beauty & lifestyle blog

czwartek, 31 października 2013

Zawiedzione nadzieje, czyli wpadki Yves Rocher

Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce! Nie wiem, czy to ta załamująca się właśnie pogoda, czy po prostu jakiś niczym nieuzasadniony spadek formy, ale fakt jest faktem, że coś jest na rzeczy i trudno mi się zabrać do pisania. Już przedwczoraj marudziłam Wam za FB, co zresztą cierpliwie zniosłyście, podnosząc mnie przy tym na duchu (dziękuję! :*). Na tyle zresztą skutecznie, że postanowiłam przełamać tę falę lenistwa i jednak coś napisać. A że w nastroju nadal jestem podłym, to wybaczcie, ale poruszę temat, przy którym będę sobie mogła trochę ponarzekać ;)))

Mimo całej mojej sympatii dla marki Yves Rocher, której kosmetyki przeważnie dobrze mi służą ---> KLIK, nie mogę przemilczeć wpadek, które wśród jej asortymentu również się zdarzają. W ostatnim czasie miałam do czynienia z dwoma takimi produktami, których działanie i właściwości nie do końca mnie satysfakcjonowały. Mowa o nawilżającym płynie micelarnym Hydra Vegetal oraz wodoodpornych cieniach do powiek w kremie. Nie są to rzeczy z gruntu złe, ale przyzwyczajona do wysokiej jakości kosmetyków Yves Rocher, spodziewałam się jednak czegoś lepszego. Cóż, zawiedzione nadzieje ...



Na pierwszy ogień idzie płyn micelarny ---> KLIK, bo to do niego mam największe zastrzeżenia. Owszem, jest wyjątkowo łagodny, ale co z tego, skoro kompletnie nie radzi sobie ze swoją podstawową funkcją, czyli demakijażem!






Płyn micelarny usuwa makijaż i zanieczyszczenia jednym gestem i jednocześnie jest delikatny dla skóry. Pozostawia skórę czystą, świeżą, stonizowaną i intensywnie nawilżoną. Jego lekka konsystencja daje natychmiastowe uczucie świeżości. Przystosowany do skóry normalnej, mieszanej i odwodnionej.

Zalety produktu:
● Jednym gestem usuwa makijaż i zanieczyszczenia. 
● Pozostawia skórę czystą, świeżą i stonizowaną. 
● Skóra jest nawilżona.
● Przystosowany do skóry normalnej, mieszanej i odwodnionej.

Składniki aktywne:
Sok z klonu z Kanady (Quebec) i niebieska agawa z Meksyku mają właściwości zatrzymujące wodę w skórze, tworząc w jej głębszych warstwach prawdziwy rezerwuar wody, intensywnie, dogłębnie i długotrwale ją nawilżając. Dogłębnie nawilżona skóra jest bardziej elastyczna i wyraźnie piękniejsza. 

Dodatkowy składnik aktywny:
Woda z hamamelisu bio o właściwościach łagodzących.

Cena: 34 zł / 200 ml



Czy to zbyt wygórowane oczekiwanie, żeby płyn micelarny usunął tusz do rzęs? Zwykły, wcale nie wodoodporny? Nie sądzę. A jednak Hydra Vegetal nie daje sobie z tym rady. Demakijaż jednym gestem, jak obiecuje producent? Dobre sobie. Ten płyn jest po prostu słaby. Nie usuwa makijażu, tylko go rozmazuje, niemiłosiernie brudząc skórę wokół oczu. Co oczywiście skutkuje tym, że choć micel sam w sobie jest łagodny i nie podrażnia oczu (tutaj mimo wszystko ogromny plus!), proces demakijażu do przyjemnych nie należy. Ani do ekonomicznych, bo wymaga wielu poprawek i fury wacików kosmetycznych.

Początkowo myślałam, że to wina mojego tuszu, ale próby z innymi maskarami szybko udowodniły, że wina leży po stronie Hydra Vegetal. Trzeba mu jednak przyznać, że z ostatnim krokiem oczyszczania, czyli tonizowaniem skóry, radzi sobie naprawdę dobrze, także z tej akurat obietnicy się wywiązuje. Delikatnie odpręża i koi, nie ściąga cery i nie oblepia jej. Świetnie, no ale to chyba nie o to chodzi, prawda? Gdybym chciała tonik, kupiłabym tonik. Chciałam płyn micelarny do demakijażu i klapa.


Co do wodoodpornych cieni w kremie ---> KLIK, mam mieszane uczucia. Z jednej strony piękne kolory i fantastyczna trwałość, z drugiej jednak kłopoty z aplikacją ...






Odkryj cień do powiek, który będzie odporny nawet na Twój najdłuższy dzień. Poznaj jego niezwykłą trwałość 12 h. Wodoodporny krem nie poddaje się upływowi czasu i pozostaje tak samo błyszczący po wielu godzinach. Nawet podczas upału, jego kremowa konsystencja o błyszczącym wykończeniu daje wyjątkowy komfort i idealnie komponuje się ze skórą. 
Delikatna dla oczu formuła, bogata w wyciąg z kasztanowca indyjskiego o właściwościach rozświetlających, przyciąga światło, aby uzyskać więcej blasku.

Produkt dostępny w 9 odcieniach, od nude do intensywnej śliwki, w zależności od twojego nastroju i karnacji.

Zalety produktu:
● Mimo upływu czasu kolor pozostaje błyszczący.
● Wodoodporny.
● Trwałość do 12h.
● Odporność na wodę i upał.
● Idealnie komponuje się ze skórą.
● Kremowa Konsystencja gwarantuje komfort nawet podczas upałów.

Cena: 46 zł / 7 ml



W palecie znajduje się 9 odcieni, z których ja mam trzy: bladoróżowy Mauve (02), ciemnofioletowy Prune (09) i turkusowy Turquoise (06). Wszystkie trzy są nasycone i mają połyskliwe, metaliczne wykończenie. Rzeczywiście są nie do zdarcia, nałożone rano, trwają na powiekach cały dzień. 

