beauty & lifestyle blog

czwartek, 29 sierpnia 2013

Pośpiech jest wskazany, czyli przegląd letnich propozycji Yves Rocher

Nie wiem, jak długo letnie kolekcje limitowane Yves Rocher będą jeszcze w sprzedaży, dlatego mimo że trafiły do mnie całkiem niedawno, z recenzją produktów Smoothie i Retropical nie zwlekam. Może się jeszcze komuś przyda.

Zacznę od szamponu - żelu pod prysznic Retropical [KLIK] i kremowego żelu pod prysznic i do kąpieli Smoothie Les Plaisirs Nature [KLIK].







ŻEL RETROPICAL

Czas na tropikalny prysznic! Odkryj zmysłowość i słoneczną świeżość, wzbogaconego o wodę z bławatka bio, żelu 2w1 do ciała i włosów. Daj się uwieść retropikalnej fuzji kwiatowych i owocowych nut (cytrusy, akord świeżych tropikalnych owoców), które każdej kąpieli będą Cię rozbudzać nostalgicznym zapachem wakacji.

Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Nie zawiera alkoholu etoksylowanego. Formuła łatwo biodegradowalna. Bez parabenów. pH neutralne dla skóry. Opakowanie nadaje się do recyklingu.

Cena: 8,90 zł za 200 ml


ŻEL SMOOTHIE

Odkryj apetyczną przyjemność smoothie zamkniętego w kremowym żelu pod prysznic o zapachu Owoców Leśnych. Daj się rozpieścić jego kremowej konsystencji i letnim zapachu. Ten delikatnie perfumowany żel zmienia się w lekką i puszystą pianę. Marka Yves Rocher wybrała Truskawkę, Malinę i Jeżynę i połączyła je w owocowym koktajlu zapachowym. Soczysta truskawka, słodka malina i kwaskowata jeżyna kojarzą się z latem i wakacjami.

pH neutralne dla skóry. Przyjemny zapach owoców leśnych. Kremowa konsystencja żelu, który zamienia się w lekka pianę. Składniki pochodzenia roślinnego: wyciąg z poziomek, malin i jeżyn, woda z hamamelisu z ekologicznych upraw, baza myjąca pochodzenia roślinnego. Nie zawiera parabenów. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Opakowanie nadaje się do recyklingu. Formuła łatwo ulega biodegradacji.

Cena: 15,90 zł za 400 ml / 6,90 zł za 50 ml



Pisałam Wam już, że przesyłka z tymi produktami była dla mnie niespodzianką, sama prawdopodobnie bym ich nie wybrała, jak dobrze wiecie, nie przepadam za żelami. Nic więc dziwnego, że nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia. To znaczy nie mogę im nic zarzucić, ale to po prostu nie jest to moja ulubiona formuła kosmetyków do mycia ciała, zdecydowanie wolę mydła. Jej zwolenniczki mogą się natomiast tymi żelami zainteresować.

Retropical ma ciekawy i zaskakująco złożony kwiatowy zapach, wyróżnia się też wydajnością, bo nawet najmniejsza ilość świetnie się pieni, dzięki czemu rzeczywiście daje sobie radę z myciem włosów. Nie mam co prawda przekonania do takich uniwersalnych kosmetyków do wszystkiego, ale przyznaję, że to doskonała opcja pozwalająca ograniczyć bagaż, jeśli gdzieś wyjeżdżamy. Na pewno trzeba też pochwalić opakowanie, którego stylistyka przyciąga oko kolorami i pięknymi tropikalnymi motywami. 

Pomimo wszelkich zalet Retropical, to żel Smoothie Owoce Leśne zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu, głównie dlatego, że można stosować go jako płyn do kąpieli, co też czynię. Słodki, owocowy zapach uprzyjemnia relaks w wannie. Jako środek do mycia ciała jednak nie za bardzo mi odpowiada, bo z wielkiej butli z szerokim ujściem trudno go dozować w niewielkich ilościach. Do wanny tym samym wlać go jednak łatwo, a pianę w kąpieli daje obfitą i miękką. Można go polubić. 


Ostatnim limitowanym produktem, jaki do mnie trafił, jest woda toaletowa Mango / Marakuja z kolekcji Smoothie [KLIK].






Daj się uwieść apetycznej przyjemności smoothie zamkniętej w letniej wodzie toaletowej o zapachu Mango-Marakuja. Marka Yves Rocher wybrała Mango i Maracuję ze względu na ich letnie zapachy. Mango, owoc słodki i pełny słońca, doskonale łączy się z maracują o soczystym, słodkawo - kwaskowatym miąższu.

Składniki pochodzenia roślinnego: olejek z mango, olejek z marakui. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego.

Cena: 39,90 zł za 100 ml / 19,90 zł za 20 ml



Owocowe wody toaletowe Yves Rocher zdobyły sobie pewną popularność, są nieskomplikowane, ale przyjemne. W przypadku wersji Mango / Marakauja nie jest inaczej. Zapach jest bardzo ładny, letni, owocowy, słodki, ale nie duszący. Kompozycja oczywiście prosta, jednowymiarowa, jednak odświeżająca i miła dla nosa. Szkoda tylko, że tak nietrwała ... Kompletnie nie trzyma się skóry, jedynie na ubraniach pozostawiając po sobie nikły ślad. Nie spodziewam się cudów po wodzie toaletowej w tak niskiej cenie, ale życzyłabym sobie jednak większej mocy zapachu. Niestety, chcąc się nim otulić, trzeba go wielokrotnie reaplikować. W upalne letnie dni jest w tym może i jakaś korzyść, bo dobrze co jakiś czas się odświeżyć, ale na dłuższą metę to na pewno męczące. To raczej niezobowiązująca opcja dla niewymagających.


Widzicie wśród tych letnich limitowanych produktów coś dla siebie? Jeśli tak, to musicie się spieszyć. Lato ma się ku końcowi, pośpiech jest więc wskazany!


Buziaki,
Cammie.







środa, 28 sierpnia 2013

Stara miłość nie rdzewieje, czyli Essence Multi Action Mascara

Zasypałyście mnie niedawno [KLIK] komplementami na temat moich rzęs (za co jeszcze raz dziękuję), pomyślałam więc, że warto napisać kilka słów o tuszu, dzięki któremu tak dobrze się prezentowały. Dawno, dawno temu już o nim wspominałam, polecając kosmetyki za grosze, ale jakoś nigdy nie doczekał się odrębnej recenzji. Pora to nadrobić! Maskara Essence Multi Action zdecydowanie jest tego warta.






Niewodoodporny tusz do rzęs z bardzo gęstą szczoteczką. Pogrubia, zagęszcza, podkręca i wydłuża rzęsy. Nadaje im głęboki odcień czerni. Testowany dermatologicznie. 

Cena: 10 zł






Uprzedzając ewentualne pytania, od razu wyjaśnię, że moja opinia dotyczy wyłącznie najstarszej, podstawowej wersji w czarno - różowym opakowaniu. Pchana ciekawością skusiłam się kiedyś na wersję czarno - zieloną i pamiętam, że byłam z niej niezadowolona, tusz poleciał do śmieci. 

