beauty & lifestyle blog

sobota, 30 listopada 2013

Summa summarum, czyli podsumowanie listopada

Żegnamy dziś listopad, zapraszam więc na kolejny post z serii Summa summarum. Poprzedni ---> KLIK przypadł Wam do gustu, więc wszystko wskazuje na to, że mój pomysł na podsumowanie miesiąca się przyjął. Bardzo się cieszę! 






Mam wrażenie, że listopad minął przede wszystkim pod znakiem zakupów. Drogeryjne sieciówki dopieściły nas atrakcyjnymi zniżkami, czego konsekwencją na blogach była fala wpisów o zakupowych planach i zakupowych zdobyczach. I choć niektórzy narzekali na przesyt tematem, to mimo wszystko posty te cieszyły się olbrzymią popularnością. No to pięknie! nie było pod tym względem wyjątkiem, to właśnie wpisy o mojej zakupowej liście ---> KLIKzakupach z Rossmanna ---> KLIK wzbudziły w listopadzie Wasze największe zainteresowanie. Mnie to akurat nie dziwi, sama też zawsze chętnie podglądam, co kupują moje ulubione blogerki. 

Bardzo ucieszył mnie fakt, że równie dużym zainteresowaniem obdarzyłyście też post o mojej walce z przebarwieniami ---> KLIK, w którym podsumowałam półroczną kurację kwasem azelainowym. Dziękuję Wam z tego miejsca za wszystkie miłe, podbudowujące słowa, które padły w komentarzach, potrzebowałam ich. Na szczęście zdjęcia bez retuszu nie przyciągnęły złośliwych trolli, czego się szczerze mówiąc trochę obawiałam, bo niestety zdarzało się to w przeszłości. 

Ostatnim listopadowym postem, który chciałabym Wam przypomnieć, jest wpis z instruktażem profesjonalnego malowania paznokci ---> KLIK. Temat, jak się okazało, przyciągnął sporo czytelniczek, a to znak, że wydał się Wam ciekawy. Mam więc poczucie dobrze wykonanej roboty :DDD

Na fejsbukowym fanpejdżu No to pięknie! w listopadzie było wyjątkowo spokojnie, odcięłam się od kąśliwych uwag odnośnie rzekomego nadmiaru wpisów o promocjach, zdobyłam się w tej sprawie tylko na jeden, nieco ironiczny komentarz ---> KLIK. Dyskusja oczywiście się wywiązała, ale dużo więcej przyjemności sprawiła mi ta pod pewnym zabawnym zdjęciem ---> KLIK :)))

Jeśli chodzi o blogi, to muszę, po prostu muszę wspomnieć Wam o Madame Peacock i jej Pawich piórkach ---> KLIK. Czytam ten blog od jakiegoś czasu i nie mogę wyjść z zachwytu nie tylko nad makijażowym talentem autorki, ale też nad jej oryginalnym sposobem prezentacji swoich prac. Zajrzyjcie tam koniecznie i dajcie się uwieść tym charakterystycznym, gifowym mrugającym zdjęciom.

Na marginesie dodam jeszcze, że w listopadzie zadałam sobie trud i przejrzałam sobie dokładnie swoją bloggerową listę czytelniczą, czego już bardzo dawno nie robiłam. Przeżyłam szok, kiedy zorientowałam się, jak wiele martwych blogów na niej wisi! Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że tak wiele blogerek porzuca blogowanie. Smutne to. A najsmutniejsze, że nie każdego stać na tak prosty gest, jakim jest pożegnanie się z czytelnikami. Sama kojarzę chyba tylko dwa przypadki, w których blogerki przed zamilknięciem napisały "dziękuję, żegnajcie".

Odkryciem jutubowym w listopadzie była dla mnie zdecydowanie wszystkim na pewno znana na blogspocie Piękność Dnia ---> KLIK. Do niedawna nie widziałam, że nagrywa też filmy, ale odkąd obejrzałam pierwszy, wyczekuję kolejnych. I nie chodzi przy tym ani o ich jakość, ani treść. Na kolana powala mnie kojący jak balsam głos autorki, bardzo cenię sobie też język, jakim się wypowiada. Elokwencja na YT to rzadkość.

