beauty & lifestyle blog

piątek, 31 maja 2013

Laureat i pretendent, czyli odkrycia maja

Maj powoli odchodzi w przeszłość, pora więc na odkrycia miesiąca. Fajerwerków może nie było, ale dwa produkty na pewno zasługują na swoje pięć minut. Jeden jako laureat w tym comiesięcznym rankingu, drugi raczej jako pretendent do zaszczytnego tytułu odkrycia.


Nagrodę główną, czyli status odkrycia maja zgarnia krem do rąk Isana z masłem shea i kakaoNie wiem, jak to się stało, ale nie miałam pojęcia, że w ogóle jest w ofercie, natknęłam się na niego przez przypadek kilka tygodni temu, robiąc zakupy z myślą o powrocie do pracy. Bardzo lubię krem do ciała z tej serii, także zdecydowałam się na niego w tej samej chwili, w której go zauważyłam. Dobra decyzja!






Isana krem do rąk masło shea i kakao został opracowany specjalnie do pielęgnacji suchej skóry dłoni. Bogata formuła pielęgnująca z masłem kakaowym, masłem shea i gliceryną intensywnie rozpieszcza dłonie. Dopełnieniem kompozycji pielęgnującej jest wysokowartościowy pantenol. Krem do rąk łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, nie pozostawiając na skórze klejącej się warstewki.


Świetny jest! Nawilża i wygładza dłonie, skutecznie łagodzi wszelkie podrażnienia, w dodatku pięknie pachnie, jak słodkie kakao. Głównie dzięki zapachowi mam dla tego kremu tyle sympatii, choć oczywiście nie tylko. Jest dość treściwy (w konsystencji i we właściwościach przypomina mi krem oliwkowy tej samej marki), ale aplikacja nie jest uciążliwa, żadnego mozolnego wcierania, żadnej tłustej powłoki. Cena też jest zachęcająca (dokładnie nie pamiętam, ale coś około 4 złotych). Używam tego kremu już od kilku tygodni i śmiało mogę powiedzieć, że nie dostrzegam w nim wad, zdecydowanie zasługuje więc na miano odkrycia miesiąca. Martwi mnie jedynie to, że pochodzi z edycji limitowanej i nie wiem, jak długo jeszcze będzie w sprzedaży. 



Drugi z wytypowanych w maju produktów kupiłam zaledwie kilka dni temu i choć urzekł mnie od pierwszej aplikacji, to jednak było to tak niedawno, że może być najwyżej pretendentem do tytułu odkrycia miesiąca. Za słabo się jeszcze znamy ;))) Mowa o korektorze  L'Oreal Perfect Match.






Korektor z popularnej serii True Match, dopasowuje się do koloru oraz struktury skóry. Dzięki zawartości Opti - Match świetnie wyrównuje kolor skóry, ukrywa niedoskonałości oraz cienie pod oczami. Produkowany jest w 9 odcieniach - po 3 odcienie dla każdego rodzaju skóry (ciepły, neutralny i chłodny). Nie wysusza. Beztłuszczowa formuła.


Chcąc skorzystać z atrakcyjnej zniżki w Rossmannie, rozglądałam się za korektorem pod oczy i mój wybór padł ostatecznie na Perfect Match. Przekonał mnie jaśniutki odcień beżu z wyraźnymi żółtymi tonami oraz lekka formuła. Już po pierwszych testach wiedziałam, że dobrze wydałam pieniądze (regularna cena to około 30 zł, ja skorzystałam z 40% rabatu). Korektor zaskakująco dobrze kryje, nie obciążając przy tym delikatnej skóry wokół oczu i nie włażąc z zmarszczki, co dla mnie powoli zaczyna już mieć znaczenie. Co więcej okazało, się, że pięknie odbija światło, dając efekt, o jaki zawsze mi chodzi przy maskowaniu cieni. Jestem bardzo zadowolona z zakupu i nic nie zapowiada, żebym zmieniła zdanie. Może i słabo się znamy, ale czyż nie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia? :DDD


A co Was zachwyciło w ostatnim czasie? Czekam na Wasze komentarze! 


Buziaki,
Cammie.





środa, 29 maja 2013

Reo dusiciel, czyli małe mydełko o wielkiej mocy

Grudki? Wypryski? Przebarwienia? Nie znam nikogo, komu te problemy z cerą byłby zupełnie obce. Od czasu do czasu nawet najpiękniejsza, najzdrowsza skóra miewa gorszy okres. A moja niestety nie jest ani piękna, ani szczególnie zdrowa, więc walka o poprawę jej stanu jest dla mnie niestety na porządku dziennym. Staram się głównie o rozjaśnienie przebarwień, o czym zresztą wielokrotnie Wam pisałam, wspominając, że ze względu na karmienie piersią nie mogę sięgać po mocne, a tym samym najskuteczniejsze środki. Eksperymentuję więc z łagodniejszymi metodami. 

Parę miesięcy temu, po entuzjastycznej recenzji Picoli, skusiłam się na zestaw rozjaśniający koloryt cery Reo, składający się z kremu i mydełka ---> KLIK. Dziś chciałabym opisać Wam działanie mydła, muszę przyznać, że bardzo je polubiłam. Recenzji kremu nie ma i nie będzie, już po kilku aplikacjach wiedziałam, że robi mi krzywdę, zanieczyszczając i zapychając pory, poleciał więc do śmieci. Strata niewielka, zestaw kosztował raptem 12 złotych (allegro), za samo mydełko, znając już jego potencjał, byłabym w stanie zapłacić więcej.






Za co polubiłam mydło Reo? Uprzedzę Wasze pytanie: nie, nie usunęło moich przebarwień. Nie rozjaśniło ich nawet. Być może w duecie z kremem byłoby pod tym względem skuteczniejsze, ale tego już nie sprawdzę, nie chcę mieć z tym mazidłem więcej nic wspólnego. Za to mydełko planuję kupić ponownie!

Czym obroniło się w moich oczach? Okazało się, że trzyma w ryzach stan cery, dusząc zmiany skórne w zarodku. Reo dusiciel :DDD Wielokrotnie zauważyłam, że wyprysk, który potencjalnie mógł rozwinąć się w bolesny i widoczny stan zapalny, potraktowany mydłem Reo w przeciągu kilku godzin po prostu znikał. Pod tym względem mydełko okazało się niezawodne. Przebarwienia jak były, tak są, ale poza tym stan cery mam pod kontrolą, większe wypryski pojawiają się naprawdę sporadycznie.

Zgodnie z opisem na opakowaniu Reo zawiera antybakteryjny olejek z drzewa herbacianego oraz przyspieszający proces gojenia bisabol, pewnie tym właśnie składnikom mydełko zawdzięcza swoją skuteczność. Kluczem do sukcesu jest też pewnie regularność stosowania, ja sięgałam po nie dwa razy dziennie, oczyszczając nim twarz rano i wieczorem. Okazało się w dodatku niezwykle wydajne, kostka ważąca zaledwie 25 gramów wystarczyła mi na niemal trzy miesiące! Świetny wynik, prawda?