Essence Multi Action to maskara z tradycyjną szczoteczką, dość dużą i gęstą. Tusz od samego początku ma doskonałą konsystencję, nie za rzadką i nie za gęstą, nie za mokrą i nie za suchą, świetnie pokrywając rzęsy warstwą intensywnej czerni. Rzeczywiście można uznać, że jest wielofunkcyjny, bo wyraźnie je pogrubia i wydłuża, jedynie z podkręcaniem nie radząc sobie jakoś spektakularnie. Ponadto nie osypuje się, nie rozmazuje i nie podrażnia oczu, przynajmniej moich. To naprawdę fajny, niskobudżetowy tusz, który dostać można w każdej szafie Essence za niespełna 10 zł. 

Kiedyś kupowałam go regularnie, potem na długo jakoś o nim zapomniałam w pogoni za tuszowym Graalem, ostatnio jednak sięgnęłam po niego znowu. Robiłam zakupy w ogromnym pośpiechu i musiałam szybko zdecydować, co wziąć. Uznałam Multi Action za pewniaka, nad zakupem którego nie muszę się zastanawiać. Tym sposobem przekonałam się, że stara miłość nie rdzewieje, znowu zachwycając się efektem, jaki może dać drogeryjny zwyklak za dychę.


Znacie Multi Action? Co o nim myślicie?

A może też macie na koncie jakieś udane powroty po latach? 


Buziaki,
Cammie.






poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Color Shock i Master Drama Chromatics, czyli czy ja się starzeję? ;)))

Wielokrotnie dostawałam od Was prośby o przybliżenie maskar Maybelline z serii Color Shock i nie mogę pozostać wobec nich obojętna, mimo że szczerze mówiąc tusze te nie zrobiły na mnie wrażenia i najchętniej wcale bym o nich nie pisała. Skoro jednak obiecałam, to napiszę, a brak entuzjazmu nadrobię, wspominając też przy okazji o Master Drama Chromatics, świetnych żelowych kredkach do oczu. Ale o nich za chwilę, najpierw rozprawię się z Color Shock.


Wersję turkusową oddałam w rozdaniu, niebieską podarowałam koleżance, sobie zostawiając fioletową. To znaczy wyobrażałam sobie, że Electric Purple okaże się pięknym fioletem, tymczasem, ku mojemu przerażeniu, jest to wściekły ni to to fiolet, ni to róż, ni to błękit. Sugerując się nazwą, spodziewałam się, że kolor będzie żywy, no ale nie aż tak!









Oh no! Ja już się chyba starzeję ... Pomalowałam się tą maskarą raz i od razu wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Efekt kompletnie mi się nie podobał, moje czarne z natury rzęsy oblepione tak jasnym neonowym kolorem wyglądały wręcz karykaturalnie. Także wybaczcie, ale pełnej prezentacji nie będzie. Jedyne, na co zdołałam się zdobyć, żeby zrobić dla Was zdjęcia, to nałożenie tego tuszu na warstwę czarnego, co pozwoliło znacznie złagodzić ten wściekły odcień, podkreślając kolorem w zasadzie tylko końcówki rzęs. 



Przy okazji możecie obejrzeć sobie moje przebarwienia, na które ciągle tak się skarżę ;)))



Trzeba jednak przyznać, że wersja Color Shock zachowała wszelkie zalety tradycyjnej Colossal Volum' Express, począwszy od świetnej szczoteczki, poprzez porządne wydłużanie rzęs (chyba widać to na zdjęciu?), aż na dobrej trwałości tuszu skończywszy. Także jeśli takie neonowe kolory Wam niestraszne, warto po Color Shock sięgnąć (regularna cena: około 30 zł). Tradycjonalistkom odradzam :DDD


Co innego kredki Maybelline Master Drama Chromatics! Te polecam uwadze wszystkich bez wyjątku. Owszem, w linii jest kilka mocnych kolorów, które nie każdemu pewnie przypadną do gustu, ale bezpieczna, klasyczna czerń też się znajdzie. Na zdjęciu widzicie Purple Light. I chyba jednak nie starzeję się tak bardzo, bo w tym przypadku kolor niesamowicie mi się podoba :DDD









Chromatics mają w sobie wszystko, czego można by wymagać od kredek żelowych - miękką formułę, niesamowitą pigmentację i świetną trwałość. Przypominają mi cieszące się zasłużoną popularnością kredki Supershock z Avonu, myślę, że spokojnie można je też porównać do słynnych 24/7 Liners z Urban Decay. Rzekłabym nawet, że te z Maybelline mają pewną przewagę, łatwiej bowiem się temperują. Ich cena oczywiście też jest konkurencyjna, regularnie to około 25 zł za sztukę.


Color Shock zdecydowanie nie dla mnie (oddam tę fioletową maskarę pierwszej osobie, która zgłosi się po nią w komentarzu!), ale Chromatics bardzo sobie chwalę. Przyjrzyjcie się tym kredkom przy okazji. A może już je znacie?

A co do Color Shock, podobają Wam się tak intensywne, żywe kolory na rzęsach? Czy tylko ja jestem tak sceptycznie nastawiona? Dajcie znać, co myślicie.


Buziaki,
Cammie.




sobota, 24 sierpnia 2013

Afrykańskie błoto, czyli piaskowy lakier Catrice So Classy

Zapraszam Was dziś na prezentację So Classy, piaskowego lakieru z najnowszej kolekcji limitowanej Catrice, L'Afrique c'est chic, która już na dniach powinna pojawić się w sklepach. To odcień chłodnego brązu, który swą piaskową fakturę zawdzięcza srebrnym drobinom.






Przyznam szczerze, że przyzwyczajona do piasków O.P.I., spodziewałam się czegoś bardziej konkretnego. Tymczasem piasek Catrice okazał się zaledwie symboliczny, czym mnie nieco rozczarował. Na paznokciach nie dał efektu "ziarnko przy ziarnku", nie stworzył wyraźnie odczuwalnej chropowatej struktury, nie dał też pełnego matu. So Classy okazał się raczej grudkowatym błotkiem :DDD Zerknijcie.






Czy So Classy jest ładny? Kwestia gustu. Może spodobać się osobom, które mają ochotę na eksperyment z modnymi piaskami, ale cenią sobie subtelność. Raczej nie zrobi jednak wrażenia na tych, którzy nie lubią półśrodków. Kolor też nazwałabym trudnym. Niby brąz, ale przełamany srebrem, co sprawia, że momentami wygląda sino. Kojarzy mi się z popularnymi jakiś czas temu odcieniami grzybowymi.

1. Dostępność - 0 (kolekcja limitowana!).
2. Cena - 1 (około 10 zł).
3. Kolor - 0 (interesujący, ale trudny, nie każdemu się spodoba).
4. Aplikacja - 1 (bardzo łatwa, precyzyjna).
5. Pędzelek - 1 (charakterystyczny dla Catrice, wygodny).
6. Krycie - 1 (na upartego wystarczy jedna warstwa).
7. Wysychanie - 1 (błyskawiczne, co widać gołym okiem, obserwując stopień zmatowienia).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Golden Rose All in One) - 1 (bezproblemowa).
9. Trwałość - 1 (do czterech dni, co nie jest może jakimś oszałamiającym wynikiem, ale trzeba uczciwie zaznaczyć, że wytrzymuje tyle bez żadnego top coata przecież).
10. Zmywanie - 0 (łatwiejsze niż się spodziewałam, widząc ten srebrny brokat, ale i tak dość czasochłonne).