Można by zapytać, o co ci chodzi, kobieto? Otóż o to, że kiepsko się z nimi współpracuje. To są cienie w kremie, aplikowane za pomocą gąbeczki, jak błyszczyk. Nałożone na skórę, momentalnie zasychają, ciężko je rozetrzeć. Owszem, na całą powiekę w kilku szybkich ruchach można je wklepać (niekoniecznie równomiernie ...), ale o ile wygląda to dobrze przy niewymagającym precyzji najjaśniejszym odcieniu, tak przy ciemniejszych naprawdę jest już to kłopotliwe. O łączeniu kolorów nawet nie wspominam, trzeba radzić sobie palcem, pędzelki nie zdają egzaminu. Także o żadnych wyszukanych makijażach nie ma mowy. Pewnie można by potraktować je jako podbijającą kolory bazę dla innych cieni, ale szczerze mówiąc za 46 zł, które trzeba dać w regularnej cenie za jeden cień z tej serii, wolałabym nie musieć szukać dla nich alternatywnego zastosowania. Także pomimo kilku niezaprzeczalnych zalet, cieniom w kremie ostatecznie też mówię nie.

Jeśli mimo moich zastrzeżeń miałybyście na te cienie ochotę, z chęcią je oddam. Wyślę je pierwszej osobie, która zgłosi się w komentarzu.


Ciekawa jestem, czy miałyście do czynienia z tymi produktami i co o nich myślicie. Może jestem odosobniona w swojej pełnej rozczarowania opinii? Dajcie znać. 


Tak czy inaczej honoru Yves Rocher będę bronić w następnym wpisie o tej marce, bo płukanka octowa, która wyląduje na tapecie, zasługuje dla odmiany wyłącznie na pochwały. Ale to innym razem.


Tymczasem całuję,
w nieco lepszym humorze,
Cammie.



Ostatnia szansa na piękne, długie rzęsy!
Zapraszam do udziału w rozdaniu!



poniedziałek, 28 października 2013

Dekoracje z dyni, czyli ładne rzeczy (6)

Obchodzicie Halloween? Ja nie. I przyznam szczerze, że zmęczona jestem wszechobecnymi ostatnio akcentami, dowodzącymi, że ten dzień nieuchronnie się zbliża. Spośród halloweenowych symboli, tych wszystkich wątpliwej urody duchów, kościotrupów, nietoperzy i pająków, na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się dynia. Na przekór konwencji, pełnej straszących zębiskami wydrążonych dyniowych głów, postaram się dziś udowodnić Wam, jak potrafi być dekoracyjna i stylowa. Zapraszam na kolejny post z cyklu Ładne rzeczy :)))


Kiedy w poszukiwaniu inspiracji zaczęłam przeglądać zdjęcia, urzekły mnie najprostsze pomysły. To niesamowite, w jak nieskomplikowany sposób zwykłą dynię można zmienić w naprawdę atrakcyjną jesienną dekorację.


Jako miłośniczka bieli, podziwiam aranżacje z dyniami pomalowanymi na biało. Spójrzcie, jak pięknie prezentuje się udekorowany białymi dyniami jesienny stół.






Pomalowana na biało dynia stanowi świetne tło dla rozmaitych dekoracyjnych detali. Nawet zwykły suchy liść wyeksponowany w ten sposób prezentuje się interesująco.






Zdobienie w postaci czarnej koronki wydaje się trudniejsze, z pewnością wymaga większej precyzji. Efekt na pewno zwraca uwagę.






Dużo prościej jest owinąć dynię koronką w całości, wykorzystując chociażby koronkową pończochę.






Ogromnie podoba mi się dynia przyozdobiona cekinami. Nie wydaje mi się to szczególnie trudne w wykonaniu, a prezentuje się naprawdę oryginalnie.






Jeśli chodzi o świecidełka, to równie biżuteryjnym, ale jednak bardziej eleganckim dekorem są drobinki błyszczącego confetti.






Dużo subtelniejszy, ale równie ciekawy wydaje mi się pomysł z obsypaniem dyni złotym glitterem. 



 



Fantastyczną propozycją jest też na pewno tęczowy efekt, jaki podobno uzyskać można za pomocą kredek roztopionych strumieniem gorącego powietrza suszarki do włosów.






Jeśli już o akcentach kolorystycznych mowa, to można też udekorować dynię w stylu ombre.






Jak widzicie, sposobów na ozdobienie dyni jest mnóstwo. Pokazałam Wam jedynie te, które mnie samej wpadły w oko, ale tylko od Waszego gustu i osobistych upodobań zależy, na jakie kolory i elementy dekoracyjne się zdecydujecie. Wcale nie trzeba ograniczać się do estetyki Halloween! O czym, mam nadzieję, udało mi się Was przekonać :)))


Jak Wam się podoba dynia w takim wydaniu?


Buziaki,
Cammie.


Marzysz o pięknych rzęsach?
Zapraszam do udziału w rozdaniu!





piątek, 25 października 2013

Dojrzała brzoskwinia, czyli Inglot nr 355

Brzoskwiniowe odcienie to jedne z niewielu pasteli, które toleruję na swoich paznokciach. Inne, z nielicznymi wyjątkami (mięta!), wydają mi się jakieś mdłe i mało konkretne. Ale brzoskwinkę naprawdę lubię, dlatego skakałam do góry, kiedy niedawno trafił w moje ręce lakier Inglot nr 355 [pamiętacie? KLIK]. Daleko mu co prawda do mojego kolorystycznego ideału w tej kategorii, czyli Essie A Crewed Interest ---> KLIK, ale i tak cieszy oko. To ciepły odcień dojrzałej, słodkiej brzoskwini z domieszką złotego pyłku, na paznokciach niestety zupełnie niewidocznego. 






Pomimo wspomnianej złotej mgiełki, lakier wykończenie ma zupełnie kremowe, złoto kompletnie gdzieś się gubi. Prezentuje się grzecznie i schludnie. 






Początkowo denerwowały mnie łososiowe tony, które w nim dostrzegałam, ale ostatecznie oswoiłam się i nosiłam go z dużą przyjemnością, zwłaszcza od kiedy okazało się, że wręcz idealnie pasuje do mojego ulubionego ostatnio naszyjnika.






Kolor ładny, uroku nie mogę mu odmówić, ale zachwalać tego lakieru szczególnie nie będę, bo jednak jego aplikacja do najprzyjemniejszych nie należy. Smuży, a pełne krycie daje dopiero przy trzeciej warstwie. Tak to już jest z pastelami, zwykle sprawiają takie kłopoty. Dobrze, że przynajmniej trwałość jest przyzwoita (cztery, pięć dni), w innym przypadku mogłoby mi się nie chcieć męczyć z malowaniem.


A Wy? Pomęczyłybyście się dla takiej słodkiej brzoskwinki? :)))


Buziaki,
udanego weekendu!
Cammie.


czwartek, 24 października 2013

Pączki z różą, czyli woda różana Ikarov

Kocham pączki, nie umiem się im oprzeć. Zwłaszcza tym tradycyjnym, z różą. Złamię dla nich każdą dietę. Dlatego przeżyłam szok, kiedy po początkowej euforii wywołanej zapachem wody różanej Ikarov, pachnącej wypisz wymaluj niczym słodki pączek z różanym nadzieniem, zaczęło mnie od niego odrzucać ... Ale po kolei.