Mydło Reo nie jest lekiem na całe zło, nie jest uniwersalnym środkiem na trądzik i towarzyszące mu zwykle problemy, ale na pewno może być uzupełnieniem kuracji przeciwtrądzikowej lub jak w moim przypadku kosmetykiem pozwalającym utrzymać akceptowalny status quo. Eksperyment uznaję za udany, choć celu, czyli rozjaśnienia przebarwień, nie osiągnęłam. Ale i tak wyszłam na plus, odkryłam bowiem niedrogi i skuteczny oczyszczacz do codziennego stosowania. Mam co prawda teraz ochotę na jakąś zmianę w pielęgnacji, ale za kilka miesięcy pewnie do Reo wrócę. 


Wiem, że Reo nie jest marką popularną, ale może ktoś z Was miał do czynienia z jej produktami? Podzielcie się, proszę, swoimi doświadczeniami. Każda uwaga będzie cenna! 


Buziaki,
Cammie.



Do końca
urodzinowego rozdania
już tylko dwa dni!
Zagraj o zestaw kosmetyków Maybelline
o wartości 200 złotych!




poniedziałek, 27 maja 2013

Kreska musi być, czyli o linerach Maybelline

Niedawno na FB jedna z Was zapytała mnie, czy znam jakiś godny polecenia liner, co uświadomiło mi, że ciągle jeszcze nie wypowiedziałam się na temat Maybelline Master Precise Liquid Liner i Maybelline Lasting Drama Gel Liner, które to prezentowałam Wam wstępnie już naprawdę ładny kawałek czasu temu ---> KLIK. A tak się składa, że w zasadzie oba mogę polecić! Także nie odkładam już tego na później i zapraszam na recenzję porównawczą :)))


Liner żelowy Maybelline doczekał się wielu pochlebnych opinii, mam wrażenie, że zyskał sporą popularność, natomiast trudniej trafić na recenzje linera w pisaku. Pozwólcie, że właśnie od niego zacznę.


Master Precise, jak sama nazwa wskazuje, to niezwykle precyzyjny (spójrzcie na tę końcówkę!), a przy tym nadspodziewanie łatwy w obsłudze czarny liner, którym namalować można dowolnej grubości kreskę, od cieniutkiej, ledwie widocznej do grubej, mocno zaakcentowanej.






Dla kobiet, które potrzebują ostrzejszej linii kreski. Precyzyjna aplikacja i wyrazisty kolor dzięki bogactwu pigmentów, zawartości nylonu oraz kremowej konsystencji. Idealną aplikację umożliwia bardzo cienka końcówka o grubości 0,4 mm. Efekt to dealnie zdefiniowane oko, widocznie podkreślone spojrzenie. Nie rozmazuje się, posiada 24 - godzinną trwałość.


Linery w pisaku uchodzą za najłatwiejsze w aplikacji, bo łatwo nimi stabilnie pociągnąć kreskę, niemal jak długopisem. Miałam do czynienia z wieloma i muszę przyznać, że nie zawsze jest to prawda. Wiele zależy od końcówki, od tego, jak układa się relacja między jej elastycznością a sztywnością. Posłużę się przykładem. Miękka, poddająca się najlżejszemu ruchowi dłoni końcówka w linerze Bell sprawiała, że kreska nigdy nie wyglądała perfekcyjnie, podobnie było w przypadku twardej końcówki linera P2, która z kolei kompletnie nie reagowała na próby stopniowania efektu. Muszę przyznać, że Master Precise pod tym względem przyjemnie mnie zaskoczył. Ten niepozorny pisaczek pozwala błyskawicznie (na tę chwilę niczym innym nie potrafię podkreślić oka tak szybko i bez poprawek) i niezwykle dokładnie namalować każdą kreskę, i taką podstawową, codzienną i fantazyjną, mocno wyrysowaną. Jest trwały, nie rozmazuje się i nie odbija z biegiem godzin (wiem, co mówię, mam opadające powieki). Jedyne, do czego można by się przyczepić, to fakt, że czerń, jaką daje, nie jest bardzo głęboka. Dla mnie jednak nie jest to wada, taka nienasycona czerń lepiej sprawdza się w makijażu dziennym. Ale jeśli zwracacie na to jakąś szczególną uwagę, może Wam to przeszkadzać. Dla mnie w każdym razie to w ogóle nie jest problem. Serdecznie Wam ten liner polecam, kosztuje około 20 złotych i bardzo, bardzo upraszcza malowanie kresek. Liner idealny dla wiecznie spieszących się bądź dla uczących się podkreślania oczu kreskami.


Kolejną propozycją Maybelline jest Lasting Drama Gel Liner, czyli wyposażony w pędzelek żelowy eyeliner w słoiczku. 






Nowy Eye Studio Lasting Drama Gel Liner zapewnia więcej intensywności niż liner w płynie, więcej efektu koloru niż w przypadku linera z końcówką flamastra, precyzję jaką zapewnia zastosowanie pędzelka, trwałość przez 24 godziny, 100% wodoodporność. W przeciwieństwie do zwyczajnych linerów, które ulegają działaniu oleju i wody, nowy Gel Liner jest w 100% wodoodporny i nie rozmazuje się, zapewniając prawdziwie teatralny efekt. Produkt nie zawiera olejków, dzięki czemu utrzymuje się przez 24 godziny.


Wow, co za głębia koloru! Najmocniejsza czerń, jaką widziałam. W tym punkcie obietnice producenta są stuprocentowo spełnione. Kreski namalowane tym żelem są po prostu kruczoczarne, mocne i wyraziste. I faktycznie nie do zdarcia. Trwałość w ciągu dnia jest bezdyskusyjna, gorzej, że trzeba się naprawdę napracować przy demakijażu. Osoby o wrażliwych oczach powinny być ostrożne, bo pozbycie się Lasting Drama z powiek wymaga silnych środków i zdecydowanych ruchów. Coś za coś. Bo w zamian mamy przepięknie podkreślone oczy. Co ciekawe, dołączony do zestawu pędzelek, choć pięciu złotych bym na pierwszy rzut oka za niego nie dała (nie przypomina typowych, równo przyciętych pędzli do linera), okazał się naprawdę fajny i nadspodziewanie precyzyjny. Kreska wymalowana nim co prawda nigdy nie będzie tak cieniutka jak ta robiona opisywanym wyżej flamastrem, ale o tak zwaną "jaskółkę" nie ma się co martwić, spokojnie można nadać jej ulubiony kształt. Poza tym zawsze można sięgnąć po jakiś inny, bardziej tradycyjny pędzelek, w sumie i tak najważniejsza jest jakość żelu, a tej nie można niczego zarzucić. Liner jest fantastycznie napigmentowany, trwały i wydajny, nic nie wskazuje też na to, żeby przedwcześnie miał wyschnąć. Cóż mi pozostaje, polecam! Warto wydać na niego tych dwadzieścia kilka złotych.


Na koniec mam dla Was kolorystyczne porównanie obu linerów. Pociągnęłam grube krechy, żeby kolory były dobrze widoczne. Po lewej delikatny odcień czerni Master Precise, po prawej nasycona czerń Lasting Drama.






Bardzo udane produkty, oba, choć wydaje mi się, że liner żelowy wymaga bardziej wprawnej ręki, bo łatwiej z nim przesadzić. Niewątpliwie jednak jeden i drugi zasługuje na uznanie. Naprawdę nie wiem, czy na tej półce cenowej znaleźć można coś lepszego.