Moja ocena: 7/10.


Co myślicie? Ja mam mieszane uczucia ... Zamiast suchego afrykańskiego piasku widzę grudowate afrykańskie błoto. No ale Afryka ma ponoć niejedno oblicze :DDD


Buziaki,
Cammie.





piątek, 23 sierpnia 2013

Filtr niskobudżetowy, czyli L'Oreal UV Perfect

Wiem, że lato ma się ku końcowi i pewnie wiele z Was powoli żegna się z wysoką ochroną przeciwsłoneczną, ale ja filtruję się przez cały rok i dla mnie temat nie traci na aktualności. Liczę na to, że nawet w końcówce sierpnia zdołam zainteresować Was recenzją filtra o dużej mocy. Zwłaszcza że chodzi o coś całkiem skutecznego, a przy tym zaskakująco taniego! Mowa o L'Oreal UV Perfect Longlasting UVA / UVB Protector SPF 50 PA +++.






Krem na dzień z filtrem SPF 50. Chroni skórę przed szkodliwymi promieniami UV i przedwczesnym starzeniem. Promienie UVB przenikają górną warstwę skóry, jednak promienie UVA przenikają głębiej do skóry właściwej, powodując przedwczesne starzenie się skóry: zmarszczki, brązowe plamy i utratę jędrności skóry. Promienie UVA są podstawową przyczyną przedwczesnego starzenia się skóry, przenikają przez szyby i chmury i są obecne przez cały rok.
Dostępny w trzech wersjach: Even Complexion, Anti-dullness, Transparent Skin.


Kupiłam ten filtr na allegro, zupełnie spontanicznie, dorzucając go do koszyka z innymi zakupami. Wiecie, jak to jest, "co tam jeszcze ciekawego ma ten sprzedawca, może by wziąć, skoro i tak płacę za przesyłkę?" :DDD Tym sposobem trafił do mnie razem z zachwalanym przeze mnie parę miesięcy temu podkładem Maybelline Whitestay, o którym pisałam TUTAJ

Poza allegro nigdy go nie widziałam. Jak się okazało, produkowany jest na rynek azjatycki, w związku z czym w polskich sklepach po prostu się nie pojawiał. Jednak z tego, co widzę, w sieci jest dostępny i to w bardzo atrakcyjnej cenie, około 14 zł. Występuje podobno w trzech wersjach, ale nie wiedziałam o tym, decydując się na zakup, także przypadkowo padło na Transparent Skin (do wyboru jest jeszcze wariant Even Complexion i Anti-dullness). Zgodnie z opisem na opakowaniu ma zapobiegać przebarwieniom, chronić przed opalenizną i opóźniać procesy starzenia. Ochrona przeciwsłoneczna opiera się na mieszance filtrów chemicznych (opatentowane przez L'Oreal Mexoryl SX i Mexoryl XL, obecne we wszystkich tego typu produktach koncernu, w tym w słynnej linii Anthelios La Roche-Posay) oraz filtrów mineralnych (titanum dioxide, czyli dwutlenek tytanu). Zresztą spójrzcie sobie na skład.






Zestawienie filtrów chemicznych z mineralnymi uchodzi za najkorzystniejsze, a sam Mexoryl uznawany jest za bardzo skuteczny i przede wszystkim stabilny, czyli nie ulegający rozkładowi pod wpływem słońca. Także naprawdę na L'Oreal UV Perfect warto zwrócić uwagę, zwłaszcza że jego cena na allegro jest śmiesznie niska w porównaniu z filtrami aptecznymi. 

UV Perfect Transparent Skin ma postać lekkiej emulsji. Skóra doskonale ją przyjmuje, pozwalając aplikować "na bogato", co w przypadku filtrów jest przecież bardzo wskazane. Nie bieli i dobrze się wchłania, choć oczywiście pozostawia pewien film, zupełnie nieuciążliwy jednak i nietłusty, a przy tym na tyle odżywczy, że jakiś czas temu zrezygnowałam ze zwykłego kremu na dzień, który normalnie kładę pod inne filtry, bo zwykle mam wrażenie, że cera odczuwa pielęgnacyjny niedosyt. W tym przypadku nie ma tego dyskomfortu, co w upalne dni pozwoliło mi zrezygnować z jednego specyfiku.






Co ze skutecznością? Na podstawie tego, co widzę na bieżąco, oceniam ją dość wysoko, nie opaliłam się w te upały nic a nic. Trudno mi jednak odnieść się do trwałości na twarzy, bo zawsze robię makijaż, nie sprawdzałam, czy filtr noszony solo poddawałby się łatwo ścieraniu czy też nie. Podkład (czy tam bb krem) w każdym razie leży na nim dobrze.

W zasadzie jedynym mankamentem (pomijając ograniczoną dostępność) jest w moim odczuciu kiepska wydajność. Mam wrażenie, że UV Perfect znika z tubki z prędkością światła. To pewnie przez tę lekkość emulsji, sprawiającą, że łatwo jednorazowo nałożyć jej spore ilości. Ale wiecie co? Za tę cenę grzechem byłoby na to narzekać!


Nie jest to na pewno filtr idealny, zdaję sobie sprawę, że pewnie ekspertki w tej dziedzinie wytkną mu jakieś wady, ale moje oczekiwania spełnił. Powiadam Wam, L'Oreal UV Perfect to warta uwagi opcja niskobudżetowa, która oferuje zaskakująco dobrą jakość. Ale tylko od Was zależy, czy postawicie na ten allegrowy wynalazek, czy na coś o bardziej wyrobionej marce. Ja na razie się z nim żegnam, bo zainwestowałam w bardzo chwalony filtr Missha All-around Safe Block Waterproof Sun Milk, ale kto wie, czy jeszcze kiedyś do niego nie wrócę, zwłaszcza jeśli trzeba będzie zacisnąć pasa ;)))

Zainteresowało Was to tanie filtrowanie czy nie? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.




środa, 21 sierpnia 2013

Przyjemne zaskoczenie, czyli sierpniowy ShinyBox

Sierpniowy ShinyBox zgodnie z opisem poświęcony został wakacyjnemu relaksowi. Czy jego zawartość rzeczywiście odpowiada tym zapowiedziom? Zajrzyjmy do środka!






Co kryje się pod fioletową bibułką?