Woda różana Ikarov, jak wszystkie zresztą produkty tej bułgarskiej marki (której wyłącznym dystrybutorem w Polsce jest Natur Polska ---> KLIK), to kosmetyk w 100% naturalny. W jej arcyprostym składzie znajdziecie tylko wodę i olejek ze szlachetnej róży damasceńskiej. Polecana jest głównie do oczyszczania i odświeżania skóry twarzy i dekoltu, ale znajduje też zastosowanie w łagodzeniu podrażnień po goleniu, regeneracji włosów, można ją także stosować do pielęgnacji niemowląt i dzieci. 






Róża bułgarska (róża damasceńska) od zarania wieków uważana jest za najszlachetniejszy gatunek tego kwiatu na całym świecie. Wodę różaną z róży damasceńskiej uzyskuje się w długotrwałym procesie destylacji płatków i ceni przede wszystkim za niezwykłe właściwości odświeżające i oczyszczające. Można ją stosować do każdego typu skóry (także wrażliwej). Woda różana jednocześnie nawilża, odświeża i łagodzi podrażnienia. Posiada działanie tonizujące i przygotowujące skórę do nałożeniem innego kosmetyku, np. kremu. Dzięki zawartości olejku różanego, działa dezynfekująco i antybakteryjne, a także łagodzi stany alergiczne, egzemy itp. Jest polecana do pielęgnacji skóry niemowląt oraz skóry po goleniu. Uważa się ją za jeden z najwspanialszych afrodyzjaków.

Woda różana stymuluje odbudowę zniszczonej i starzejącej się tkanki, poprawia cyrkulację krwi i gospodarkę wodną skóry. Można ją stosować na zmęczone, opuchnięte oczy. Koi skórę po zabiegach pilingujących, po opalaniu (na słońcu lub w solarium). Jest również stosowana w celu regeneracji zniszczonych, suchych i łamliwych włosów.

Woda różna Ikarov jest kosmetykiem w 100% naturalnym.

Cena: około 20 zł / 125 ml







Ciemnoniebieska, chroniąca zawartość butelka zawiera 125 ml płynu. Opakowanie nie jest może najpiękniejsze, ale z pewnością za to praktyczne, lekkie, bo plastikowe, a dzięki elementowi z maleńką dziurką zasłaniającemu ujście, precyzyjnie dozujące.









Ze względu na niewielką pojemność, zdecydowałam się stosować wodę różaną jako tonik (nie wiem, ile musiałabym wylać jej na moje długie włosy, żeby zauważyć jakieś regenerujące efekty, pewnie od razu całą butelkę, co nie byłoby rozwiązaniem ekonomicznym). Przemywałam nią twarz rano i wieczorem w tradycyjny sposób, aplikując ją na wacik i przecierając twarz. 

Woda wspaniale spisywała się w tonizowaniu cery, odprężając ją, odświeżając i kojąc, dając jednocześnie uczucie lekkiego nawilżenia. Nie oblepiała przy tym skóry żadnym nieprzyjemnym filmem. W dodatku ten zapach! Czysto różany, esencjonalny, intensywny, wyraźny. Początkowo byłam nim oczarowana. Z biegiem czasu jednak niestety zaczął mnie męczyć, dusić, odrzucać. Pomimo całej mej miłości do pączków z różą. Potwierdziła się stara prawda, co za dużo, to niezdrowo! 

Nie mam żadnych zastrzeżeń do właściwości tej wody, w mojej pielęgnacji sprawdziła się świetnie. Po prostu czułam, że cera dobrze na nią reaguje, zyskując na kondycji. Nie wiem, jak to możliwe, bo to w końcu tylko hydrolat, ale poziom nawilżenia naprawdę wydawał się wzrastać. Nawet wydajność okazała się przyzwoita przy takim stosowaniu, na jakie się zdecydowałam. Tylko ten różany zapach ... Chyba jednak za mocny. 

Woda różana Ikarov to doskonała jakość, prosty, bezpieczny skład i mnogość zastosowań. Plus zapach. Charakterystyczny i naprawdę intensywny. Osobom o wrażliwym powonieniu może przeszkadzać. Ale miłośnikom róż polecam! No dobra, miłośnikom pączków z różą też :DDD


Skusiłby Was taki esencjonalny różany zapach? Czy też jeśli chodzi o różę, zostajecie wyłącznie przy pączkach? :DDD


Za jakiś czas zaproszę Was jeszcze na recenzję oleju kokosowego i arganowego z asortymentu Ikarov, tymczasem całuję,

Cammie.




środa, 23 października 2013

Niespodzianka z Lidla, czyli mleko lactose free

Wiem, że temat dzisiejszego posta w bezpośredni sposób dotyczy pewnie zaledwie garstki z Was (i dobrze!), ale mimo to uważam, że wart jest kilku słów. Każdy, kto zetknął się z nietolerancją laktozy, na pewno się ze mną zgodzi. Możecie dziwić się, że piszę o czymś tak odległym od świata kosmetyków, ale z drugiej strony tyle miejsca poświęciłam już na blogu szeroko rozumianym kwestiom żywienia [polecam zakładkę Kulinaria ---> KLIK], w tym alergiom pokarmowym [niesłabnącym zainteresowaniem cieszy się chociażby post o mleku roślinnym ---> KLIK], że i wpis o nietolerancji laktozy jest w sumie uzasadniony.


Nietolerancja laktozy, czyli cukru mlecznego, objawia się przykrymi dolegliwościami układu pokarmowego, coraz częściej słyszy się też o powodowanych spożywaniem mleka kłopotach z cerą. Mam z tym niestety styczność na co dzień, bo ze wspomnianymi problemami boryka się mój mąż. Jaką przyjemną niespodzianką było więc dla mnie mleko oczyszczone z laktozy, na które ostatnio natknęłam się w Lidlu!






Nie mam pojęcia, czy to generalnie nowość w asortymencie sieci, czy też po prostu nowość w moim lokalnym sklepie, fakt jest faktem, że nie było, a jest, częściowo odtłuszczone (1,5%) mleko o zawartości laktozy poniżej 0,01 g / 100 g. W dodatku w świetnej cenie, około 3,5 zł za litr.