Miałyście z tymi linerami do czynienia? Co o nich myślicie? Podzielacie moje zachwyty, czy niekoniecznie? Jeśli macie ochotę dodać coś do moich recenzji, śmiało. A może w ogóle nie malujecie kresek? Eeeee, to chyba niemożliwe :DDD Jak dla mnie, kreska musi być! 


Buziaki,
Cammie.



Przypominam
o urodzinowym rozdaniu!




sobota, 25 maja 2013

Fałszywa skromnisia, czyli Essie Demure Vixen

Hej! Jak Wam mija weekend? Mnie bardzo sentymentalnie, właśnie dziś moja mała córeczka kończy rok (kiedy to zleciało???). Co prawda świętowaliśmy hucznie już tydzień temu, ale i dzisiejszy dzień ze zrozumiałych względów był dla mnie świąteczny. Ale żadnego świątecznego wpisu dla Was nie mam. Pokażę Wam po prostu kolejnego essiaka, wspomnienia i wzruszenia zachowując dla siebie. 

Demure Vixen to klasyk, jeden z popularniejszych odcieni Essie. Pozornie stonowany i nieco nudny, w odpowiednim oświetleniu pokazuje swoje prawdziwe, dużo ciekawsze oblicze. Trudno opisać go w kilku słowach, ale chyba nie popełnię błędu, określając go jako jasny pudrowy fiolet opalizujący na  wściekły róż. Spójrzcie, pierwsze zdjęcie nawet dobrze to oddaje.






Różowa poświata widoczna jest tylko w ostrym świetle i pod odpowiednim kątem, w zwykłych warunkach lakier prezentuje się schludnie i grzecznie.






Nie jest to mój ulubiony essiak, zdecydowanie wolę bardziej nasycone kolory, ale muszę przyznać, że Demure Vixen coś w sobie ma. Sięgam po niego, kiedy z jakichś powodów mój mani nie może za bardzo rzucać się w oczy. 


1. Dostępność - 1 (Super-Pharm, Hebe, internet).
2. Cena - 0 (w Polsce 35 zł, sporo, biorąc pod uwagę, o ile taniej można go upolować w sieci).
3. Kolor - 1 (niby nudny, a jednak wielowymiarowy, do czego kluczem jest światło).
4. Aplikacja - 1 (łatwa, jak chyba w przypadku większości opalizujących lakierów, które najczęściej bywają bezproblemowe).
5. Pędzelek - 1 (mój egzemplarz wyposażony jest akurat w wąski pędzelek, ale jak nie raz już Wam pisałam, w przypadku Essie to dla mnie bez znaczenia, jedną i drugą wersją maluje mi się tak samo wygodnie, pędzelki Essie są dobrze przycięte i mają świetne proporcje).
6. Krycie - 0 (po dwóch warstwach przyzwoite, ale nie perfekcyjne; to również jest typowe dla opalizujących, zwykle dość przejrzystych lakierów).
7. Wysychanie - 1 (bardzo szybkie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Golden Rose Gel Look Top Coat) - 1 (wzorowa).
9. Trwałość - 1 (do pięciu dni).
10. Zmywanie - 1 (błyskawiczne).

Moja ocena: 8/10.


Jak Wam się podoba ta skromnisia? Fałszywa skromnisia, dodam, bo rzeczywiście, jak sugeruje nazwa, przez ten opalizujący róż od czasu do czasu wychodzi z niej charakterek. Fakt jest jednak faktem, że najczęściej prezentuje się grzeczniutko, dając uniwersalny, delikatny efekt. Szczerze mówiąc, dla mnie chyba aż za delikatny ...

Dajcie znać, co o Demure Vixen myślicie, ciekawa jestem Waszego zdania!


Buziaki, 
Cammie.



Już tylko kilka dni do końca
urodzinowego rozdania,
nie przegap!




czwartek, 23 maja 2013

Pragnienia i potrzeby, czyli ekstra zniżka!

Jestem przekonana, że większość z Was na tę cudną nowinę już gdzieś się natknęła, ale pozwólcie, że i tak o tym napiszę, żeby nikomu nie umknęło. Bo okazja doprawdy zacna! Dziś w sieci Rossmann wystartowała akcja promocyjna dająca 40% zniżki na kolorówkę i pielęgnację twarzy!






Promocja trwa do 29 maja, ale podejrzewam, że przy tak atrakcyjnych rabatach półki szybko zostaną przetrzebione. Także biegiem do najbliższego Rossmanna!

Będę polować na Rimmel Wake Me Up (choć szczerze mówiąc obawiam się, że najjaśniejszy odcień i tak okaże się dla mnie za ciemny ... zobaczymy) i na jakiś fajny korektor pod oczy (może coś polecicie?), ale coś czuję, że na tym się nie skończy :DDD A Wy? Na co planujecie się skusić? Co by to nie było, udanych zakupów!


Buziaki, 
Cammie.





wtorek, 21 maja 2013

Pokrótce, czyli bułgarskie i estońskie dary natury

Hej, hej, hej! Macie chwilkę? Jeśli tak, to zapraszam na krótką prezentację kliku nowości, a tym samym zapowiedź recenzji, które za jakiś czas pojawią się na No to pięknie!

Po wcześniejszych świetnych doświadczeniach z marką Ikarov [KLIK], nie było trudno namówić mnie na dalsze eksplorowanie jej asortymentu. Tym razem zdecydowałam się na klasykę, czyli uniwersalny, wszechstronnie działający olej kokosowy, bogaty, dobroczynny olej arganowy i szlachetną, delikatną wodę różaną.






Jeśli nie zetknęłyście się jeszcze z produktami Ikarov, a lubicie naturalną pielęgnację, to polecam tę bułgarską markę Waszej szczególnej uwadze. Krótkie, w pełni naturalne składy, oparte o zimnotłoczone oleje pozyskiwane z owoców, nasion i orzechów oraz wyciągi z róży damasceńskiej i doskonała jakość, o czym miałam już okazję się przekonać. I coś mi mówi, że tylko upewnię się w tej opinii.


Jeśli zaś chodzi o markę JOIK, oferującą kosmetyki naturalne rodem z Estonii, to przyznam szczerze, że jest to dla mnie kompletna nowość, a tym samym zupełna niewiadoma. Licząc jednak na skuteczność i przyjemne doznania, zdecydowałam się na ekskluzywną czekoladową maseczkę do zmęczonej i zestresowanej cery, nawilżający olejek do ciała z cytryną i bergamotką oraz peelingi do ciała na bazie kawy, brązowego cukru i płatków owsianych.






Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że wszystkie produkty obłędnie pachną i już tylko za to jestem gotowa piać z zachwytu. Biorąc jeszcze pod uwagę, że mają świetne składy, a niektóre są ręcznie robione, to już w ogóle jestem dobrej myśli i przyjmuję to wszystko za dobrą wróżbę. Mam nadzieję, że wrócę do tematu wyłącznie z pozytywnymi recenzjami.


Napiszcie, czy ktoś z Was miał już do czynienia z produktami Ikarov lub JOIK. Co macie na ich temat do powiedzenia?


Dociekliwych odsyłam na stronę dystrybutora  ---> naturpolska.pl,
a tymczasem całuję,
Cammie.



niedziela, 19 maja 2013

Co by tu zjeść, czyli pomysł na zdrową przekąskę

Witajcie! Wpadam dziś z takim luźnym postem, chcąc podzielić się z Wami moim niedawnym odkryciem.

