazki. Materiał przygotowuję już od jakiegoś czasu i powiem wam, że jestem w szoku, czego to ludzie nie wymyślą!


Buziaki,
Cammie.




wtorek, 16 kwietnia 2013

Tak to ja się nie bawię, czyli moje nowe maleństwa :DDD

Ach, te promocje w Super-Pharm! Też macie wrażenie, że często to jakaś ściema? ... Napaliłam się ostatnio na essiaki w ofercie 3 za 2, no i co się okazało? Owszem, trzeci lakier gratis, ale nie wedle uznania, tylko do odbioru przy kasie, w jakimś dziwnym odcieniu. Tak to ja się nie bawię :PPP Machnęłam ręką i kliknęłam sobie dwie sztuki na ebay. Nie dość, że znacznie taniej niż w SP (nawet uwzględniając koszty przesyłki), to jeszcze bez przejmowania się dostępnością w Polsce (szafa w SP  to tylko 90 odcieni).

Mój zbiór Essie: Demure Vixen, Merino Cool, Da Bush, Big Spender, Cute As A Button, California Coral, Bobbing For Baubles, A Crewed Interest. 






Jedynie Cute As A Button pochodzi z SP, resztę kupiłam na ebay lub transdesign.






Co upolowałam ostatnio? Tak granatowy, że aż niemal czarny Bobbing For Baubles i delikatny, brzoskwiniowy  A Crewed Interest. Śliczności! Moje maleństwa :DDD






Coś mi mówi, że A Crewed Interest to będzie mój hit sezonu. To przepiękna, jaśniutka, pastelowa brzoskwinka. W dodatku trwała jak diabli!






1. Dostępność - 0 (ebay).
2. Cena - 1 (7$, mało w porównaniu z polską ceną lakierów Essie).
3. Kolor - 1 (cu-dow-ny!).
4. Aplikacja - 1 (bezproblemowa).
5. Pędzelek - 1 (wąska wersja, dla mnie komfortowa).
6. Krycie - 0 (niestety dla pełnego krycia konieczne są aż trzy warstwy, częsty problem przy kremowych pastelach).
7. Wysychanie - 1 (biorąc pod uwagę ilość warstw, naprawdę szybkie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Poshe Fast Drying Top Coat) - 1 (bez zakłóceń).
9. Trwałość - 1 (rewelacyjna! 5 dni bez najmniejszego uszczerbku).
10. Zmywanie - 1 (łatwe).

Moja ocena: 8/10.


Pomijając kwestię dostępności (dla chcącego nic trudnego, prawda?), przyczepić się można tylko do stopnia krycia. Fakt, żeby pozbyć się prześwitów, trzeba nałożyć aż trzy warstwy, ale tak jak wspominałam, to jest charakterystyczne chyba dla wszystkich pastelowych kolorów. Liczyłam się z tym, więc nie czynię z tego zarzutu. Zresztą na wszystko przymknęłabym chyba oko, tak mi się ta brzoskwinka podoba :DDD

Mam plan stopniowo zaprezentować Wam cały zbiór. W następnej kolejności zobaczycie Bobbing For Baubles. A potem? Sama nie wiem. Jakieś sugestie? :)))


Złość na Super-Pharm już mi przeszła, jakie to szczęście, że mamy ebay :DDD

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Znowu poniedziałek, czyli lubię krówki :DDD

Weekendy są zdecydowanie za krótkie, nie uważacie? Ani się człowiek obejrzy i znowu poniedziałek ... No ale przynajmniej okna umyte, meble balkonowe przytachane z piwnicy, a w donicach kwitną pierwsze kwiatowe sadzonki. Mam nadzieję, że już niedługo będę do Was klikać spod parasola chroniącego przed słońcem! Póki co nadaję jednak z kanapy :DDD 

W tamtym tygodniu przy okazji wpisu o granulkach zapachowych [---> KLIK] wspominałam Wam, że znowu skusiłam się na mydła Bomb Cosmetics. Tym razem dla siebie wybrałam słodkie Candy Box z bergamotką, słodką pomarańczą oraz nutami karmelu i wanilii, a dla męża rześkie Crystal Waters z olejkiem lawendowym i nutami cytrusowymi.






Każde mydełko jest formowane, kolorowane i ozdabiane ręcznie. Gliceryna zawarta w kosteczce "zamyka" wodę w skórze, dzięki czemu mydełko nie tylko doskonale myje, ale też nawilża. Dodatkowo, wszystkie mydełka zawierają specjalnie dobrane, czyste, naturalne olejki eteryczne, które poprawią nastrój czy wygląd ciała, w zależności od tego, które mydełko wybierzesz! Poza tym, że są bardzo praktyczne, nasze mydełka są także wyjątkowo piękne i cudownie pachnące - więc ozdobią i napełnią Twoją łazienkę zapachem nawet wtedy, gdy ich nie używasz!