Mleko typu lactose free nie jest czymś, czego nie mogłam kupić wcześniej, ale na pewno nie za tak niską cenę i nie ot tak, od ręki, w pobliskim sklepie. Owszem, w luksusowych delikatesach czy w sklepach ze zdrową żywnością jak najbardziej, ale nie w zwykłym markecie za rogiem. Także naprawdę jestem pod wrażeniem, że mleko bez laktozy pojawiło się akurat w Lidlu. Choć jak się dobrze zastanowić, pewnie był to ze strony tej sieci krok przemyślany i uzasadniony ekonomicznie, podobno na różne formy nietolerancji laktozy cierpi aż 70% populacji! Szacunki dotyczące Polaków wskazują co prawda na liczbę mniejszego rzędu, około 35%, ale to przecież ciągle sporo. 

Wiecie, jaka to przyjemność zjeść na wspólne rodzinne śniadanie dawno nie widziane w menu naleśniki, bez zastanawiania się, czy ktoś bliski nie przypłaci tego złym samopoczuciem? Wlać mleko do musli bez strachu przed żołądkowymi sensacjami? Zrobić kakao? Podać zimne prosto z lodówki? Chociaż tyle, bo nadal poza zasięgiem pozostają jogurty, sery, czy lody ... 


Nietolerancji laktozy można nabawić się w każdym wieku, po prostu zdarza się, że stopniowo tracimy zdolność jej trawienia. Bardzo ogranicza to codzienną dietę i naprawdę cudownie, że można bezpiecznie uzupełnić ją o mleko oczyszczone z tego naturalnego cukru. Mam oczywiście nadzieję, że problem Was nie dotyczy, ale jeśli jednak znajdujecie się wśród wspomnianych wyżej 35% dotkniętych tą pokarmową nietolerancją, podzielcie się, proszę, swoimi doświadczeniami. Co jecie, czego unikacie, gdzie robicie zakupy?


Trzymajcie się zdrowo,
Cammie.




wtorek, 22 października 2013

Cudne wieści, czyli MAC online!

Co prawda pisałam o tym wczoraj na FB, ale wiem, że nie wszyscy tam zaglądają (swoją drogą, zapraszam ---> KLIK], a informacja jest tego kalibru, że nie zaszkodzi się powtórzyć. MAC startuje w Polsce ze sprzedażą online [KLIK]! Czyż to nie cudowna wiadomość? :DDD






Wspaniale, prawda? Pamiętam, jak wspólnie narzekałyśmy na kiepską dostępność marki w Polsce, teraz powinnyśmy być usatysfakcjonowane. Nareszcie MAC na wyciągnięcie ręki. A właściwie na jedno kliknięcie. I wygląda na to, że strona już działa, koszyk się ładuje.

Przesyłka standardowo ma kosztować 28 zł, czyli nie tak mało, ale aktualnie z okazji otwarcia sklepu online jest darmowa. Co do płatności, to akceptowane są jedynie karty kredytowe (Visa, Master Card i American Express) i debetowe, nie ma możliwości dokonania zapłaty przelewem czy przez paypal. Wiem, że wielu z Was to ograniczenie niestety utrudni bądź wręcz uniemożliwi zakupy, ale myślę, że uruchomienie sklepu internetowego na obecnych warunkach to i tak ogromny krok do przodu.

Edit: Podobno dostępna jest też opcja "płatność gotówką przy odbiorze"! Dziwne, wydaje mi się, że rano nie było jeszcze takiej możliwości. W każdym razie nie jest tak źle :)))


Ależ się cieszę! 

Buziaki,
Cammie.




niedziela, 20 października 2013

Brawa dla Wibo, czyli WOW Glamour Sand

Nie chcąc wystawiać na próbę Waszej cierpliwości, czym prędzej pokazuję drugi z kupionych przeze mnie niedawno nowych lakierów Wibo. Zapraszam na prezentację brokatowego piasku WOW Glamour Sand nr 3. Kiedy pokazywałam go Wam po raz pierwszy [KLIK], napisałam, że jest bordowy, ale okazało się, że byłam w błędzie. Nie wiem, zmyliło mnie chyba ostre, sztuczne światło w drogerii. Tak naprawdę to ciemnofioletowa, bakłażanowa baza z różowymi i złotymi drobinami brokatu. Ale nie czuję się rozczarowana, ten lakier jest przepiękny!









Dzięki drobinom brokatu piaskowa faktura jest mocno wyczuwalna i wyraźnie widoczna. Myślę, że nawet na zdjęciach będziecie w stanie dostrzec tę charakterystyczną dla piasków chropowatość. Ciemnofioletowa matowa baza plus złote i różowe iskierki, tym bardziej zauważalne, im mocniejsze światło na nie pada, bardzo to wszystko przyjemne dla oka. 

Lakier świetnie się nakłada, jest zwarty, ale nie za gęsty. Jest też dobrze kryjący, choć optymalny efekt dają dopiero dwie warstwy. Wysycha błyskawicznie, no i łatwo się zmywa, co w przypadku brokatów nie jest przecież wcale takie oczywiste.

Widzę w nim tylko jedną wadę. Choć trwałość ma fantastyczną (za pierwszym razem nosiłam go pięć dni), z biegiem czasu traci niestety nieco na świeżości. Wszystko przez to, że podatny jest na zanieczyszczenia. Niechronioną żadnym top coatem chropowatą fakturę trudno doczyścić po zwykłych codziennych czynnościach, chociażby z podkładu po porannym makijażu. To znaczy nic się na paznokciach nie zbiera, po prostu moc brokatu stopniowo słabnie. I tak się zastanawiam, czy w drodze eksperymentu nie zabezpieczyć tego lakieru jednak kiedyś top coatem. Ciekawe, jak by to wyglądało, możliwe, że się zdecyduję. Choć z drugiej strony, manicure bardzo łatwo odświeżyć, brak top coatu pozwala w dowolnej chwili dołożyć kolejną warstwę i na nowo cieszyć się świeżym efektem. Doskonała opcja dla w przypadku braku czasu na pełne malowanie paznokci.

Mimo tej drobnej niedogodności, o której wspomniałam, bardzo go polubiłam i raz za razem do niego wracam. Fajnie się prezentuje i pasuje do wszystkiego, bo kolor bazowy jest uniwersalny. Dobrze zainwestowane pięć złotych! Kolejny dowód na to, że lakier o ciekawym wykończeniu nie musi kosztować majątku. Wibo, brawo!