INDOLA
serum na zniszczone końcówki włosów

BIELENDA
płyn micelarny do mycia i demakijażu 3w1

DERMEDIC
maska nawadniająca Hydrain 3 Hialuro

MARION
koncentrat antycellulitowy chłodzący

DEBA BIO VITAL
odżywczy krem do pielęgnacji dłoni i paznokci

BIO PLASIS
(prezent)
organiczny peeling do każdego rodzaju cery






Wiecie co? To najlepsze pudełko Shiny, z jakim miałam do czynienia. Choć niektóre marki są mi obce, to wszystkie produkty odebrałam jako atrakcyjne. Zwłaszcza, że są pełnowymiarowe, co do jednego! Dodatkowo, jako bonus, w pudełku znalazł się także voucher o wartości 100 zł na zakupy w answear.com (wydawałoby się, że to świetny prezent, ale radzę poskromić nadmierny entuzjazm, bo okazuje się, że zadziała przy zakupach za minimum 300 zł). Nie przeszkadza mi nawet, że brakuje kolorówki (po propozycji z zeszłego miesiąca to może nawet i lepiej). Nie sądzę co prawda, żeby profil tych kosmetyków w jakiś oczywisty sposób wpisywał się w obiecywany wakacyjny relaks, ale pal to licho. Mam wrażenie, że po średnio udanych edycjach z czerwca i lipca ShinyBox wychodzi na prostą, proponując nareszcie coś ciekawego. Nie jest to na pewno górna półka, ale w przypadku części produktów jednak jakaś kosmetyczna nisza, która coś w sobie ma.


Sierpniowe pudełko w moich oczach się obroniło i tym samym nie wiem, co dalej, bo szczerze mówiąc, po lipcowej edycji obiecywałam sobie, że jeśli kolejna będzie prezentować podobny, niezbyt wygórowany poziom, to pożegnam się z Shiny raz na zawsze. Tymczasem takie przyjemne zaskoczenie! Muszę to sobie jeszcze na spokojnie przemyśleć.

A Wy co myślicie? O ShinyBox w ogóle i o tym konkretnym, sierpniowym pudełku? Ciekawa jestem Waszej opinii.

Buziaki,
Cammie.


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wróciłam, czyli pora na wyniki afrykańskiego rozdania!

Mój krótki wyjazd dobiegł końca i zgodnie z obietnicą w pierwszym poście po powrocie spieszę donieść, do kogo trafia najnowsza kolekcja limitowana Catrice L'Afrique c'est chic. Przypomnę, że gra toczyła się o dwa metaliczne cienie do powiek, dwa piaskowe lakiery do paznokci i balsam do ust.






Uwaga, uwaga, afrykański zestaw trafia do ...

... Farizah!



Farizah, gratuluję i czekam na dane adresowe. Pozostałym dziękuję za zainteresowanie rozdaniem i obiecuję, że na następne nie każę Wam długo czekać. Już jutro szybki rzut oka na moje najnowsze zakupy, a przy okazji ... Kto ma ochotę na makijaż w salonie MAC? :DDD


Buziaki,
Cammie.




środa, 14 sierpnia 2013

Afrykańskie rozdanie, czyli kto chętny na Catrice L'Afrique c'est chic?

Wyjeżdżam na kilka dni i nie chcąc dać Wam o sobie zapomnieć, zostawiam Was z zapowiadanym rozdaniem kosmetyków z afrykańskiej edycji limitowanej Catrice L'Afrique c'est chic! Kto chętny? :DDD






Mam dla Was dwa metaliczne cienie do powiek w odcieniach C01 So Classy i C02 All real Gold, dwa piaskowe lakiery do paznokci w odcieniach C03 Sunny Side i C05 L'Orange oraz balsam do ust w odcieniu C02 Extravagant. Gorąco zachęcam Was do udziału, macie szansę poznać tę limitkę, zanim trafi do sklepów!






Zapraszam wszystkich do zabawy. Wystarczy publicznie obserwować No to pięknie!, a w komentarzu pod postem napisać, z jakimi kolorami kojarzy Wam się Afryka. Na Wasze zgłoszenia czekam do końca tygodnia, to jest do 18 sierpnia.


Tymczasem żegnam się na jakiś czas, licząc na to, że choć trochę będziecie tęsknić :)))

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 13 sierpnia 2013

Coming soon, czyli Catrice L'Afrique c'est chic!

Już niebawem, na przełomie sierpnia i września, do sklepów trafi nowa kolekcja limitowana Catrice, L'Afrique c'est chic. Ten post potraktujcie jako przedpremierę, bo część kolekcji jest już u mnie!



Zdjęcia: materiały promocyjne Catrice



Afrykański styl króluje: pełen kolorów, tradycji i egzotyki. Projektanci odkryli nowy AFROdyzjak – podróż do serca afrykańskiej tradycji ubioru - pełnej folkloru i kolorów, z silnym wpływem kolejnych pokoleń.  Różnorodność wzorów to jej podstawowa cecha. Motywy plemienne i zwierzęce są w centrum letnich kolekcji, a znani projektanci umieszczają je na zwiewnych eleganckich kaftanach, ale także na codziennych kobiecych strojach. Projekty głównych międzynarodowych projektantów są tak różne jak różne są krajobrazy tego pięknego kontynentu. Z bogatą paletą barw, przechodzącą od koloru papaya poprzez cynober aż do opalizującego błękitu oceanu, limitowana trend edycja CATRICE “L'Afrique c’est chic” zrobi ogromne wrażenie w sezonie Sierpień/Wrzesień 2013. Cienie do powiek  z mocnym  metalicznym połyskiem, delikatne balsamy do ust, pędzel do różu wykonany z delikatnego gęstego włosia oraz inne wspaniałe produkty przełożą w tym sezonie afrykański folklor na język urody. Marząc o Afryce - CATRICE.



W skład kolekcji wejdą metaliczne cienie do powiek, czarna kredka do oczu, kolorowe balsamy do ust, pudry brązujące, piaskowe lakiery do paznokci oraz pędzel do różu.









Dlaczego pokazuję Wam tę limitkę? Tak jak wspomniałam, część kolekcji już do mnie trafiła. I niniejszym zapowiadam rozdanie! Wpadnijcie jutro!


Tymczasem całuję,
Cammie.



niedziela, 11 sierpnia 2013

Niespodzianka, czyli letnie nowości Yves Rocher

Zoom na letnie nowości od Yves Rocher. Dotarły do mnie niespodziewanie, ale takie niespodzianki to mogłabym mieć codziennie :DDD



RETROPICAL
SZAMPON - ŻEL POD PRYSZNIC

oraz

LES PLAISIRS NATURE
KREMOWY ŻEL POD PRYSZNIC I DO KĄPIELI
OWOCE LEŚNE
(EDYCJA LIMITOWANA SMOOTHIE)






WODA TOALETOWA
MANGO / MARAKUJA
(EDYCJA LIMITOWANA SMOOTHIE)






WODOODPORNE CIENIE W KREMIE
STALOWY RÓŻ
ŚLIWKA
(TURKUS, którego nie ma na zdjęciu, niebawem trafi do kogoś z Was!)






Ciekawa jestem zwłaszcza Smoothie, typowo wakacyjnej edycji limitowanej. Powinna zainteresować każdego, kto kocha owoce! Szczegółów szukajcie TUTAJ


A Wam co wpadło w oko? 