Część z Was pewnie wie, że dwa tygodnie temu, po roku opieki nad dzieckiem, na dobre wróciłam do pracy. I znowu codziennie mniej więcej o trzynastej zaczął pojawiać się problem pod tytułem "co by tu zjeść?" :DDD Staram się urozmaicać sobie swoje pracowe menu, zawsze mam ze sobą jakieś smaczne śniadanie, ale jeśli chodzi o przekąski, to czasami pomysłu / czasu / chęci (niepotrzebne skreślić :D) na przygotowanie czegoś sensownego po prostu brak i wtedy zwykle sięgam po żelazne zapasy zgromadzone w służbowym biurku (służbowej lodówce nie ufam, jedzenie ginie tam jak w czarnej dziurze ...), najczęściej jakąś macę albo ryżowe wafle. Oczywiście po tak długiej przerwie musiałam zaopatrzyć się na nowo. I wiecie co znalazłam w tesco, kręcąc się wokół półek ze "styropianem" i "paszą dla koni", jak prześmiewczo nazywają moje przegryzki koledzy? Fantastycznie porcjowane miksy nasion, orzechów i suszonych owoców!






Świetny pomysł! Opakowania są niewielkie (od 90 do 150 g, w zależności od zawartości), w sam raz na przekąskę, za to pełne wszelkiego dobra i to w różnych kombinacjach. Na zdjęciu widzicie mieszanki migdałów, orzechów nerkowca i suszonej żurawiny, rodzynek, suszonej żurawiny, nasion dyni i płatków kokosa oraz rodzynek, migdałów, nasion słonecznika i dyni (na fotkę nie załapały się orzechy laskowe z migdałami i suszonymi wiśniami, zeżarłam!), a widziałam co najmniej jeszcze ze trzy inne zestawienia, żadne nie droższe niż 6-7 zł.

Jeśli potrzebujecie w ciągu dnia przegryźć coś między posiłkami, to koniecznie rozejrzyjcie się po tesco, może akurat traficie na swoją mieszankę idealną? Na pewno lepszą i zdrowszą niż kolejny batonik. Nie demonizuję czekolady, ale prawda jest taka, że gdybym jadła ją za każdym razem, kiedy o niej pomyślę, to wyglądałabym pewnie jak szafa gdańska trzydrzwiowa :DDD A po takiej porcji orzechów i nasion wyrzutów sumienia nie mam, wręcz przeciwnie, mam poczucie, że zjadłam coś wartościowego.

Jakie są Wasze ulubione przekąski, co zabieracie ze sobą do pracy czy do szkoły? Przyznawać się, łakomczuchy! :PPP


Buziaki,
Cammie.




czwartek, 16 maja 2013

Little Hotties, czyli kolorowe pachnidełka Bomb Cosmetics

Pisałam Wam, że mam fioła na punkcie Aromatelli? Pisałam, na pewno pisałam. Z miejsca mogłabym wykupić tam chyba pół asortymentu. Łasa jestem zwłaszcza na nowości. Do wosków Little Hotties Bomb Cosmetics, które pojawiły się w sprzedaży kilka dni temu, też od razu zaświeciły mi się oczy. No i "się kliknęło" :DDD

Obsługa jak zwykle na piątkę, przesyłka już jest u mnie. Urocze, kolorowe woski do kompletu z nowym białym kominkiem. Idealny zestaw do mojej sypialni. Już sobie wyobrażam te relaksujące, pachnące wieczory!






Little Hotties to całkiem nowe doświadczenie zapachowe. Każdy z tych mini wosków jest wytwarzany ręcznie i wypełniany aromatem po same brzegi. Dzięki temu stworzysz intensywny i długotrwały zapach dla swojego domu oraz wyczarujesz nieograniczoną ilość własnych pachnących kompozycji. Możesz wybierać spośród ponad 42 zapachów!

Mini wosków używa się w kominku zapachowym, podgrzewając je świeczką tealight. 

Do kominka możesz włożyć jeden wosk, ale największa zabawa rozpoczyna się, gdy połączysz ze sobą 2, 3 lub nawet 4 Little Hotties, by stworzyć całkiem nową, unikalną kombinację!












To zabawne, jak maleńkie są te woski. Przyzwyczajona do rozmiarów Yankee Candle, byłam nieco zaskoczona, kiedy po otwarciu pudełka moim oczom ukazały się drobiazgi o wielkości pięciozłotówki. Jakże urocze! Kolorowe krążki, kwiatki i gwiazdki. 

Zamówiłam duży zestaw składający się z 35 wosków (kosztuje 35 zł, dostępny jest też pakiet próbny za 10 zł). Świetne jest to, że komponuje się go osobiście, według własnych upodobań, wybierając spośród 42 zapachów. Ja postawiłam na nuty cytrusowe (między innymi czekoladowa pomarańcza), słodkie (na przykład ciasteczko) i świeże (bawełna). Ogromnie podoba mi się pomysł, że Little Hotties można dowolnie ze sobą łączyć, korzystając z podpowiedzi producenta, podsuwającego gotowe propozycje lub tworząc własne niepowtarzalne kompozycje zapachowe. Super sprawa! Wspaniała zabawa zapachami, w której ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. 

Nie wiem jeszcze, jak z wydajnością tych wosków, ale trzymam się myśli, że na Bomb Cosmetics jeszcze nigdy się nie zawiodłam i mam nadzieję, że nie stanie się tak i tym razem.

Dobra, lecę zmieszać Fresh Cotton i Oceanic Wave!


Buziaki,
Cammie.



Zapraszam do udziału
w urodzinowym rozdaniu!



wtorek, 14 maja 2013

Landryneczka, czyli Essie Cute as a button

Paznokcie jak słodkie guziczki? Tylko z Essie Cute as a button! Wiecie, co myślę? Że rzadko kiedy nazwa tak dobrze oddaje charakter lakieru. Cute as a button, śliczny koralowy róż, jest naprawdę uroczy. Landryneczka!






To mój jedyny essiak z szerokim pędzelkiem. Zwykle poluję na Essie na ebay, tam trafiam na najatrakcyjniejsze okazje, ale Cute as a button kupiłam w Super-Pharm, na fali radości po wprowadzeniu marki do Polski. Szybko stał się moim ulubieńcem :)))


1. Dostępność - 1 (Super-Pharm, Hebe, interent).
2. Cena - 0 (polska cena to 35 zł, zdecydowanie bardziej opłaca się szukać okazji w internecie).
3. Kolor - 1 (słodki, żywy koral).
4. Aplikacja - 1 (bajecznie łatwa, lakier świetnie się rozprowadza, nie zalewając skórek).
5. Pędzelek - 1 (ten konkretny egzemplarz ma pędzelek szeroki, bardzo chwalony, mnie też odpowiada, ale szczerze mówiąc i do tych wąskich nie mam żadnych zastrzeżeń).
6. Krycie - 1 (standardowe, pełne krycie po dwóch warstwach).
7. Wysychanie - 1 (szybkie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure, Golden Rose Gel Look Top Coat) - 1 (bez zastrzeżeń, zero smużenia czy bąbelkowania).
9. Trwałość - 1 (genialna, 5 dni).
10. Zmywanie - 1 (bezproblemowe).

Moja ocena: 9/10.


Bardzo, bardzo lubię ten lakier. Widać to chyba zresztą na zdjęciu, buteleczka jest już do połowy opróżniona. Podoba mi się na tyle, że pewnie kupię go ponownie, kiedy przyjdzie czas. I coś mi mówi, że stanie się to dość szybko!