Oczywiście nie samymi blogami i vlogami człowiek żyje. Przyznam się Wam, że w ostatnich tygodniach każdą wolną chwilę poświęcałam ... Breaking Bad :DDD Już dawno żaden serial tak mnie nie wciągnął. Kończę powoli czwartą serię i już się martwię, że piąta jest ostatnia. Choć z drugiej strony cieszę się, że niedługo finał i nareszcie dowiem się, jak to się wszystko skończy. Wiem, pokręcone to, ale dozowanie sobie przyjemności kłóci się z ciekawością, która mnie zżera :DDD Świetny serial, naprawdę. Kto nie widział, brać się do oglądania! 

Przy okazji, co radzicie obejrzeć w następnej kolejności? Rozważam Homeland.

Oczywiście sporo też czytałam, ale o listopadowych lekturach jak zwykle napiszę Wam w osobnym poście. 



A Wam jak minął listopad? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.





czwartek, 28 listopada 2013

Bez retuszu, czyli pół roku z kwasem azelainowym

Długo zbierałam się napisania tego posta, bo chcąc podsumować moją półroczną kurację kwasem azelainowym, sama nie mogłam w uwierzyć w jej efekty. Zrobiłam mnóstwo zdjęć, ale NAPRAWDĘ na każdym to widać. Jest poprawa! Powiedźcie, że nie zwariowałam i też ją dostrzegacie :DDD Poniżej porównanie stanu mojej cery sprzed niemal trzech miesięcy i sprzed tygodnia. Oba zdjęcia zrobione w porannym dziennym świetle.Uwaga, zbliżenie bez retuszu!






Dla tych, którzy czytają No to pięknie! od niedawna albo natknęli się na ten post przez przypadek, krótko przypomnę swoją historię. Przebarwień nabawiłam się w czasie ciąży, podejrzewam, że powstały na tle moich ówczesnych dość poważnych problemów ze zdrowiem. Potem przez okrągły rok karmiłam moją córeczkę piersią, co wykluczało wszelkie inwazyjne zabiegi i w zasadzie dopiero od sześciu miesięcy mogę coś z tym problemem robić. Zdecydowałam się na kurację kwasem azelainowym i od początku opisywałam jej postępy. Pierwszy post, po sześciu tygodniach z Acne-Dermem, znajdziecie TUTAJ, drugi, po czternastu tygodniach, w czasie których sięgnęłam po Skinoren, przeczytacie TUTAJ. Dzisiejszy wpis to już trzecia część tej miniserii. I na pewno nie ostatnia, bo choć poprawa jest widoczna, to sporo jeszcze zostało do zrobienia.

Jak widać na zdjęciach, rozległe przebarwienia na policzkach od września wyraźnie zjaśniały. Moja kuracja w ostatnich tygodniach ponownie opierała się na maści Ance-Derm z 20% zawartością kwasu azelainowego. W codziennej pielęgnacji natomiast wspomagałam się filtrem Missha All Around Safe Block Waterproof Sun Milk SPF 50+ / PA +++, kremem La Roche - Posay Effaclar Duo oraz intensywnym serum rewitalizującym Bioliq.






Effaclar Duo stosowałam rano, w duecie z filtrem, po który sięgałam niezależnie od pogody i od tego, czy wychodziłam, czy też zostawałam w domu. Wieczorem nakładałam Acne-Derm, a tuż przed snem dla podniesienia komfortu cery aplikowałam jeszcze nawilżające serum Bioliq. Każdy z tych kosmetyków to temat na osobną recenzję i obiecuję Wam, że niebawem je przygotuję.

Acne-Derm bardzo polubiłam i podtrzymuję wszystko, co wcześniej na jego temat napisałam. Wartością dodaną jego działania na polu walki z przebarwieniami było to, że fantastycznie trzymał moją cerę w ryzach, niszcząc w zarodku wszelkie zmiany trądzikowe. Po odstawieniu maści problemy tej natury niestety szybko wróciły, Effeclar Duo stosowany solo niezbyt sobie z tym radzi. Nie jest źle, ale z Acne-Dermem było lepiej. Jednak zgodnie z zaleceniami producenta nie można stosować go dłużej niż sześć miesięcy, dlatego chcąc nie chcąc zmuszona byłam obmyślić nowy plan. Po konsultacji z bardziej doświadczonymi na tym polu koleżankami tym razem postawiłam na kwas kojowy, decydując się na eliksir wybielający przebarwienia i tonik depigmentacyjny z ZSK.