Spokojnego wieczoru,
buziaki,
Cammie.




piątek, 9 sierpnia 2013

Raz lepiej, raz gorzej, czyli marki własne sieci Rossmann

Skandalicznie długo kazałam Wam czekać na recenzję produktów, które znalazłam w ostatniej rossmannowej paczce, ale plus jest taki, że niemal wszystkie zdążyłam zużyć, więc nie mają już przede mną tajemnic. Zanim podzielę się z Wami swoją opinią na ich temat, przypomnę tylko, o czym dokładnie mowa.



ISANA
KREMOWY BALSAM DO CIAŁA Z OLEJKIEM ARGANOWYM

ALTERRA
PEELING POD PRYSZNIC "POMARAŃCZA I CUKIER TRZCINOWY"

ISANA MED
ŻEL POD PRYSZNIC Z OLEJKIEM POMARAŃCZOWYM

ISANA
PIANKA DO WŁOSÓW ULTRA MOCNA

FUSSWOHL
MASŁO DO STÓP






W zestawie znalazłam też konwaliowe mydełko z Aletrry, ale zdążyłam już je dla Was zrecenzować, zainteresowanych zapraszam do lektury TUTAJ.


Tymczasem pozwólcie, że zacznę od balsamu do ciała z olejkiem arganowym. To zdecydowanie mój faworyt wśród wszystkich tych kosmetyków. 



(Zdjęcia: materiały promocyjne Rossmann)



Kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym został opracowany do pielęgnacji skóry bardzo suchej. Wartościowe składniki w postaci masła shea i witaminy E oraz naturalnych olejków pielęgnacyjnych z owoców drzewa arganowego i orzecha kokosowego pomagają w sposób ukierunkowany w regeneracji skóry suchej i zniszczonej. Dzięki zawartości roślinnej gliceryny balsam ma korzystny wpływ na regulację nawilżenia powierzchni skóry. Balsam łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, nie pozostawiając tłustej warstewki. Skóra sprawia wrażenie gładkiej i sprężystej w dotyku i otacza ją uwodzicielski zapach.

Cena: około 8 zł za 250 ml


Świetny produkt w niskiej cenie! Sama pewnie nigdy bym go nie kupiła, bo preferuję masła i zwykle to na nie pada mój wybór, ale zostałam niezwykle przyjemnie zaskoczona i kto wie, czy nie przekonam się i do balsamów. Ten ma nad masłami jedną podstawową przewagę - niezwykle lekką formułę. Jest niemal płynny i nie wiem, jak to możliwe, bo choć błyskawicznie się wchłania, pozostawia skórę odczuwalnie nawilżoną. Zakładam, że to dzięki swoim dobroczynnym składnikom, olejowi arganowemu (dziesiąte miejsce w składzie), kokosowemu (szóste miejsce w składzie) oraz shea (jedenaste miejsce w składzie). Fakt jest faktem, że mimo tych wszystkich olejków balsam pozostaje zaskakująco lekki i przyjemny w stosowaniu, po chwili znika na skórze bez śladu. Pachnie delikatnie, po prostu kremowo. I niby mogłabym przyczepić się do kiepskiej wydajności, bo moje ciało jest w stanie przyjąć chyba każdą ilość tego balsamu, ale jak pomyślę o jego śmiesznie niskiej cenie, to wydajność przestaje mieć znacznie. Podobnie jak brzydkie opakowanie.


Szczerze mówiąc przypuszczałam, że to pomarańczowo - cukrowy peeling do ciała stanie się moim ulubieńcem. Tymczasem nadal mam co do niego bardzo mieszane uczucia.






Odświeżająca i łagodna pielęgnacja. Peeling pod prysznic o owocowym zapachu czerwonej pomarańczy, z wartościowym cukrem trzcinowym (z kontrolowanej biologicznie uprawy) dostarcza prawdziwego odświeżenia pod prysznicem. Łagodne substancje powierzchniowo czynne na bazie roślinnej oczyszczają ciało wyjątkowo delikatnie, a drobne cząsteczki peelingujące usuwają łagodnie obumarłe fragmenty naskórka. Skóra staje się jedwabiście miękka i odczuwalnie gładka. Pochodzące ze Sprawiedliwego Handlu roślinna gliceryna i cukier trzcinowy dostarczają skórze długotrwałego nawilżenia. Świeży zapach rozpieszcza i harmonizuje zmysły. 

Kosmetyk naturalny, nie zawiera syntetycznych barwników, substancji zapachowych i konserwujących. Tam, gdzie to tylko możliwe, zastosowane składniki roślinne pochodzą z kontrolowanych biologicznie upraw i dziko rosnących zbiorów (certyfikat BDiH). Bez silikonów, parafiny i innych związków olejów mineralnych. Dobra tolerancja przez skórę potwierdzona dermatologicznie. Produkt wegański, nie zawiera substancji pochodzenia zwierzęcego.

Cena: około 9 zł za 200 ml


Boski, boski zapach! To on obudził moje nadzieje na ucztę dla zmysłów. Wyraźnie pomarańczowy, trochę kwaśny, trochę słodki, trochę gorzki. W tym punkcie w stu procentach trafia w moje upodobania. No ale co z tego, skoro ten peeling praktycznie nie ściera? Drobiny cukru są tak małe i jest ich tak niewiele, że wygładzenie ciała po zastosowaniu tego produktu jest co najwyżej umowne. Właściwości myjące są ok, także radzę potraktować ten peeling po prostu jako zwykły żel pod prysznic i przynajmniej uniknąć rozczarowania. Zwłaszcza że jego konsystencja też jest typowo żelowa, rzadka, co w zestawieniu z denerwująco miękką tubą sprawia zresztą, że trudno optymalnie go dozować. Plus za zapach i przyjemne odświeżenie, na porządne peelingowanie nie ma co liczyć.


Jak nie przepadam za tradycyjnymi żelami pod prysznic (czy jest jeszcze ktoś, kto nie wie, że wolę mydła? :DDD), tak w przypadku żelu z olejkiem pomarańczowym przełamałam swoje przyzwyczajenia. Przez zapach, a jakże.






Łagodnie i dokładnie oczyszcza skórę, nie wysuszając jej przy tym. Delikatna formuła dostarcza skórze nawilżenia. Naturalne pH o wartości 5,5 stabilizuje kwaśny płaszcz ochronny skóry i zwiększa tym samym jej wytrzymałość. Owocowo-świeży zapach sprawi, że będziesz dzień po dniu przeżywać prawdziwą przygodę wellness. 

Cena: około 8 zł za 250 ml


Tak jak wspomniałam, na początku spodobał mi się po prostu zapach tego żelu, niby pomarańczowy, ale podszyty też jakąś kwiatową nutą, odświeżający, a jednocześnie kojący. Potem odkryłam, że jest też bardzo przyjemny w użyciu, delikatny, a jednak dobrze oczyszczający. Pieni się dość słabo, także nie jest to raczej propozycja dla miłośników kąpieli z pianką, ale jego łagodna formuła powinna do części z Was przemówić. Olejek pomarańczowy (na ósmym miejscu w składzie) dodatkowo podnosi jego walory pielęgnacyjne, choć oczywiście odczuwalnego odżywienia skóry nie ma się co spodziewać. W każdym razie uważam, że jest to produkt godny uwagi i można go polubić, co widać na moim przykładzie, bo na jakiś czas odstawiłam mydełka, zużywając go do ostatniej kropli.