Jak Wam się podoba ten cukiereczek? Mam nadzieję, że lubicie landrynki :DDD


Buziaki,
Cammie.



Nie przegapcie urodzinowego rozdania!
Do zgarnięcia zestaw kosmetyków Maybelline
o wartości 200 zł.



niedziela, 12 maja 2013

Makijaż nie dla każdego, czyli dziewczyna z różowymi brwiami

W każdym sezonie pojawiają się jakieś trendy makijażowe, które choć zachwycają i intrygują na wybiegach, jakoś nie mogą z tego świata wielkiej mody przedrzeć się na ulice. Za odważne? Zbyt szokujące? Za bardzo rzucające się w oczy? Prawdopodobnie wszystko naraz. To, co świetnie prezentuje się na modelce w czasie pokazu czy na zdjęciach sesyjnych, niekoniecznie musi sprawdzać się w zwykłym życiu. Bo niektóre makijaże po prostu trzeba umieć nosić. Tak jak dziewczyna z różowymi brwiami, którą widziałam niedawno na krakowskim Kazimierzu. Wyglądała przedziwnie, a jednocześnie wspaniale. Nie mogłam oderwać od niej wzroku! Gładko związane jasne włosy, blada twarz, nie podkreślone niczym oczy i te kolorowe brwi! Efekt piorunujący.

Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że kolorowe, pastelowe brwi, to pomysł domu mody Balenciaga na sezon jesień / zima 2010 roku. Pokażę Wam kilka ujęć z tamtego pokazu. Na pierwszym zdjęciu Sasha Pivovarova z różowymi brwiami, którymi tamta krakowska dziewczyna z pewnością musiała się inspirować.















Zdecydowanie nie jest to klasyka, zdecydowanie nie jest to propozycja dla każdego. Mało która kobieta umiałaby nosić taki makijaż z naturalną swobodą, nie wzbudzając taniej sensacji, prawda? Gdybym tamtej dziewczyny z różowymi brwiami nie widziała na własne oczy, pewnie byłabym przekonana, że w żadnym wypadku nie jest to trend, który ma szansę wyglądać dobrze na ulicy. Ale widziałam. I mówię Wam, wyglądało to dobrze. Dziwnie, ale cholernie dobrze!

Sama nigdy nie zdecydowałabym się na taki makijaż, wiem, że wyglądałabym karykaturalnie i nie czułabym się swobodnie. Nie ten typ urody, nie te lata, nie ten temperament. Ale podziwiam kobiety, które umiejętnie potrafią bawić się makijażem, stawiając na oryginalność, zachowując jednak przy tym umiar i nie narażając się na śmieszność.

Co myślicie o kolorowych brwiach? I w ogóle o makijażowych eksperymentach? Gdzie według Was przebiega granica pomiędzy światem wielkiej mody a ulicą? Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna śmieszność? Pogadajmy!


Całuję,
Cammie.


Gorąco zachęcam Was do udziału
w urodzinowym rozdaniu!
Do wygrania zestaw kosmetyków Maybelline
o wartości 200 zł.




piątek, 10 maja 2013

Prezent dla Was, czyli trzecie urodziny No to pięknie!

Kochani! No to pięknie! obchodzi dziś trzecie urodziny! Pisząc pierwszego posta nie sądziłam, że blogowanie będzie sprawiało mi tyle frajdy i że starczy mi zapału na tak długo. Chcąc podziękować Wam za trzy wspólne lata, serdecznie zapraszam na urodzinowe rozdanie. Doskonale wiem, że bez Was, Waszych odwiedzin i Waszych komentarzy, tego miejsca w sieci dawno by już nie było! 



URODZINOWY PREZENT DLA WAS!

ZESTAW KOSMETYKÓW MAYBELLINE
O WARTOŚCI 200 ZŁ






AFFINITONE 24h
wodoodporny puder w odcieniu 21 Beige Dore

ROCKET VOLUM' EXPRESS
wodoodporna czarna maskara

COLORSENSATIONAL SHINE GLOSS
trzy błyszczyki w odcieniach 550 Gleaming Grenadine, 460 Electric Orange i 150 Pink Shock

COLORAMA
lakier w odcieniu nr 180

DIAMOND GLOW EYESTUDIO
paletka cieni nr 05 Forest Drama

BIG EYES EYESTUDIO
paletka cieni nr 05 Luminous Purple



Jak zagrać o ten kolorowy zestaw? Wystarczy publicznie obserwować No to pięknie!, a w komentarzu pod tym postem odpowiedzieć na pytanie:

Ile łącznie komentarzy pojawiło się (do dziś, 10 maja, do godziny 18.00) pod wszystkimi postami opublikowanymi na No to pięknie! od początku istnienia bloga?

Wygra osoba, która udzieli najtrafniejszej odpowiedzi (celnej lub najbliższej prawdy). Jeśli padnie więcej niż jedna prawidłowa odpowiedź, zwycięzcę wyłonię w drodze losowania. Podpowiem jedynie, że liczyć trzeba w dziesiątkach tysięcy. Zgadujcie :DDD Macie czas od dziś do końca maja. Trzymam kciuki, powodzenia!


Całuję Was,
jeszcze raz dziękując za Waszą obecność
i morze serdeczności,
jakiej od Was doświadczam,

Cammie.



środa, 8 maja 2013

Zbaczając z utartej ścieżki, czyli fajny szampon i jeszcze fajniejsza odżywka :)))

To zabawne, jak czasami uparcie trzymamy się swoich przyzwyczajeń. Klientką Yves Rocher jestem od wielu, wielu lat, a tak naprawdę asortyment marki znam wybiórczo. Dlaczego? Bo ciągle kupuję to samo! I tak jak regularnie do mojego koszyka wpadają mydła, preparaty do demakijażu, wody toaletowe czy antyperspiranty, tak pomijając płukankę octową nigdy przenigdy nie spojrzałam nawet na produkty do włosów. W sumie nie rozumiem, jak to się stało, bo generalnie uwielbiam ciągle sięgać po coś nowego. Po prostu tak wyszło. W każdym razie teraz mogę tego tylko żałować, bo jak już w końcu trafiły w moje ręce, tak z miejsca się w nich zakochałam. Zwłaszcza w odżywce!

Ostatnie tygodnie upłynęły mi pod znakiem szamponu przywracającego blask z wyciągiem z nagietka oraz odżywki odbudowującej z olejkiem jojoba. Wyciśnięte do ostatniej kropelki!






Szampon przywracający blask z wyciągiem z nagietka, odpowiedni dla każdego rodzaju włosów.

Nagietek pochodzący z krajów śródziemnomorskich, tradycyjnie stosowany jest ze względu na swoje właściwości łagodzące. Nagietek pochodzący z ekologicznych upraw w La Gacilly ma właściwości łagodzące i przywracające włosom blask.

98% składników pochodzenia naturalnego. Składniki pochodzenia roślinnego: nagietek bio, baza myjąca pochodzenia roślinnego. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Bez silikonu, bez sztucznych barwników. Bez parabenów.

300 ml / 11,90 zł


Odżywka odbudowująca z olejkiem jojoba.