Kostki ważą 120 g, czyli nieco więcej niż tradycyjnie, kosztują 14 zł za sztukę. Lubię je za piękne zapachy, dekoracyjny wygląd i wydajność. Pod kątem pielęgnacji skóry cudów nie czynią, ale w końcu to tylko mydła. Ja w każdym razie regularnie do nich wracam. Jakiś czas temu szczegółowo opisałam Wam Hawaiian Flower [TUTAJ], a teraz, skoro już i tak o Bomb Cosmetics mowa, podzielę się z Wami opinią na temat Foaming Fudge, czyli Waniliowej Krówki :)))






Jak na złość dziś akurat nie widzę na Aromatelli tego wariantu zapachowego, ale to pewnie kwestia czasu, aż pojawi się z powrotem. W każdym razie Foaming Fudge to mydło o słodkim zapachu karmelu z nutami wanilii. Kombinacja ta do złudzenia przypomina naszą swojską krówkę!

Waniliowa Krówka, słodka i jakże apetyczna! Pięknie pachnie, świetnie się pieni, doskonale myje, nie wysuszając przy tym skóry. Żałuję jedynie, że zapach, choć wyczuwalny w trakcie kąpieli, na skórze w zasadzie się nie utrzymuje. Dla większości z Was pewnie będzie to zaletą, bo nie konkuruje z perfumami, ale ja chciałabym móc cieszyć się tymi słodkościami dłużej. Po prostu lubię krówki :DDD

Mydła Bomb Cosmetics, choć glicerynowe, nie mają tendencji do rozmiękania (o ile oczywiście odpowiednio je przechowujemy, nie narażając na stały kontakt z wodą) i charakteryzują się świetną wydajnością. Zwykle taka kostka starcza mi na minimum 4-5 tygodni, także cena (14 zł), na pierwszy rzut oka nie taka niska, wydaje mi się całkiem adekwatna. Czego najlepszym dowodem jest chyba to, że ciągle do tych mydeł wracam. Waniliowa Krówka powoli staje się tylko wspomnieniem, ale na swoją kolej czeka już Candy Box, czyli Bombonierka. A przy następnych zakupach na bank wezmę pobudzającą Musującą Pomarańczę, to już postanowione!


Macie swoje ulubione mydła? W jakie zapachy zwykle celujecie? Słodkości? Owoce? Zioła? Kwiaty? Ciekawa jestem Waszych preferencji. No i oczywiście ukochanych mydlarni! Będę wdzięczna za opinie i linki.


Buziaki,
Cammie.



Zmieniłam nieco szerokość szablonu,
dajcie znać,
czy wszystko gra 
i nic się nie rozjeżdża :*



piątek, 12 kwietnia 2013

Akcje rabatowe, czyli zniżkowe zakupy

Ledwie tydzień temu szykowałyśmy się do wielkiej akcji rabatowej Twojego Stylu i Grazii, a już dziś pora na przygotowania do Narodowego Dnia Glamour. Jest skromniej, ze znacznie mniejszą ilością zniżek, ale ciągle warto wybrać się na zakupy. 






Jak zwykle skupię się na okazjach kosmetycznych. Może coś Was zainteresuje?

  • Bath & Body Works: - 40% na wszystkie produkty w pojemności podróżnej (88 ml);
  • Dermedic: - 30% na cały asortyment dostępny w sieci Super-Pharm;
  • Stenders: - 20% (także online, kod: Glamour);
  • The Body Shop: - 40% na drugi tańszy produkt.



Mnie osobiście żadna glamourowa zniżka nie zachęciła do zakupów, wyszalałam się tydzień temu. Głównie online :))) Tak jak Wam wspominałam, skorzystałam z kuponów w kategorii Wnętrza, zamówiłam kilka rzeczy w Home&You, w Fabryce Form i w Galerii Limonka. Posiłkuję się zdjęciami z sieci, bo jeszcze nie wszystkie przesyłki dotarły.



DROBIAZGI DO SYPIALNI

Szklany lampion i pojemniczek z pokrywką z linii Ambre trafią na toaletkę, figurka Lady Sit będzie zdobić komodę. Kolorystycznie wspaniale skomponują się z innymi dodatkami przełamującymi biel pomieszczenia.






STOJAK NA BIŻUTERIĘ

Dziękuję April za inspirację, to u niej podpatrzyłam ten piękny stojaczek Canopy w mojej ukochanej bieli. Srebrne ptaszki przełamują jego surowy minimalizm.