Nad ultra mocną pianką do włosów zachwycać się nie będę. Cieszę się, że dostałam miniaturę, a nie pełnowymiarowe opakowanie.





Pianka Isana ultramocna - dzięki pielęgnacyjnym witaminom i filtrom UV nadaje fryzurze długotrwały kształt i zapewnia ultramocne utrwalenie. 

Cena: około 7 zł za 150 ml


Jest tania i to chyba jej największa zaleta. Nie mam wobec pianek jakichś wygórowanych oczekiwań, lubię, kiedy pomagają ułożyć włosy (na utrwalenie fryzury nie liczę) i dodają im nieco objętości. Ta konkretna pianka może i tę objętość zwiększa, ale niestety mam wrażenie, że bardzo włosy wysusza i pozbawia ich blasku. Nie podoba mi się efekt po jej nałożeniu i żadna siła mnie nie zmusi, żebym nadal jej używała. Zwłaszcza że trafił mi się chyba jakiś felerny egzemplarz, w którym dozownik bardzo ciężko chodzi i mam trudności, żeby w ogóle wydobyć ją z opakowania. Skucha.


Na koniec produkt, który jest mi kompletnie obojętny, ani mnie nie zachwycił, ani nie zniechęcił. Masło do stóp z miętą i limonką, przeciętniak. 






Cenny olej z awokado, masło shea, mięta i limonka pieszczą Twoje stopy i szorstką, popękaną skórę, pozostawiając ją gładką i delikatną. Poczujesz jak twoje stopy odżyją.

Cena: około 8 zł za 200 ml


Przyzwoity, po prostu. Przeznaczony do podstawowej, codziennej pielęgnacji. Duże, rodzinne opakowanie pozwala korzystać z niego kilku osobom, także na pewno jest wariantem ekonomicznym. Zapach do mnie osobiście nie przemawia, ale wiem, że ma swoich miłośników, przy odrobinie dobrej woli można wyczuć w nim kwaskowatą limonkę i odświeżającą miętę, choć wrażliwego na niuanse nosa na pewno nie zadowoli. Nie krytykuję tego masła szczególnie, ale zachwalać też nie będę, ot, zwyklak. 



Raz było lepiej, raz gorzej, ale generalnie tak to już jest. Marki własne sieci Rossmann są tanie i to jest ich ogromna zaleta, zwłaszcza że często proponują kosmetyczne perełki, warto więc poznawać ich asortyment, nawet ryzykując nadzianiem się na bubla. Zestaw, który dostałam, doskonale to odzwierciedla, wśród kilku kosmetyków przeciętnych znalazłam też kilka hitów za gorsze. 

A Wasze hity? Gdybym poprosiła Was o wskazanie jednego, najukochańszego rossmannowskiego produktu, co by to było? Zdradźcie!


Buziaki,
Cammie.




środa, 7 sierpnia 2013

Uffff, jak gorąco, czyli jak przetrwać lato w biurze

Jeśli chodzi o temperatury, sięgające ostatnio niemal czterdziestu stopni, to tegoroczne lato jest bezlitosne, nie daje wytchnienia. Jak przetrwać te upały w pracy, w nieklimatyzowanym biurze? Wiadomo, najlepiej wziąć urlop :DDD Co zrobić jednak, kiedy o urlopie można tylko pomarzyć? Trzeba zacisnąć zęby i jakoś sobie radzić.

Tak, w moim biurze nie ma klimatyzacji. Pracuję w dużej instytucji, jednak warunki pracy są, jakie są. Tyle dobrego, że nie obowiązuje mnie sztywny dress code, więc jeśli chodzi o strój, mam pewną swobodę, w upały mogę pozwolić sobie na nieco luźniejsze ubranie. Tak czy inaczej pewne normy powinny być standardem niezależnie od pogody i tego się trzymam. Takim właśnie standardem są dla mnie rajstopy. Gołym nogom w pewnych sytuacjach mówię: nie. Co oczywiście oznacza, że latem zawsze szukam tych najcieńszych z najcieńszych, czyli oznaczonych symbolem co najwyżej 8 DEN. Produkowane są co prawda rajstopy nawet 6 DEN, ale w zwykłych sklepach trudno je dostać. Na zdjęciu niezawodna Gatta, do kupienia chociażby w Rossmannie.






W upalne dni makijaż ograniczam do minimum, ale i tak muszę mieć go w ciągu dnia pod kontrolą, bo moja skłonna do błysku cera w wysokich temperaturach radzi sobie jeszcze gorzej niż zwykle. Dlatego nie rozstaję się z bibułkami matującymi, które szybko i skutecznie pozwalają mi zmatowić skórę i nieco odświeżyć makijaż. Od kilku lat wierna jestem bibułkom Wibo, są taniutkie (około 5 zł za 40 sztuk) i łatwo dostępne. Nie mam do nich zastrzeżeń, nie rwą się w palcach i skutecznie zbierają sebum. 






A dla ochłody woda termalna! Najbardziej lubię Avene i Uriage, którą widzicie na zdjęciu. Znalazłam ją w lipcowym ShinyBox, ale sama też regularnie tę wodę kupuję (z Waszego polecenia zresztą!), bo nad innymi termalkami ma tę przewagę, że po jej użyciu nie ma potrzeby osuszania cery. Rano spryskuję nią twarz, żeby pozbyć się pudrowości makijażu i przy okazji odrobinę go utrwalić, a w ciągu dnia po prostu odświeżam się jej chłodną mgiełką. Przynosi mi to ogromną ulgę i koi zmęczoną upałem, opuchniętą skórę. Letni must have!






Na koniec nie mogę nie wspomnieć o antyperspirancie. To naturalne, że w tak ekstremalnych upałach termoregulacja organizmu często zawodzi i łatwo się spocić nawet nic nie robiąc. W pracy jest to trochę kłopotliwe (przynajmniej dla mnie, niestety widzę, a raczej czuję, że wiele osób nic sobie z tego nie robi ...), dlatego ratuję się sprejem, który na awaryjne sytuacje trzymam w służbowym biurku. Co w nim takiego niezwykłego? Obniżona zawartość substancji zapachowych! Na zdjęciu widzicie akurat Lady Speed Stick, ale wydaje mi się, że inne marki też mają w ofercie coś podobnego. Ten antyperspirant jest bardzo delikatnie perfumowany (czuć w nim jedynie słabą nutę na kształt "fresh cotton" czy "fresh linen"), nie przytłaczając zapachem ani mnie, ani mojego otoczenia, co w czasie upałów naprawdę nie jest bez znaczenia, jednocześnie dość skutecznie chroniąc mnie przed potem i dając poczucie panowania nad sytuacją. Godny uwagi!