« Złoto pustyni », powszechnie nazywany jojoba, zaskakuje swoim bogactwem. Jego olejek, pozyskiwany z ziaren jojoba, ma właściwości filmogenne i zapobiegające odwadnianiu, które pozwalają przeciwdziałać czynnikom zewnętrznym. Włosy są nie tylko chronione, ale także odżywione.

99% składników pochodzenia naturalnego. Formuła testowana pod kontrolą dermatologiczną. Składniki pochodzenia roślinnego: olejek jojoba bio, olejek ze słodkiego migdała. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Bez silikonu, bez sztucznych barwników. Bez parabenów.

150 ml / 11,90 zł



Świetne, świetne, świetne! Niezwykle łagodne, a przy tym skuteczne, na dodatek ślicznie pachnące. 

Szampon daje mnóstwo piany i doskonale oczyszcza włosy, szczególnie ich nawet nie plącząc. Pięknie pachnie, zapach przywodzi mi na myśl rozgrzaną słońcem łąkę. Idealny do częstego stosowania. Przyjazny skład pozwala sięgnąć po niego osobom nawet o wrażliwej skórze głowy.

Wiadomo jednak, szampon to szampon, grunt, żeby oczyszczał, to odżywka zwykle ma większe pole do popisu. A ta naprawdę się popisała! Dawno nie miałam do czynienia z czymś tak fajnym.

Tuba wydaje się niewielka, mieści zaledwie 150 ml, ale odżywka okazuje się tak gęsta, zwarta i treściwa, że momentalnie znikają wszelkie wątpliwości co do jej wydajności. Aksamitna, kremowa konsystencja jest bogatsza niż w przypadku niejednej maski. Nałożona na wilgotne włosy, momentalnie otula je ochronną, odżywczą warstwą, pięknie je wygładzając, nie obciążając jednak i nie przetłuszczając. Do tego ten zapach! Mocny, słodki i jakże relaksujący. 

Uwielbiam tę odżywkę! Przy najbliższej sposobności zrobię zapas. Co prawda oznaczona jest zielonym punktem, więc zwykle nie jest objęta żadnymi promocyjnymi zniżkami, ale szczerze mówiąc nie wydaje mi się, żeby 12 zł było ceną wygórowaną za taką jakość. Spróbujcie, jak nadarzy się okazja!


Też robicie zakupy takimi utartymi ścieżkami jak ja? Całe szczęście, że czasami jednak zbaczam z trasy, przestając kręcić się w kółko po własnych śladach  :DDD 


Buziaki,
Cammie.





wtorek, 7 maja 2013

Wrzucamy na luz, czyli różowe "niewiadomoco"

Porzucając wszelkie kontrowersje (choć dyskusja nadal się toczy, zapraszam KLIK i KLIK), popatrzmy sobie dla relaksu na coś różowego :))) Gdzieś kiedyś słyszałam, że różowy to stan umysłu i chyba coś w tym jest :DDD Także wrzucamy na luz, przedstawiam Essie Big Spender!






Tak jak zwykle nad Essie się zachwycam, tak tym razem niestety muszę trochę ponarzekać. Big Spender to chyba najsłabszy lakier tej marki, z jakim miałam do czynienia. Choć kolor sam w sobie piękny! Mocny i energetyczny. Szkoda tylko, że wbrew pozorom wcale nie taki znowu nasycony ...


1. Dostępność - 1 (Super-Pharm, Hebe, internet).
2. Cena - 0 (cena w Polsce to 35 zł, radzę szukać okazji na portalach aukcyjnych).
3. Kolor - 1 (energetyczny, intensywny róż).
4. Aplikacja - 1 (niekłopotliwa).
5. Pędzelek - 1 (wersja z cienkim pędzelkiem, ja osobiście nie mam do niej zastrzeżeń, ale gwoli ścisłości dodam, że niektórzy zdecydowanie wolą te szersze).
6. Krycie - 0 (nie wiem, jak to się dzieje, ale mocny kolor z buteleczki na paznokciach gdzieś znika, potrzeba aż trzech warstw, żeby wydobyć jego potencjał).
7. Wysychanie - 1 (błyskawiczne, zwłaszcza że Big Spender jest dość rzadki, łatwo nałożyć go cienką, szybkoschnącą warstwą).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Golden Rose Gel Look Top Coat) - 1 (wzorowa).
9. Trwałość - 1 (jak to Essie, lakier nie do zdarcia, zmywam po pięciu dniach).
10. Zmywanie - 1 (bezproblemowe).

Moja ocena: 8/10.


Bardzo fajny, soczysty, kuszący róż, który jednak na paznokciach nie oddaje tego, co widzimy w buteleczce. Rzadka konsystencja, choć ułatwia aplikację, przekłada się niestety na kiepskie nasycenie koloru. Po dwóch warstwach lakier nadal jest przejrzysty, choć bez efektu żelkowego, który pewnie byłby do zaakceptowania. A tak mamy takie "niewiadomoco". Nawet nie o to chodzi, że smuży, bo nie smuży, po prostu prześwituje. Dopiero trzecia warstwa daje satysfakcjonujące krycie i wydobywa pełnię koloru. Oj, nie! Jak na Essie słabo!

Choć Big Spender bardzo mi się podoba, nie mam do niego serca przez to kiepskie nasycenie. Wam też radzę trzy razy się zastanowić, zanim ulegniecie jego różowemu urokowi. Ten lakier to najlepszy dowód na to, że nawet najlepszej marce może trafić się bubel. No dobra, w tym przypadku to może nie bubel (brawo za trwałość!), ale produkt słabszy, nie do końca dopracowany.


Może szału z tym essiakiem nie ma, ale przynajmniej na różowo rozluźniłam atmosferę ;))) OK, przyznaję, mam słabość do różowego, a Wy? :DDD


Buziaki,
Cammie.




poniedziałek, 6 maja 2013

Kontynuując temat, czyli ujma dla męskości?

Pozwólcie, że nawiążę jeszcze do ostatniego posta. Kwestia męskich kosmetyków kolorowych okazała się dość kontrowersyjna i wzbudziła spore zainteresowanie, także zdecydowałam się pociągnąć temat i pokazać Wam jeden z ostatnich youtubowych filmów Charlotte Tilbury, w którym zaprezentowała subtelny makijaż dla mężczyzn, w kilku prostych krokach osiągając zdrowy, wypielęgnowany, ale nie przerysowany look. 






Głębokie oczyszczenie i wygładzenie twarzy, wypeelingowanie i nawilżenie ust, odświeżenie spojrzenia kroplami do oczu i kremem, delikatne muśnięcie strategicznych miejsc emulsją brązującą, zakrycie korektorem cieni pod oczami i kilku wyprysków i tyle! Czy naprawdę tych kilka zabiegów ujęłoby facetom męskości? Nie wydaje mi się. Mniej więcej taki look miałam na myśli, pisząc ostatnio  o dbałości o wizerunek. Myślę, że większość facetów byłaby w stanie zaakceptować tych kilka kroków w codziennej rutynie (no, może z wyjątkiem bronzera, to już jednak wyższa szkoła jazdy), a ich otoczenie pewnie nawet nie domyśliłoby się, że sięgnęli rano po coś więcej niż szczoteczka do zębów i grzebień ;)))


Skoro już o Charlotte Tilbury mowa, to gorąco zachęcam Was do odwiedzenia jej kanału na You Tube ---> KLIK. Wprowadzona w jednym z filmów przez Lisę Eldridge, od jakiegoś czasu sama zaczęła nagrywać.