Kto jest na tak? :)))


Buziaki,
Cammie.




piątek, 18 października 2013

Pastelowe cukiereczki, czyli kolejna odsłona Wibo WOW Effect Matte Glitters

Zainteresowanych zapraszam dziś na kolejny pokaz możliwości Wibo WOW Effect Matte Glitters, czyli matującego topu z brokatem w odcieniu nr 2. Ostatnio [KLIK] zestawiałam go z jasnym lakierem bazowym, tym razem zgodnie z obietnicą prezentuję go na ciemnym tle granatowo-szarego Rimmel Salon Pro Punk Rock, który niebawem też na pewno doczeka się recenzji.

Tak jak przypuszczałam, na tle ciemnego lakieru top traci nieco ze swej subtelności, bo po prostu drobiny na zasadzie kontrastu są bardziej widoczne, można nawet rozróżnić poszczególne pastelowe odcienie brokatu. Uważne oko dostrzeże, że białe płatki opalizują na delikatny róż i błękit.

Jedna cienka warstwa gasi połysk lakieru bazowego, dając matowe tło dla płatków brokatu. Top aplikuje się zupełnie bezproblemowo, gładko i równomiernie. 






Dla wzmocnienia efektu kciuk pociągnęłam grubszą warstwą, ale szczerze mówiąc niezbyt mi się to podoba, za dużo się dzieje.






Po tych kilku eksperymentach mogę Wam powiedzieć, że jak na top za piątaka, to Wibo WOW Effect Matte Glitters spisuje się świetnie. W zależności od tła potrafi wyglądać całkiem inaczej. Na jasnym lakierze skrzy się jak lód, na ciemnym pokazuje swoje pastelowe, nieco cukierkowe oblicze. Zawsze jednak prezentuje się nienachalnie i mimo brokatu dość skromnie.

Gdybym miała wybierać, postawiłabym jednak na jasne tło. Jestem ogromnie ciekawa, jak wyglądałby na czystej bieli. Jest tylko jeden problem, nie mam białego lakieru :DDD


A Wy na którą opcję stawiacie? Mroźne kryształki czy pastelowe cukiereczki?


Buziaki,
Cammie.



środa, 16 października 2013

Jak piorun w rabarbar, czyli kosmetyczne zakupy w Biedronce

Naiwnością z mojej strony było myśleć, że kosmetyczne zakupy w Biedronce przebiegną bezproblemowo. To znaczy nie było tłumów i nawet towar nie był jeszcze za bardzo przetrzebiony, ale to, co zastałam na półkach, w koszach i na standach, po prostu powaliło mnie na łopatki. Bałagan, bałagan, bałagan, żeby nie użyć mocniejszego słowa. Jakby tornado przeszło po sklepie. Tornado, które z największą siłą uderzyło w kolorówkę :DDD Jakoś jednak udało mi się odgrzebać prawie wszystko, co mnie interesowało.


Kusiły mnie przede wszystkim produkty do kąpieli. Przekopałam kilka pudeł i w końcu spośród zwałów kul z zieloną herbatą, które najwyraźniej nie cieszyły się popularnością, znalazłam ostatnie sztuki z płatkami róży i z miodem.






Kosztowały niespełna 4 zł, czyli śmiesznie mało jak na produkt tego typu, musujący, z dodatkiem masła shea i naturalnych olejków. W dodatku ręcznie robiony, jak zapewnia producent. Na etykiecie widnieje marka Jardins de Provence, ale szybkie śledztwo wykazało, że pod tą enigmatyczną nazwą kryje się znana wszystkim Marba (znacie, znacie, na pewno kojarzycie linię kosmetyków Dairy Fun z taką charakterystyczną krówką, dostępną chociażby w Rossmannie).


Skusiłam się też na olejek do kąpieli Tutti Frutti z Farmony, wybrałam wersję karmelowo - cynamonową.






Półlitrowa butla olejku o przytulnym zapachu rozgrzanego karmelu i świeżo zmielonego cynamonu kosztowała niespełna 10 zł. Producent obiecuje obfitą pianę, relaks dla zmysłów i nawilżenie dla ciała. Oby tak było!


No i na koniec zanurkowałam w kolorówce. Wszystko było pomieszane i porozrzucane, widać było, że kosmetyki przeglądało mnóstwo osób, nie dbając o odłożenie ich na właściwe miejsce. Jakby piorun w rabarbar strzelił :DDD 

Nastawiałam się głównie na lakiery, ale dostępne kolory wydały mi się jakieś takie wtórne i w końcu nie wzięłam żadnego. W gazetce zaciekawiły mnie linery, jednak niestety nie udało mi się ich odnaleźć. Ostatecznie zdecydowałam się tylko na tusz do rzęs Bell.






Wybrałam wersję pogrubiającą, czyli Ladycode Super Volume. Zobaczymy, jak się spisze. Wygląda obiecująco, lubię takie tradycyjne duże szczoty. Dokładnej ceny nie pamiętam, ale nie było to więcej niż 8-9 zł.


Mogę narzekać na bałagan, ale muszę podkreślić jedną zasadniczą przewagę Biedronki nad drogeriami. Blistry! Wszystkie kolorowe kosmetyki opakowane są w plastikowe osłonki, dzięki czemu nareszcie mam pewność, że nikt przede mną się do nich nie dobierał. Jeśli choć raz nacięłyście się na kompletnie wyschnięty tusz do rzęs czy aż nieprzyzwoicie wymacaną pomadkę, płacąc za nie niejednokrotnie spore sumy w eleganckich sklepach, na pewno wiecie, o czym mowa. Pod tym względem Biedronka górą!


Na koniec zdradzę Wam jeszcze, jak łatwo sprawdzić producenta kosmetyków czy innych rzeczy dostępnych w różnych sklepach pod tak zwanymi markami własnymi. Wystarczy kod kreskowy wpisać do specjalnej wyszukiwarki! Polecam Wam tę stronę ---> KLIK. Właśnie tak ustaliłam, że Jardins de Provence to tak naprawdę Marba.


Skusiłyście się na biedronkową kosmetyczną ofertę specjalną? Kupiłyście coś, czy tylko zrobiłyście bałagan? ;)))


Buziaki,
Cammie.





wtorek, 15 października 2013

Dobrana para, czyli nudziakowy zestaw Inglot

Jeśli chodzi o konkursy, nie miałam ostatnio dobrej passy, ale w końcu szczęście uśmiechnęło się i do mnie. W rozdaniu u Beaaatki (znacie jej My Beauty World?) udało mi się zgarnąć nudziakowy zestaw Inglot :))) Śliczności!






Lakier, nr 355, to jasny brzoskwiniowy odcień ze złotym shimmerowym pyłkiem. Pomadka z kolei, nr 844, to coś pomiędzy beżem a zgaszonym różem. 