Tak prezentują się moje biurowe sztuczki na upalne dni i jestem ogromnie ciekawa, jakie są Wasze sposoby na przetrwanie lata w pracy. Piszcie! Mam nadzieję, że coś jeszcze mi podpowiecie. Żebym nie musiała liczyć na to, że szef w swojej łaskawości znowu tak jak dziś z powodu wysokich temperatur po prostu wypuści nas wcześniej do domu ;)))


Buziaki,
Cammie.





poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Niby bez fajerwerków, czyli pierwsze wrażenie może mylić

Do recenzji tego korektora zabierałam się jak pies do jeża. Ile razy do tego siadałam, dochodziłam do wniosku, że nie wiem, co na jego temat myśleć. Wydawało mi się, że go nie lubię. Zdałam sobie jednak sprawę, że mimo tego przeświadczenia, jakimś cudem od wielu tygodni sięgam po niego dzień w dzień! A to chyba świadczy na jego korzyść, czyż nie? :DDD Maybelline Dream Lumi Touch, korektor rozświetlający pod oczy i na okolice ust. 






DLA KOGO?
Dla każdej kobiety, która poszukuje rozświetlenia cery i perfekcyjnego wykończenia makijażu pod oczami i w okolicach ust.

DZIAŁANIE
• Formuła rozprasza światło, nadaje skórze blask
• Doskonałe pokrycie za jednym dotknięciem
• Ujednolica koloryt cery

EFEKT
Skóra natychmiast rozświetlona i pełna życia



Dream Lumi Touch ma postać charakterystyczną dla korektorów pod oczy, to pisak z aplikatorem w formie pędzelka. Mechanizm dozujący pracuje bez zarzutu, za każdym przekręceniem wydobywając idealną ilość produktu.






Mój niepokój budził głównie kolor. Najjaśniejszy z gamy 01 Ivory okazał się dość ciemny. Moja pierwsza myśl? "O rany, jaki żółty!" Jego odcień dziwi mnie w zasadzie przy każdej aplikacji, nie mogę się do niego przyzwyczaić, zawsze stawiałam na coś zdecydowanie jaśniejszego. Ale zaskakująco dobrze wtapia się w skórę, nie odznaczając się, a jednocześnie całkiem przyzwoicie kryjąc, także mimo wszystko systematycznie po niego sięgam. Żółty pigment skutecznie maskuje zasinienia, które u mnie pojawiają się głównie ze zmęczenia. Z naturalnymi cieniami wynikającymi z budowy oka też dość dobrze sobie radzi.






Początkowo miałam też zastrzeżenia co do rzekomych rozświetlających właściwości tego korektora. Jakoś nie umiałam ich dostrzec. Może dlatego, że spodziewałam się jakichś drobinek? Sama nie wiem. W każdym razie w końcu zrozumiałam, że taka charakterystyczna delikatna poświata, widoczna zwłaszcza w kącikach oczu, to zasługa właśnie tego korektora. Rozświetlenie, jakie daje, to po  prostu zdolność do odbijania światła, nie dzięki drobinkom, bo ich nie zawiera, ale prawdopodobnie dzięki żelowej, jakby mokrej formule. Efekt ten jest jednak dostrzegalny tylko w określonym oświetleniu, być może dlatego tak długo wydawało mi się, że to obiecanki cacanki producenta.

Krycie Dream Lumi Touch określam jako średnie, ale można je budować. Zaznaczam jednak od razu, że trzeba robić to bardzo ostrożnie, bo korektor nałożony w nadmiarze ma tendencję do gromadzenia się w zmarszczkach. Zdecydowanie nie można nazwać go leciutkim. Trzeba mu jednak przyznać, że jest dość komfortowy w noszeniu, nie zmienia koloru z biegiem godzin, nie wysusza delikatnej skóry wokół oczu i nie ściera się, dając gwarancję krycia przez cały dzień.


Maybelline Dream Lumi Touch nie olśnił mnie od pierwszej chwili, nie urzekł od pierwszego użycia, raczej zdobywał moją sympatię powoli, ale koniec końców naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Kto wie, może kupię go ponownie? To całkiem dobry korektor w dość rozsądnej cenie (około 25 zł, często sporo taniej), który polubiłam nie za makijażowe fajerwerki, ale za niezawodność i dyskrecję. Dream Lumi Touch to najlepszy dowód na to, że pierwsze wrażenie może mylić.


Czego oczekujecie od korektora pod oczy? Ciekawa jestem, na jakie właściwości stawiacie i czy Dream Lumi Touch miałby u Was szanse. Piszcie! 


Buziaki,
Cammie.




piątek, 2 sierpnia 2013

Reakcja łańcuchowa, czyli książki lipca

Moje lipcowe lektury to przykład czytelniczego ciągu. Po pierwszym tomie, wszystkie kolejne. Po jednej książce o określonej tematyce, następna. Taka książkowa reakcja łańcuchowa :DDD


Zaczęło się od "Odysei Kosmicznej" Arthura C. Clarke'a. W kilka dni połknęłam "2001", "2010", "2061" i w końcu "3001. Finał".






"Odyseja kosmiczna" Arthur C. Clarke

Nie jest nam dane odgadnąć, jak wiele z tych potencjalnych rajów lub piekieł jest zamieszkanych i przez jakiego rodzaju istoty. Najbliższy z nich znajduje się milion razy dalej niż Mars czy Wenus, które nadal stanowią odległe cele kolejnych pokoleń. Lecz przełamujemy bariery odległości i być może któregoś dnia spotkamy pośród gwiazd równych sobie, jeśli nie potężniejszych. Ludzkość bardzo wolno zdaje sobie sprawę z tej możliwości, gdyż – jak sądzą niektórzy – nigdy nie stanie się ona rzeczywistością. Jednak coraz więcej ludzi zadaje pytanie: Dlaczego nie doszło jeszcze do takiego spotkania, skoro my sami już za chwilę podbijemy kosmos? Dlaczego? Oto jedna z możliwych odpowiedzi na to bardzo rozsądne pytanie. Pamiętajcie jednak, proszę, że jest ona jedynie fikcją. Prawda – jak to bywa – okaże się o wiele bardziej niezwykła.


Czytając pierwszą część nie mogłam wręcz uwierzyć, że została napisana w latach 60-tych. Tyle myśli autora wyprzedziło swoją epokę, dziś będąc po prostu otaczającą nas rzeczywistością. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego zdolności przewidywania. Dodam tylko, że dotyczyło to pierwszego tomu, z każdym kolejnym nabierałam przekonania, że opary absurdu osiągają masę krytyczną ;))) No dajcie spokój ... Astronauta, który tragicznie ginie w pierwszym tomie, zdradziecko zaatakowany przez sztuczną inteligencję superkomputera pokładowego, cudownie wraca do świata żywych tysiąc lat później w czwartym tomie, kiedy to jego orbitujące w próżni zahibernowane przez stulecia ciało zostaje przedziwnym zbiegiem okoliczności odnalezione i pobudzone do życia. Grubymi nićmi szyte, no nie? Co nie zmienia faktu, że wyobraźnia autora jest imponująca i pozwala przenieść się czytelnikom w przyszłość, z każdym tomem zabierając nas dalej i dalej, zarówno w czasie, jak i w pełnej przygód fabule. Tak, "Odyseja" to podróż. Podróż zarówno przez stulecia, jak i przez przestrzeń kosmiczną, w odwiecznym dążeniu ludzkości do odkrywania kart naszego pochodzenia i naszego przeznaczenia. Przyjemnie było tę podróż odbyć.