Charlotte jest znaną i uznaną makeup artist, współpracuje z najlepszymi fotografami, supermodelkami,  wieloma domami mody, magazynami, gwiazdami showbiznesu. Jej dorobek możecie poznać i obejrzeć na stronie charlottetilbury.com.

Na YouTube nie publikuje może często (szkoda!), ale zawsze są to filmy pełne treści, skupione na konkretnym temacie, nagrane w dobrej jakości, omówione piękną angielszczyzną. Wiele można się z nich nauczyć, także jeśli interesuje Was makeup, gorąco polecam jej kanał. Korzystajcie!


Co myślicie o propozycji Charlotte dla mężczyzn? Ja uważam, że jest minimalistyczna i w pełni akceptowalna. Ale oczywiście ciekawa jestem Waszego zdania!

Buziaki,
Cammie.



sobota, 4 maja 2013

Ostatni bastion, czyli kosmetyki kolorowe dla mężczyzn

Nie dziwią nas drogeryjne półki zastawione pielęgnacyjnymi kosmetykami dla mężczyzn, prawda? Szampony, kremy, balsamy, peelingi, maseczki, w sprzedaży pojawia się tego coraz więcej. A przeszlibyśmy tak obojętnie obok męskich kosmetyków do makijażu? Nie sądzę. Z tym jeszcze nie jesteśmy tak oswojeni. A przecież niektórzy panowie kolorówki używają na co dzień. I nie mam tu na myśli kosmetycznych freaków, którzy nic sobie nie robią z podziału na "męskie" i "damskie", pełnymi garściami czerpiąc z asortymentu dla kobiet, raczej facetów, którzy po kolorowe kosmetyki sięgają z dbałości o wizerunek. 






Wyższa półka już od jakiegoś czasu oferuje linie dla mężczyzn (chociażby Yves Saint Laurent czy Clinique), istnieją też marki wąsko wyspecjalizowane, sprzedające wyłącznie tego typu produkty (na przykład Menaji, KenMen czy The Men Pen). Są to najczęściej korektory, pudry matujące i bronzery, pozwalające zapanować nad najbardziej powszechnymi problemami z cerą, wypryskami, przebarwieniami czy przetłuszczającymi się partiami twarzy. Czyli raczej korekcja niż kreacja.

Pewnie niektórzy skłonni są kręcić nosem, że to takie niemęskie ... W naszej kulturze trudno przyznać panom prawo do produktów do niedawna zarezerwowanych wyłącznie dla kobiet. Ja tego tak nie widzę, kosmetyki dla mężczyzn postrzegam raczej jako narzędzie pozwalające panować im na wizerunkiem. Wszystko jest dla ludzi! Co ciekawe, rynek azjatycki zalany jest bb kremami dla mężczyzn i nikogo to tam nie bulwersuje. 


















Robi się trudniej, kiedy w grę zaczynają wchodzić produkty naprawdę KOLOROWE. Kiedy miejsce korekcji zajmuje jednak kreacja. Trudniej zaakceptować faceta stroszącego piórka uznawane dotąd za babskie, czyż nie? Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy ostatnio natknęłam się na kolorowe lakiery do paznokci dla mężczyzn. Nie odżywki, nie bezbarwne topy, jakie już od dawna są w sprzedaży, ale najprawdziwsze lakiery EvolutionMan. 






Nie powiem, szczęka mi opadła. Bo linia kolorowych lakierów dla mężczyzn oznacza, że pada chyba właśnie ostatni babski kosmetyczny bastion :DDD Przemyślałam jednak temat i doszłam do wniosku, że skoro jest podaż, to pewnie jest popyt. Także niech mają, niech sobie malują, jeśli chcą. A wiecie, co jest fajne? Że nasze rodzime marki też dostrzegają niszę, którą ciągle jeszcze można zapełniać. 






Bardzo ciekawa jestem, co o tym wszystkim myślicie. Podyskutujmy!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 3 maja 2013

Nie ma lekko, czyli Maybelline Rocket Volum' Express

Wiecie, jak to jest z tuszami do rzęs, jeszcze takiego nie wynaleziono, żeby każdemu pasował. Nie łudzę się więc, że nowość Maybelline, czyli Rocket Volum' Express, będzie od tej reguły wyjątkiem. Zwłaszcza że sama mam do niego zastrzeżenia :DDD 






Bezgrudkowa objętość rzęs zostaje osiągnięta dzięki ekskluzywnej, elastomerowej szczoteczce Jet - Glide. Rzęsy mają do 8 razy więcej wybuchowej objętości. Opatentowana szczoteczka pokrywa każdą rzęsę od nasady aż po same końce w mgnieniu oka.

10 ml / 30 zł


Nie wiem, co producent miał na myśli, obiecując "wybuchową objętość", ale tak, objętości rzęsom po zastosowaniu tego tuszu odmówić nie można. Rocket Volum' naprawdę pogrubia. Problem w tym, że aż za bardzo! Jeśli jesteście fankami kruczoczarnych, grubych, mocno podkreślonych rzęs, będziecie tym tuszem zachwycone. W innym przypadku uznacie efekt, jaki daje, za przerysowany. Zwłaszcza że charakterystyczna, walcowata szczoteczka z mikrowypustkami nanosi go na całej długości rzęs w takiej samej ilości, owszem, wydłużając je nieco, ale nie wysmuklając ich końcówek, co może dawać wrażenie wręcz teatralne. Ale trzeba oddać sprawiedliwość i podkreślić, że przy zachowaniu umiaru, naprawdę da się ładnie oprawić oko. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać to na zdjęciu.

Nałożyłam jedną warstwę, nakładając drugą ryzykowałabym posklejanie rzęs, które i teraz nie wyglądają na szczególnie rozczesane. Niestety szczoteczka, przez to, że jest tak duża, nie jest precyzyjna, trudno dotrzeć nią do kącików oka, prawie niemożliwym jest też wytuszowanie dolnych rzęs.






Na plus naprawdę głęboka czerń i brak tendencji do obsypywania, która przy maskarach pogrubiających często jest na porządku dziennym. Trwałość przekłada się niestety jednak na trudności ze zmywaniem. Choć nie jest to wersja wodoodporna, muszę się naprawdę przyłożyć, żeby dokładnie rzęsy oczyścić. 

Zatem dla kogo być może tak? Dla osób o dużych oczach, przy małych manewrowanie tą ogromną szczoteczką może być problematyczne. Dla osób o cienkich, ale raczej gęstych rzęsach, przy rzadkich efekt pozlepiania murowany. Dla osób lubiących mocno podkreślone spojrzenie i wyraźną, trwałą czerń na rzęsach, w innym przypadku tusz może zniechęcać.

Dla kogo prawdopodobnie nie? Dla osób o oczach wrażliwych, bo przy zmywaniu Rocket Volum' trzeba się napracować i nie żałować środków do demakijażu. Dla osób, które lubią rzęsy podkreślać delikatnie -  w przypadku tego tuszu o delikatności nie ma mowy. 