LUNCHBOX

Tak, po niemal roku opieki nad dzieckiem wracam do pracy ... Na pocieszenie sprawiłam sobie różowe pudełko Omami. Urocze! Ale przede wszystkim funkcjonalne i pojemne. 






A jak tam Wasze łowy, udały Wam się zniżkowe zakupy? Jeśli nie, to ciągle jeszcze macie szanse jutro! Kompletną listę marek biorących udział w akcji Glamour znajdziecie TUTAJ :)))

Buziaki,
Cammie.



czwartek, 11 kwietnia 2013

Pod prąd, czyli granulki zapachowe Regent House

Ekspansja Yankee Candle trwa w najlepsze, mam wrażenie, że o woskach i świecach piszą wszyscy. Ja, choć także jestem fanką tej marki, jeszcze nigdy o niej w swoich postach nie wspominałam i póki co nie zamierzam. Zamierzam za to pójść pod prąd i pokazać Wam coś zdecydowanie mniej popularnego, jednak na pewno równie pachnącego :))) Granulki zapachowe Regent House! 

Pachnące granulaty dostępne są w ogromnej ilości wariantów zapachowych. Stosuje się je zupełnie tak samo jak woski, rozgrzewając w kominku. Różnica polega jedynie na tym, że granulki się nie rozpuszczają, po prostu uwalniają zapach pod wpływem ciepła.

Kominka szukałam całe wieki. Chciałam koniecznie, żeby był biały i żeby pozbawiony był wszelkich ozdobników. Nie macie pojęcia, jak trudno było coś takiego znaleźć. Wszędzie zawijasy, wzorki i inne wątpliwej dla mnie urody dekory. W końcu trafiłam na swój ideał w starej dobrej Aromatelli. Jest śliczny! Białe drewno z białą ceramiczną miseczką i szklaną podstawką na świecę.






Kominkiem cieszę się już od wielu miesięcy, najczęściej sięgając po woski Yankee Candle, ale jakiś czas temu skusiłam się na kolejne zakupy na Aromatelli, tym razem stawiając właśnie na granulaty. Na dobry początek wybrałam ciepły, korzenno - owocowy Cinnamon & Orange, kokosowy Blue Coconut z domieszką piżma i słodkiej jeżyny, delikatny i dziecięcy Baby Powder, a także świeży i lekki Linen Fresh.






Granulki są bezpieczne, czyste i proste w użyciu. Do ich użycia nie potrzeba wody - wystarczy jedynie wsypać 1-2 łyżeczki produktu do kominka, a będą stopniowo, przez kilka godzin, uwalniać zapach olejków zapachowych. Kiedy aromat zaniknie, a granulki wyblakną, należy je po prostu zastąpić nowymi.


Z przedstawionej czwórki rozczarował mnie tylko Cinnamon & Orange. Granulki wydają się być mocno nasączone, ale zapach jednak nie uwalnia się intensywnie, ja w każdym razie ledwie go wyczuwam. Pozostałe trzy okazały się mocne, szybko wypełniają pomieszczenie i dość długo się utrzymują. Nie są to co prawda zapachy tak złożone jak te od Yankee Candle, które często bywają wieloskładnikowymi kompozycjami, ale mnie to nie przeszkadza, wybór granulek jest tak duży, że spokojnie można znaleźć coś satysfakcjonującego [wszystkie dostępne na Aromatelli rodzaje granulatów można przejrzeć TUTAJ].

Granulki jak dla mnie mają nad woskami jedną podstawową przewagę - nie rozpuszczają się i nie wymagają mozolnego czyszczenia kominka. Są też zdecydowanie wydajniejsze. Woskową tartę dzieliłam zwykle na cztery części, granulki natomiast pakowane są w woreczki o pojemności 200 g, przy czym na jeden kilkugodzinny zapachowy seans wystarczy ich dosłownie łyżeczka! Biorąc pod uwagę, że taki woreczek kosztuje tylko 9 zł, granulaty stają się naprawdę ekonomiczną propozycją.

Bardzo mi się te pachnące kuleczki spodobały i jestem pewna, że kupię ich więcej. Mam już na oku kolejne zapachy!

Póki co wzięłam jednak na próbę ręcznie robioną świecę Bomb Cosmetics, Olive Garden.






Świeca o świeżym, cytrusowym aromacie, łączącym akcenty oliwek dojrzewających w słońcu z pomarańczą i mandarynką. Ich kuszące zapachy otacza lekkie, białe kwiecie oraz cenne aromaty drzewne... Zawiera czyste, naturalne olejki eteryczne z Amyris oraz Cedru.

Czas palenia: 45 - 50 godzin.



Taaaaa, mydełka też mi wpadły do koszyka. Ale o tym innym razem :DDD


Co myślicie o pachnących granulkach? No i jakie zapachy lubicie najbardziej? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.