Dobrana para, pasują do siebie idealnie! Ogromnie się cieszę, że wygrana trafiła się akurat mnie.






Lakiery Inglota dobrze znam i wiem, czego mogę się spodziewać, ciekawi mnie raczej ta pomadka, bo przyznam, że po rozczarowaniu szminkami matowymi tej marki, inne omijałam szerokim łukiem. I chyba niesłusznie, bo pierwsze testy wypadły bardzo obiecująco i czuję, że miękkie satynowe wykończenie zatrze złe wspomnienie o wysuszających usta matach.


Zostawiam Was z tymi kilkoma zdjęciami, za jakiś czas i lakier, i pomadkę postaram się pokazać w akcji.


Tymczasem całuję,
Cammie.





sobota, 12 października 2013

Łap okazję, czyli Stylowe Zakupy i Nasz Jesienny Świat Kosmetyków

Październik okazał się bardzo łaskawy dla łowców promocji. Najgorętszą ofertą w ten weekend jest na pewno akcja Stylowe Zakupy magazynów Twój Styl i Grazia, dzięki której możemy skorzystać z atrakcyjnych zniżek w kilkudziesięciu sklepach, także online.






Warto się zainteresować, bo lista sklepów biorących udział w akcji jest naprawdę długa i można obkupić się i w ciuchy, i w buty, i w akcesoria. W kosmetyki oczywiście też. Dla przykładu: Drogerie Jasmin -25%, Douglas -15%, Golden Rose -20%, Inglot -20%, L'Occitane -15%, Mydlarnia u Franciszka-20%, Organique -20%, Sephora -20%, Stenders -25%. Pełną listę znajdziecie TUTAJ.



Żadnej miłośniczce okazji kosmetycznych nie powinna ujść też uwadze najnowsza oferta specjalna Biedronki, Nasz Jesienny Świat Kosmetyków, obowiązująca do 23 października. Biedronka już zdążyła nas przyzwyczaić, że od czasu do czasu rozpieszcza nas kosmetykami w śmiesznie niskich cenach. Poniżej wybrane strony z gazetki.



























Jeśli chodzi o Stylowe Zakupy, to akcja cieszy się ogromną popularnością, co widać po tłumach szturmujących galerie handlowe. Wybrałam się rano załatwić jedną sprawę i przeżyłam szok na widok tych wszystkich ludzi. Także owszem, polujcie na okazje, ale porzućcie nadzieje, że zrobicie te zakupy komfortowo. Wybieracie się na łowy? Powodzenia!

W Biedronce na pewno będzie dużo łatwiej. Raz, że akcja trwa dłużej, dwa, że jednak taka oferta nie wszystkich interesuje. Ja na pewno skuszę się na olejki do kąpieli i lakiery do paznokci, przyjrzę się też tuszom do rzęs i linerom. A Wy co macie na oku?


Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam udanych zakupów!

Buziaki,
Cammie.




piątek, 11 października 2013

Błyskotka skuta lodem, czyli Wibo WOW Effect Matte Glitters

Zaraz się wścieknę. Zrobiłam tysiąc pięćset sto dziewięćset zdjęć i tylko jedno jedyne jako tako oddaje to, co chcę Wam pokazać. Efekt nowego Wibo WOW Effect Matte Glitters nr 2 okazał się tak subtelny, że aparat nie mógł go uchwycić. Mam nadzieję, że mimo wszystko zdołacie dostrzec potencjał tego lakieru. Przypomnę, że chodzi o matujący top z białymi płatkami brokatu.






Formuła topu była dla mnie zagadką, brokat jakoś kłócił mi się z matem. Ale powiem Wam, że wbrew pozorom brokatowy mat to nie oksymoron :DDD Top rzeczywiście wyraźnie matuje lakier bazowy, który traci cały swój połysk, dając doskonałe tło dla brokatowych drobinek, których błysk, choć wyraźny, też jest mocno zdyscyplinowany matowym wykończeniem. Nie wiem, jak Wam to dobrze opisać, wydaje mi się, że najtrafniejszym porównaniem jest tafla lodu, brokatowe płatki wyglądają jak uwięzione pod jego warstwą.






Tak jak wspomniałam, efekt, uzależniony od światła i kąta patrzenia, jest bardzo subtelny i trudno uchwycić go na zdjęciu, ale na żywo prezentuje się bardzo ciekawie. Ślicznie i nienachalnie. Brokat jest niby biały, ale migoce jak płatki śniegu, pokazując swoje delikatne pastelowe oblicze. Wydaje mi się, że jasnoszary lakier bazowy, którego użyłam (MeMeMe) dość dobrze to podkreśla. Podejrzewam jednak, że na ciemniejszym tle top byłby bardziej widoczny, dlatego następnym razem spróbuję pokazać go Wam w duecie z jakimś mocnym różem albo granatem. Mam nadzieję, że zdjęcia będą lepsze :DDD Choć oczywiście liczę na to, że i na tym dzisiejszym w jakimś stopniu zdołałam pokazać Wam urok tej skutej lodem błyskotki. Dajcie znać, jak Wam się spodobała!


Buziaki,
Cammie.





czwartek, 10 października 2013

Zapasy na zimę, czyli moje nowe woski Yankee Candle

Nie jesteście jeszcze zmęczone woskami Yankee Candle? Mam wrażenie, że ostatnio są wszędzie, na blogach, na vlogach, na fejsie, aż strach do lodówki zaglądać :DDD Mimo wszystko zaryzykuję i pokażę Wam moje ostatnie zakupy, licząc na to, że jednak kogoś zainteresuję. Mierzę Was swoją miarą, bo ja mimo ogromnej popularności tych pachnidełek, nadal lubię o nich czytać. Wybór zapachów jest tak duży, że zawsze wypatrzę coś ciekawego. 

Parę dni temu w jednym z internetowych sklepów natknęłam się na fajną weekendową promocję (-20%) i uznałam, że grzechem byłoby nie skorzystać, zwłaszcza że coraz dłuższe i coraz chłodniejsze wieczory aż się proszą o kominek z jakimś otulającym dom zapachem. Także długo się nie zastanawiając, zamówiłam kilka wosków, uzupełniając zapasy na zbliżającą się zimę.