Nową kurację zacznę na dniach, o jej efektach będę Wam oczywiście donosić na bieżąco. Mam nadzieję, że okaże się skuteczna.


Wiem, że mojej cerze daleko jeszcze do ideału, ale nawet ta niewielka poprawa naprawdę mnie podbudowała. Udowodniła, że w pielęgnacji warto postawić na konsekwencję i systematyczność. Bardzo bym chciała, żeby mój przykład był dla Was motywacją do wytrwałości w pielęgnacyjnych postanowieniach, niezależnie od tego, z jakimi problemami dermatologicznymi się borykacie.


Trzymajcie się,
Cammie.







środa, 27 listopada 2013

Mało fuksji w fuksji, czyli kolejny odcień Joko New Vintage


Kiedy jakiś czas temu narzekałam na Temptress ---> KLIK, miałam nadzieję, że Royal Fuchsia, kolejny odcień z najnowszej lakierowej kolekcji Joko New Vintage, uratuje sytuację i zatrze złe wrażenie po kiepskim poprzedniku. Niestety, okazał się tylko odrobinę lepszy, nie wpływając szczególnie na zmianę mojej sceptycznej opinii. W zasadzie to ją po prostu ugruntował. 


Fuksja kojarzy mi się energetycznym, żywym, intensywnym różem, Royal Fuchsia jest natomiast kolorem dość stonowanym, ze sporą domieszką czerwieni, na paznokciach mocno odbiegającym od moich wyobrażeń. Nie tego się spodziewałam, zwłaszcza że w buteleczce lakier prezentuje się obiecująco.






Kolor to jednak kwestia gustu, nie jakości, a to właśnie do niej mam zastrzeżenia. Lakier może nie jest aż tak problematyczny, jak wcześniej Temptress, ale i tak jest się do czego przyczepić, głównie do stopnia krycia i trwałości. Royal Fuchsia kryje co prawda nieco lepiej niż poprzednik, ale dla wyrównania koloru mimo wszystko musiałam nałożyć trzecią warstwę, bo przy dwóch gdzieniegdzie zdarzały się prześwity. No i wspomniana trwałość, a w zasadzie jej brak. Już po dwóch dniach lakier nadawał się do zmycia, końcówki były w opłakanym stanie. Nie subtelnie otarte, po prostu ordynarnie zdarte, mimo zabezpieczenia dobrym topem. Przynajmniej ze zmywaniem tym razem nie było problemu, bo Temptress, jak może pamiętacie, okrutnie farbował.


Kolekcja New Vintage niestety mnie nie zachwyciła. Królewska fuksja nie zdołała mnie do niej przekonać. Wrażenia nie zrobił na mnie ani kolor tego lakieru, jak dla mnie nazwany fuksją trochę na wyrost, ani tym bardziej jego jakość.


A Wy co myślicie o New Vintage? No i jak podoba Wam się Royal Fuchsia? Nie za mało fuksji w tej fuksji?


Buziaki,
Cammie.





wtorek, 26 listopada 2013

Aromaterapia, czyli The Secret Soap Store


Koniec złudzeń, że zima tego roku zimuje gdzie indziej. Nadchodzi i jest już blisko. Wczoraj spadł pierwszy śnieg i po raz pierwszy naprawdę zmarzłam. Aż musiałam pocieszyć się nutellą :DDD Świat byłby smutny bez czekolady, nie sądzicie?

Bez kosmetyków nasz babski świat też byłby smutny. Zwłaszcza bez tych pachnących, przyjemnych nie tylko dla ciała, ale też i dla zmysłów. Dziś o dwóch takich poprawiaczach nastroju, pomarańczowym kremie do rąk i mydle z mandarynką i bergamotką, obu spod znaku The Secret Soap Store. Być może pamiętacie, że jakiś czas temu dostałam te cudeńka w prezencie od Pachnącej Wanny ---> KLIK.


Zacznę od kremu, bo zrobił na mnie większe wrażenie. Zasługuje na pierwszeństwo. 


 



Krem do rąk, dzięki wysokiej - 20% zawartości masła Shea, jest znakomitym kosmetykiem do pielęgnacji suchej i podrażnionej skóry rąk. Dodatkową jego zaletą kremu jest zniewalający zapach pomarańczy. Produkt przebadany dermatologicznie, nie testowany na zwierzętach, ekologiczny, nie zawiera organizmów modyfikowanych genetycznie. Produkt wolny od parabenów, olejów mineralnych i pochodnych ropy naftowej.