Po science fiction przyszedł czas na socio-political fiction, a to za sprawą polecanej mi przez Was powieści "Battle Royale" Koushun Takami. Dopełnieniem tej lektury był "Wielki marsz" Stephena Kinga, po który sięgnęłam już po raz drugi.






"Battle Royale" Koushun Takami

In an alternative future Japan, junior high students are forced to fight to the death! Koushun Takami's notorious high-octane thriller is based on an irresistible premise: a class of junior high school students is taken to a deserted island where, as part of a ruthless authoritarian program, they are provided arms and forced to kill one another until only one survivor is left standing. Criticized as violent exploitation when first published in Japan - where it then proceeded to become a runaway bestseller - Battle Royale is a Lord of the Flies for the 21st century, a potent allegory of what it means to be young and (barely) alive in a dog-eat-dog world. Made into a controversial hit movie of the same name, Battle Royale is already a contemporary Japanese pulp classic, now available for the first time in the English language. A group of high school students are taken to small isolated island and forced to fight each other until only one remains alive! If they break the rules a special collar blows their heads off. Koushun Takami's brutal, high-octane thriller is told in breathless. blow-by-blow fashion. 


"Wielki marsz" Stephen King

Mroczna, alegoryczna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych. Stu wybranych chłopców wyrusza w doroczny morderczy marsz - meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na zasady fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych.


Jeśli choć trochę podobały się Wam "Igrzyska śmierci", te dwie książki powinny być dla Was pozycjami obowiązkowymi. Choć od razu ostrzegam, że "Igrzyska" przy "Battle Royale" to lektura dla przedszkolaków. Historie w swoim zamyśle, konstrukcji i przesłaniu są bardzo podobne, jednak "Battle Royale" jest bardziej realistyczna, bardziej brutalna i bardziej krwawa. Bądźcie na to gotowi. Bohaterowie walczą o życie, tam nie ma miejsca na sentymenty. Grupa nastolatków, w totalitarnym, trawionym moralną zgnilizną państwie, drogą losowania trafia do chorego narodowego programu, w którym muszą walczyć o przetrwanie. Zwycięzca jest tylko jeden. Przeżyje ten, kto przetrwa, nie ginąc z rąk swoich kolegów, sam zadając im śmierć. 

To naprawdę mocna, dająca do myślenia książka. W dodatku dobrze napisana, trzymająca w napięciu i nie pozwalająca odpłynąć myślami. Niestety nie ukazała się po polsku, także szukajcie wersji anglojęzycznej.


Po "Wielki marsz" sięgnęłam już po raz drugi. Po lekturze "Battle Royale" chciałam na chwilę jeszcze zatrzymać się przy podobnej tematyce, a powieść Kinga dobrze wpisuje się w ten nurt. Nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak za pierwszym razem, ale i tak ponownie mnie poruszyła. Musiałabym być z kamienia, żeby nie poddać się rytmowi tej książki, nadawanemu przez kroki uczestników marszu i kolejne niosące im śmierć serie karabinów. I znowu zasada: zwycięzca jest tylko jeden. 

W "Wielkim marszu" brakuje mi jednak pewnej głębi, fabuła jest bowiem wycięta z szerszego kontekstu, nie ma tej całej nadbudowy, dzięki której "Battle Royale" osadzona jest w pewnej alternatywnej rzeczywistości, z jej wszelkimi aspektami i niuansami. "Marsz" jest o te szczegóły uboższy, ale to nadal ciekawa książka. Dla osób o mocnych nerwach i emocjonalnej odporności.



A na koniec ... Do czego to doszło! "Pięćdziesiąt twarzy Greya", "Ciemniejsza strona Greya" i "Nowe oblicze Greya" E.L. James, czyli porno dla mamusiek ;)))






E.L. James "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

Hipnotyczna, uzależniająca, iskrząca seksem i erotyką powieść, której nie sposób odłożyć.

Studentka literatury Anastasia Steele przeprowadza wywiad z młodym przedsiębiorcą Christianem Greyem. Niezwykle przystojny i błyskotliwy mężczyzna budzi w młodej dziewczynie szereg sprzecznych emocji. Fascynuje ją, onieśmiela, a nawet budzi strach. Przekonana, że ich spotkania nie należało do udanych, próbuje o nim zapomnieć – tyle że on zjawia się w sklepie, w którym Ana pracuje, i prosi o drugie spotkanie. Młoda, niewinna dziewczyna wkrótce ze zdumieniem odkrywa, że pragnie tego mężczyzny. Że po raz pierwszy zaczyna rozumieć, czym jest pożądanie w swej najczystszej, pierwotnej postaci. Instynktownie czuje też, że nie jest w swej fascynacji osamotniona. Nie wie tylko, że Christian to człowiek opętany potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na własnych warunkach…

Czy wiszący w powietrzu, pełen namiętności romans będzie początkiem końca czy obietnicą czegoś niezwykłego? Jaką tajemnicę skrywa przeszłość Christiana i jak wielką władzę mają drzemiące w nim demony?


Nie sądziłam, że kiedykolwiek po tę trylogię sięgnę, przez długi, długi czas skutecznie odstraszały mnie negatywne recenzje. No ale w obliczu równie częstych zachwytów musiałam w końcu sama sprawdzić, o co chodzi. I co? Dla mnie rozczarowanie. Owszem, przeczytałam, nikt mi nie powie, że nie wiem, o czym mówię, nawet kilka razy zrobiło mi się gorąco, ale co się wymęczyłam, to moje. Jeszcze pierwszy tom jakoś poszedł, bo pchała mnie ciekawość, ale potem to już tylko równia pochyła. Płytka historia z aspiracjami do głębokiej psychologii z wnerwiającymi postaciami i mnóstwem seksu w tle. On oczywiście piękny i obrzydliwie bogaty, ale niestety naznaczony cieniem mrocznej przeszłości, a zatem niedostępny i niebezpieczny, ona oczywiście niedoświadczona i naiwna, ale przecież jakże słodka, no i taaaaaka zakochana. Ten mdły koktajl doprawiony został pieprzem erotyki z BDSM w roli głównej. Krawaty, kajdanki, szpicruty i bicze, seks w łóżku, seks na stole, seks w wannie, w windzie, w samochodzie, na jachcie, w odrzutowcu i sama nie wiem, gdzie jeszcze. Okraszony jej wiecznym zakłopotaniem i rumieńcem, ośmieszonym w wielu recenzjach wzdychaniem do świętego Barnaby i dyskusjami z jej "wewnętrzną boginią" tudzież "podświadomością". To nie na moje nerwy!

Ale oczywiście rozumiem, że nie można przejść koło tych książek obojętnie. Jestem ogromnie ciekawa, do której grupy Wy się zaliczacie, miłośników czy przeciwników trylogii? Kto czytał "Greya", przyznać się! :PPP



Jak zwykle czekam na Wasze komentarze, pogadajmy o książkach lipca!


Buziaki,
Cammie.


Jeśli chodzi o sierpień, to coś czuję,
że znowu grozi mi reakcja łańcuchowa.
Zaczęłam czytać "Grę o tron" :DDD