Jak widzicie, w moim zamówieniu znalazł się zarówno klasyk, Fluffy Towels (świeży zapach wypranych ręczników, jeszcze ciepłych po wyciągnięciu z suszarki, dopełniony nutami cytryny, jabłka, lawendy i lilii), jak i zupełna nowość, czyli Season of Peace (połączenie nut bergamotki, mięty pieprzowej, ylang ylang, patchouli zwieńczonych ziarnami wanilii, drzewem cedrowym i piżmem). Najbardziej ciekawa jestem jednak chyba Snow in Love (mieszanka kremowo-drzewnych nut otulonych pudrowym zapachem świeżego zimowego powietrza), choć kręcą mnie też męskie nuty w Beach Wood (mieszanka wetiweru, soli morskiej oraz dryfującego po morzu drewna), River Valley (wodne zielone akcenty ze szczyptą szałwii, bursztynu i dębu) i Lake Sunset (nastrojowe, zmysłowe piżmo). Aż nie wiem, od czego zacząć! 


Tak jak wspominałam, można poczuć przesyt woskami Yankee Candle ze względu na treści, które nas zewsząd atakują, ale nie wierzę, że można się zmęczyć ich zapachami jako takimi. Ja się w sumie nie dziwię, że zdobyły taką popularność, w końcu niewielkim kosztem pozwalają zbudować nastrój, ocieplić wnętrze i umilić dłużący się czas. 


Zgadzacie się ze mną? Czy macie już Yankee Candlee serdecznie dość? Piszcie szczerze! Zapamiętam sobie na przyszłość :DDD


Buziaki,
Cammie.




wtorek, 8 października 2013

Nie najgorzej, czyli wrześniowy ShinyBox

Skoro wrześniowy ShinyBox wbrew moim oczekiwaniom i tak do mnie dotarł, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprezentować Wam jego zawartość. I muszę przyznać, że robię to z przyjemnością, bo pudełko wydaje mi się całkiem atrakcyjne. Powinno zadowolić i miłośniczki pielęgnacji, i wielbicielki makijażu.


Co zatem znalazło się w środku? 


TONI & GUY
Shine Gloss Serum

SCOTTISH FINE SOAPS
mleczko do ciała

PHENOME
szampon do włosów przywracający równowagę skóry głowy

GLAZEL
kredka do oczu

PAESE
róż z olejem arganowym

Dla porządku dodam jeszcze, że do pudełka dołączona była też próbeczka Bio Serum Skin Archi-Tec Dermo Pharma oraz ulotka marki Bioperla dająca 10% zniżki na zakupy w sklepie internetowym. 


Szczegółowo o zawartości wrześniowego pudełka możecie poczytać TUTAJ.






Ucieszyło mnie to, że w pudełku znalazły się marki, które nie są dla mnie dostępne na wyciągnięcie ręki. I nie chodzi nawet o półkę cenową, bo najdroższy produkt w pełnym wymiarze kosztuje raptem 75 zł, ale o to, że trudno je znaleźć w pierwszym lepszym sklepie. Po raz pierwszy mam w rękach kosmetyki Glazel i Paese (oba pełnowymiarowe!), z Phenome, Scottish Fine Soaps i Toni&Guy miałam już co prawda styczność, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że znam asortyment tych marek na wylot. Także jeśli chodzi o aspekt poznawczy, to mój głód nowości został we wrześniu zaspokojony.

Najsłabszym punktem wydaje mi się serum Toni&Guy, ale nie względu na jakość produktu, bo do niej odnieść się jeszcze nie mogę, tylko fakt, że w sierpniu ShinyBox proponował produkt z tej samej kategorii. Miesiąc po miesiącu można poczuć lekki przesyt.

Najbardziej spodobała mi się kolorówka, zwłaszcza czarna kredka do oczu z aplikatorem Glazel. Róż Paese ucieszyłby mnie pewnie bardziej, gdyby trafił mi się kolor lepiej pasujący do mojej karnacji. Odcień nr 41, który dostałam, będzie chyba dla mnie nieco za ciepły.


Tak to właśnie wygląda. Nie najgorzej, prawda? Jak myślicie?

Buziaki,
Cammie.





niedziela, 6 października 2013

Przywrócony do łask, czyli szaraczek Kiko

Wiem, że czekacie na prezentację nowości Wibo, ale zanim przygotuję zdjęcia, minie trochę czasu, a tak się składa, że Kiko nr 327 mogę pokazać Wam już dziś. Mam ten lakier od dawna, nawet już kiedyś gościł na blogu w zestawieniu z brokatowym topem, ale jakoś nie doczekał się nigdy pełnej recenzji. Tymczasem ostatnio wrócił do łask i pomyślałam, że taka piękna szarość zasługuje na odrębnego posta.






Kiko nr 327 to głęboki, ciemny odcień szarości o idealnie kremowym wykończeniu. Kolor bezpieczny i uniwersalny, pasujący do wszystkiego. Stanowi też dobrą bazę pod wszelkie świecidełkowe topy, choć najlepiej moim zdaniem współgra ze srebrem i zgaszonym różem. Lubię zestawiać go z Essence Romeo & Julia i O.P.I. Pink Yet Lavender. Solo chyba jednak podoba mi się najbardziej.






1. Dostępność - 0 (marka w Polsce trudno dostępna).
2. Cena - 1 (niewygórowana, około 10 zł).
3. Kolor - 1 (może i powtarzalny, ale głęboki i nasycony).
4. Aplikacja - 1 (dość prosta, choć trzeba uważać na gęstą konsystencję, która może utrudniać precyzyjne malowanie).
5. Pędzelek - 1 (raczej szeroki, wygodny i poręczny).
6. Krycie - 1 (bardzo, bardzo dobre, na upartego wystarczy jedna warstwa).
7. Wysychanie - 1 (szybkie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Golden Rose All in One, Golden Rose Gel Look Top Coat) - 1 (bezproblemowa).
9. Trwałość - 1 (świetna, kilkudniowa).
10. Zmywanie - 1 (nadspodziewanie łatwe, co nie jest oczywistością przy ciemnych kolorach).

Moja ocena: 9/10.


Nie jest tajemnicą, że lakiery Kiko bardzo lubię, ubolewając, że ciągle jeszcze mamy do nich w Polsce mocno ograniczony dostęp. Szaraczek też mnie nie zawiódł, nie odstaje jakością od innych odcieni, jakie znam. W dodatku sprawdza się w wielu sytuacjach, bo mimo wyrazistości nie bije po oczach. Noszę go z dużą przyjemnością. I coś mi mówi, że będzie doskonałym tłem dla białych płatków Wibo, które pokazywałam Wam wczoraj. Sprawdzę!