środa, 10 kwietnia 2013

Który róż, jeśli już, czyli Maybelline Affinitone i Dream Touch


Dzisiaj proponuję Wam recenzję porównawczą dwóch róży Maybelline, prasowanego Affinitone 77 Rose i kremowego Dream Touch 04. Pamiętam, że bardzo Was zainteresowały, kiedy je wstępnie prezentowałam. Zapraszam!


Bezlitosnej krytyki nie będzie, choć ochów i achów też nie. Po prostu obu różom, mimo pewnych zalet, mam coś do zarzucenia.  Zwłaszcza Affinitone zalazł mi za skórę. 

Dlaczego? 

Może dlatego, że rozpadł się już po kilku dniach? Nie upadł, nawet nie opuścił toaletki, a jednak mechanizm opakowania po prostu rozleciał mi się w rękach.

Może dlatego, że jest tak słabo napigmentowany? Kolor na policzkach jest ledwo widoczny.

Może dlatego, że daje mocno pudrowy efekt? Żeby podkreślić policzki, trzeba go nałożyć naprawdę sporo.







Maybelline Affinitone 77 Rose,
bardzo jasny, chłodny odcień różu



Chcąc pokazać Wam jego odcień, musiałam kilkakrotnie konkretnie potrzeć go palcem, a i tak ledwo go widać. Żeby kolor wydobyć na policzkach, trzeba nałożyć go w kilku warstwach, co niestety niestety wygląda bardzo pudrowo (i z pewnością przekłada się na kiepską wydajność). Próby roztarcia kończą się zwykle starciem pigmentu. Bardzo, bardzo słabo jak na 25 zł, które trzeba za niego zapłacić. Ma szansę spodobać się jedynie dziewczynom o naprawdę jasnej cerze. No i właśnie mimo tych wszystkich oczywistych wad, nawet go polubiłam :))) Choć muszę się przy aplikacji trochę napracować, odpowiada mi jego subtelność i delikatność. Ale bierzcie poprawkę na to, że ja często zamiast różu nakładam na policzki różowawe rozświetlacze (właśnie w ten sposób zużyłam do zera Essence Famous flamingo, kojarzycie?), mam naprawdę jasną skórę. Także bladolice mogą zakup rozważyć (godząc się co prawda na toporne, plastikowe, zawodne opakowanie), całej reszcie odradzam! 


Dream Touch to zupełnie inna bajka. Słoiczek jest solidny i nawet ładny. W środku kryje się aksamitnie kremowy róż, miękki, plastyczny i nieźle napigmentowany. Co więc z kolei w nim mi przeszkadza?

Może to, że kremowa formuła wymusza nakładanie go bezpośrednio na podkład? Nie mam pomysłu jak go utrwalić, przypudrowanie nie wchodzi w grę, bo zniszczyłoby to cały efekt.

Może to, że nie utrwalony ma tendencję do znikania w ciągu dnia? 

Może to, że muszę pamiętać, by nakładać go hojnie? Po jakimś czasie i tak blednie.







Maybelline Dream Touch 04
ciepły odcień przybrudzonego różu



Pierwszy raz mam do czynienia z taką formułą różu i muszę przyznać, że niełatwo zmienić nawyki. Jakoś tak mam już w głowie utrwalone (pisałam o tym wczoraj na FB :D), że nakładam podkład, który od razu przypudrowuję. Chcąc użyć kremowego różu, nie mogę tego zrobić. Po aplikacji różu też nie za bardzo mogę sięgnąć po puder, przecież nie przykryję tego pięknego rumieńca, który właśnie wyczarowałam! A trzeba przyznać, że rumieniec faktycznie jest piękny. Wygląda tak naturalnie, że można się nabrać. Co z tego, kiedy niczym nie utrwalony ma tendencję do znikania z biegiem godzin? ... Być może jakimś rozwiązaniem byłby fixer w płynie, ja niestety niczego takiego nie mam. I choć Touch Blush generalnie bardzo mi się spodobał, uważam, że nie jest to produkt dla cer z tendencją do przetłuszczania. Polecam go raczej dziewczynom ze skórą normalną, czy wręcz suchą. Warto zainwestować te 33 zł, które kosztuje. Żadnym różem w pudrze nie uzyskacie tak naturalnego, promiennego efektu.


Na koniec słocze, z lewej strony Dream Touch, z prawej ledwie widoczny Affinitone.






Myślę, że w tym zestawieniu bezsprzecznie wygrywa kremowy Dream Touch, aczkolwiek ja mimo wszystko dla siebie wolę Affinitone. 


Wpadł Wam któryś w oko? A może miałyście już z nimi do czynienia? Co o nich myślicie? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami.

Buziaki,
Cammie.