Ja osobiście mam mieszane uczucia. Lubię mocno podkreślone rzęsy, ale denerwuje mnie, że jeden nieostrożny ruch szczoteczką i makijaż wygląda na przerysowany. Jak na moje standardy oczywiście. Zdecydowanie życzyłabym sobie dokładniejszego rozczesywania, z mniejszą ilością tuszu pozostającego na rzęsach. Bo z Rocket Volum' Express rzęsy może i zyskują objętość, ale tracą przy tym subtelność. Nie ma lekko ;)))


Miałyście z tym tuszem do czynienia? Co o nim myślicie? I w ogóle o tuszach pogrubiających? Chętnie po takie sięgacie? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.




środa, 1 maja 2013

Trzy i pół, czyli książki kwietnia

Kwiecień, jeśli chodzi o lektury, był dla mnie całkiem łaskawy, znalazłam sporo czasu na czytanie. Na liczniku trzy i pół książki. To pół, choć niezwykle interesujące, póki co przemilczę, wrócę do tego za miesiąc, dziś słów kilka o pozycjach, które zdążyłam przeczytać w całości. Zapraszam na zestawienie książek kwietnia.


Tak jak zapowiadałam w poprzednim poście z tego cyklu, w pierwszej kolejności sięgnęłam po ostatnią powieść Johna Irvinga "W jednej osobie" (Prószyński i S-ka 2012). I tak jak zwykle połykam książki tego autora, tak tym razem miałam z tym pewien problem.






Czym jest „normalność”? Czy umiemy dać odpowiedź na to pytanie? I czy warto? 

Billy Abbott, narrator i główny bohater powieści, nie zaprząta sobie tym głowy. „W jednej osobie” to intymny portret pisarza biseksualisty, który wbrew utartej konwencji woli podążać wybraną drogą. To rzecz o pożądaniu, tajemnicy i poszukiwaniu własnego „ja”, z łyżką dziegciu alienacji, niespełnionej miłości i bólu dojrzewania, kiedy jest się „innym”. 

Trzynasta powieść autora „Świata według Garpa” to również ponadczasowa opowieść o ważnym etapie w dziejach kultury amerykańskiej, począwszy od rygorystycznych lat pięćdziesiątych poprzez dwie dekady rewolucji obyczajowej, tragedię „plagi” AIDS aż po czasy współczesne. Opowieść o Człowieku oraz hołd złożony odrębności każdego z nas. 


Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem pruderyjna czy nietolerancyjna, nie odstraszały mnie wątki gejowskie, genderowe, czy jakiekolwiek inne, po prostu jakoś mało "irvingowa" wydawała mi się ta powieść. I nawet nie umiem tego uzasadnić, bo niby stałe punkty twórczości Irvinga są: jest pisarz, są zapasy, jest Wiedeń. A jednak coś mi nie grało. Ale książka sama w sobie porusza tematykę naprawdę istotną. To coś o dorastaniu, o poczuciu wyobcowania, o trudnej miłości. Generalnie dużo i otwarcie o seksie i poszukiwaniu seksualnej tożsamości. Czy polecam? Sama nie wiem. Nie mam poczucia, że byłabym uboższa o jakieś niesamowite doświadczenie, gdybym tej książki nie przeczytała. Ale poczucia zmarnowanego czasu też nie mam.


Druga kwietniowa powieść to "Intruz" Stephenie Meyer (Wydawnictwo Dolnośląskie 2013). Tak, tej samej Stephenie Meyer od sagi "Zmierzch" :DDD Przeczytałam z Waszego polecenia! Sama za żadne skarby bym po to nie sięgnęła. Przepraszam wszystkich miłośników wampirzej trylogii, ale dotąd nie miałam poważania dla jej autorki. I wiecie co? Naprawdę wciągająca lektura :)))






Świat został opanowany przez niewidzialnego wroga. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich normalne życie. Jedną z ostatnich niezasiedlonych, wolnych istot ludzkich jest Melanie. Wpada jednak w ręce wroga, a w jej ciele zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Intruz bada myśli poprzedniej właścicielki ciała w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów...


Całkiem zgrabnie napisana książka, serio. Spójna, wartka, nawet istotnego przesłania można się w niej doszukać. Można by pomyśleć, że temat inwazji obcych jest już całkowicie ograny, a jednak nie. Bo chociaż ludzkość została zdominowana, to jednak przez cywilizację pokoju, cywilizację pasożytniczą, ale jednak z gruntu, z natury dobrą. Próżno szukać w tej książce krwawych scen i zielonych ludzików. Także fabuła mimo wszystko oryginalna. Choć oczywiście z miłością w tle, jak to u Meyer :))) Polecam, fajne czytadło. Cieszę się, że dałam się Wam namówić! Książka została zekranizowana, film jest właśnie w kinach i nawet mam ochotę obejrzeć, ale szczerze mówiąc boję się rozczarowania, jakie czułam po "Igrzyskach śmierci".


Na koniec "Morfina" Szczepana Twardocha (Wydawnictwo Literackie 2012). Oj, ciężki kaliber! Powieść nagrodzona Paszportem Polityki 2012.





Konstanty Willemann, warszawiak, lecz syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki, niewiele robi sobie z patriotycznych haseł i tradycji uświęconej krwią bohaterskich żołnierzy. Jest cynikiem, łajdakiem i bon-vivantem. Niewiernym mężem i złym ojcem.

Konstanty niechętnie bierze udział w kampanii wrześniowej, a po jej klęsce również wbrew sobie zostaje członkiem tajnej organizacji. Nie chce być Polakiem, nie chce być Niemcem. Pragnie jedynie zdobyć kolejną buteleczkę morfiny i żyć swoim dawnym życiem bywalca i kobieciarza. Przed historią jednak uciec się nie da.

Szczepan Twardoch w Morfinie osiągnął rzecz rzadką w polskiej prozie - wykreował antybohatera, którego nie sposób nie lubić. Młody pisarz tak jak najwięksi – Witkacy, Gombrowicz, Littell – potrafi ukazać słabego, rozdartego człowieka wplątanego w wielką historię. Szalona, transowa i odważna powieść.


Bez kitu, czytam dużo, ale czegoś takiego to ja jeszcze nie czytałam. I nie chodzi mi o opowiedzianą historię, raczej o styl narracji. Słowa, słowa, słowa, płyną, wylewają się, strumień, potok, rzeka słów. Czasami trudno nadążyć. I ten bohater antybohater! Łajdak i narkoman, ale nie sposób go nie lubić, nie kibicować mu, nie współczuć. Pierwsze tygodnie wojny, Warszawa i on, rzucony w wir zdarzeń, z kryzysem tożsamości, ni to Polak, ni Niemiec, nigdzie nie pasujący, wszędzie odstający. To nie jest lektura łatwa, wymaga skupienia i poddania się temu niesamowitemu (transowemu, jak piszą krytycy) rytmowi narracji, ale warto poświęcić jej czas. Pozycja dla ambitnych.


Tak, kwiecień był dla mnie książkowo udany. Mam nadzieję, że maj utrzyma poziom. Na razie zapowiada się dobrze, wspomniana przeze mnie na początku posta "połówka" dobrze wróży. Książka niesamowicie smutna, ale niezwykle wartościowa. Relacja za miesiąc.


A tymczasem pochwalcie się, co ciekawego ostatnio czytaliście (tak, tak, -liście, zdałam sobie sprawę, że czyta mnie sporo facetów, najwyższa pora zmienić formę, w jakiej się do Was zwracam) i co zamierzacie czytać w czasie majówki. Liczę na Wasze rekomendacje!


Buziaki,
Cammie.