Tymczasem całuję,
Cammie.




sobota, 5 października 2013

Wow, czyli lakierowe nowości Wibo

Z początkiem października pojawiła się nowa lakierowa kolekcja Wibo, w skład której wchodzą trzy linie, WOW Sand Effect, WOW Glamour Sand i Effect WOW Matte Glitters. Po pierwszych zdjęciach, jakie widziałam w sieci, napaliłam się na nią ogromnie i oczywiście przy pierwszej sposobności pobiegłam do sklepu. Resztką silnej woli powstrzymałam się przed zgarnięciem z półki wszystkiego, ostatecznie zwyciężył rozsądek i zdecydowałam się tylko na dwie sztuki, WOW Glamour Sand nr 3, czyli połyskujący brokatem bordowy piasek i WOW Effect Matte Glitters nr 2, czyli matowy topcoat ze śnieżnobiałymi płatkami brokatu. Spójrzcie tylko na te śliczności, naprawę wow!












Teraz żałuję, że nie wzięłam jeszcze złotego topcoatu, był taki piękny ... Coś czuję, że prędzej czy później będzie mój. Pozostałe odcienie piasków brokatowych też kuszą! Już sama nie wiem, czy ta moja wstrzemięźliwość w czasie zakupów w ogóle miała sens :DDD


Tylko ja uległam urokowi tych cudowności, czy Wy też straciłyście głowę?


Buziaki,
Cammie.





piątek, 4 października 2013

Bye bye bad hair day, czyli odkrycia września

Nie mogę uwierzyć, że to już październik! Jak mówi mój mąż, czas nie biegnie, czas zap.....la. Wybaczcie wulgaryzm, ale taka jest prawda :D Dni mijają nie wiadomo kiedy, jeszcze nie zdążyłam pożegnać się z latem, a już pełnia jesieni. Nie narzekam, smutno mi tylko.

Skoro już nadszedł ten październik, warto krótko podsumować wrzesień. Zapraszam na post z serii Odkrycia miesiąca.

Tak się złożyło, że oba produkty, o których chcę Wam dziś napisać, to kosmetyki do włosów, perełka z sierpniowego ShinyBoxa, nabłyszczające serum na zniszczone końcówki Indola Innova Glamour Sparkling Ends oraz niespodziewanie dla mnie samej szampon z odżywką 2 w 1 Avon Advance Techniques Daily Shine.






Indola Innova Glamour Sparkling Ends - serum na zniszczone końcówki włosów

Serum - fluid na zniszczone końce, zapewnia włosom gładkość i połysk jak lustro, zmniejsza rozdwojenie końcówek nawet o 90%. Pozostawia włosy wygładzone i błyszczące.



Na szczęście włosy mam zdrowe i nie borykam się z problemem rozdwajających się końcówek, ale mimo to serum Indola zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Odkąd pod koniec sierpnia użyłam je po raz pierwszy, tak sięgam po nie praktycznie codziennie. Moje włosy je pokochały! Trochę się obawiałam, że będą obciążone i oklapnięte, bo niepokoiła mnie jego zwarta i dość gęsta jak na produkt tego typu konsystencja, ale okazało się, że nic z tych rzeczy. Dwie, trzy pompki tej cudownej białej emulsji wystarczają, by włosy mojej długości (do pasa) zdyscyplinować, wygładzić i nabłyszczyć. W kilka sekund plus sto do świetnego wyglądu i świetnego samopoczucia. W końcu nie od dziś wiadomo, że to fryzura decyduje o tym, jaki będzie nasz dzień :DDD

Owszem, serum w składzie ma silikony, ale należące do grupy lotnych, czyli nie kumulujących się. Moim włosom służą. Fryzura cały dzień wygląda dobrze, a praktycznie zawsze włosy noszę rozpuszczone. Nie kołtunią się i nie elektryzują, przez wiele godzin zachowując gładkość i wyraźnie zwiększoną objętość.

Choćbym chciała, nie mam się do czego przyczepić, to serum jest dla mnie idealne. Zachwyciło mnie na tyle, że zaczęłam interesować się innymi produktami tej marki, bo przyznaję, że wcześniej o niej nie słyszałam.Wygląda na to, że nie należą do najtańszych, ale zaporowych cen też nie mają. Glamour Sparkling Ends to koszt około 30 zł.Biorąc pod uwagę jakość i wydajność, uważam, że to cena atrakcyjna. Długowłose, warto rozważyć zakup!


Jeśli chodzi o szampon Avon, to sprawa ma się tak, że weszłam w jego posiadanie przez zupełny przypadek. Sama nigdy nie zdecydowałabym się na szampon tej marki, a już na pewno nie taki typu 2 w 1. Tymczasem pośrednicząc w zamówieniu dla koleżanki, która w drodze eksperymentu zamówiła go dla siebie, zostałam postawiona przed faktem, bo konsultantka, u której składałam zamówienie, pomyliła się i zamówiła dwie sztuki. Chcąc nie chcąc jedną zostawiłam dla siebie. I wiecie co? Avon Advance Techniques Daily Shine to rewelacja!






Formuła wzbogacona o keratynę z pro-witaminą B5 nadaje włosom zdrowy wygląd, wzmacniając je, odbudowując i zabezpieczając przed zniszczeniami. Mycie i odżywianie w jednym, prostym zabiegu.




Mam bardzo długie włosy, które myję codziennie rano. Całe życie unikałam szamponów 2 w 1, bo i tak zwykle musiałam użyć po nich odżywki, w innym przypadku nie dawały się rozczesać i po prostu źle wyglądały. Daily Shine to jedyny znany mi szampon tego typu, który nie tylko świetnie myje włosy, ale jednocześnie odczuwalnie je pielęgnuje, odżywka naprawdę nie jest potrzebna. A wiecie, co to dla mnie oznacza? Oszczędność czasu, dodatkowych kilka minut snu, jeden krok w porannej rutynie mniej. I to jest właśnie dla mnie największa, bezcenna zaleta tego szamponu. Co do ceny, wiadomo, jak to w Avon, zależy od aktualnej oferty i zamawianej pojemności, ale nie są to duże kwoty, od kilku do kilkunastu złotych.

Dowodem mojej sympatii do tego szamponu jest fakt, że zużyłam tę pierwszą, przypadkowo kupioną butelkę i zamówiłam kolejną  Ogromną, niemal półlitrową :DDD To chyba mówi samo za siebie.


Czegokolwiek bym nie napisała na temat moich wrześniowych odkryć, jedno jest pewne - chodzę ostatnio uczesana jak człowiek, niemal zapomniałam, czym jest bad hair day :DDD 


Znacie produkty, które pokazałam? Co o nich sądzicie? I co ciekawego wpadło Wam w ręce we wrześniu?


Buziaki,
Cammie.