Cena: 20 zł / 70 ml.


Krem zamknięty w wyjątkowo prostej, pozbawionej nadruków tubce prezentuje się nieco ascetycznie, tym lepsze stanowiąc tło dla uroczej etykiety z nazwą produktu i logo marki. Zawartość broni się sama, nie potrzebuje krzykliwego opakowania. Masło shea (aż 20%!) sprawia, że krem otula ręce jak kojący opatrunek, przynosząc ulgę i łagodząc wszelkie podrażnienia, nawilżając i natłuszczając, stopniowo poprawiając kondycję skóry. Nie wchłania się co prawda bez śladu, daje raczej efekt chroniących dłonie niewidzialnych rękawiczek, ale jest to uczucie komfortowe, bez nieprzyjemnej lepkości. No i ten zapach! Bardzo wyczuwalny, pomarańczowy, ale nie kwaskowaty, tylko słodkawy, jakby doprawiony odrobiną cukru. Niezwykle kuszący. Polubiłam ten krem od pierwszego użycia i już czaję się na wersję porzeczkową!


Mydło też bardzo mi się spodobało, ale przyznam, że wzbudziło we mnie mniejsze emocje.







Mydło 100% roślinne z dodatkiem 8 naturalnych olejów roślinnych: olejek awokado (Eco-Cert), olejek shea/ karite, olejek macadamia, olejek jojoba, oliwa z oliwek, olejek ze słodkich migdałów, olejek winogronowy, olejki z palm kokosowych. Skoncentrowane działanie szerokiej gamy naturalnych olejów roślinnych i zawartych w nich witamin C, A, D, E, B oraz kwasów omega sprawia, że po umyciu skóra jest bardzo dobrze nawilżona, doskonale odżywiona i lekko natłuszczona. Produkt przebadany dermatologicznie, nie testowany na zwierzętach, ekologiczny, nie zawiera organizmów modyfikowanych genetycznie.

Cena: 12 zł / 160 g.


Jestem miłośniczką mydeł w kostce, a to sprawia, że po prostu mam mam duże porównanie i sięgając po nowe mydełko, oceniam je przez pryzmat wcześniejszych bogatych doświadczeń. The Secret Soap Store proponuje produkt niezaprzeczalnie bardzo dobry, ale nie na tyle oryginalny, żeby wyróżniać się na tle konkurencji. To naprawdę spora, ważąca 160 g, pełna naturalnych olejków kostka, nasycona mocnym, wypełniającym łazienkę mandarynkowym zapachem, słodkim jak mandarynkowa landrynka (bergamotki niestety nie wyczuwam). Zmydla się powoli i pieni z umiarem, co pozytywnie wpływa na wydajność, choć może zawieść oczekujących obfitej piany. Ale nie wysusza skóry i ma doskonałe właściwości myjące. Pisząc, że nie wyróżnia się na tle konkurencji mam na myśli tylko tyle, że z chęcią wrzuciłabym je do koszyka jako dodatek do zakupów (i byłby to świetny wybór), ale raczej nie zdecydowałabym się złożyć zamówienia wyłącznie ze względu na nie, na zasadzie "muszę to mieć!". W przeciwieństwie do opisywanego wyżej kremu do rąk, który z pewnością mógłby zostać głównym celem moich zakupów.


Jedno jest pewne, produkty The Secret Soap Store są naprawdę godne uwagi. Cechuje je wysoka jakość, interesujące receptury z naturalnymi składnikami, no i ciekawy wizerunek marki. Jest też pewna wartość dodana, o której wspominałam na samym początku, mianowicie moc poprawiania humoru, głównie zapachem. Prawdziwa aromaterapia :)))


Kto miał okazję obcować z tymi kosmetykami? Co myślicie o The Secret Soap Store?

Buziaki,
Cammie.



niedziela, 24 listopada 2013

Like a pro, czyli jak profesjonalnie pomalować paznokcie



Znalazłam niedawno fajny obrazkowy instruktaż odnośnie profesjonalnego malowania paznokci i pomyślałam, że warto go opublikować. Czasami w komentarzach narzekacie, że macie problemy z uzyskaniem ładnego efektu, także części z Was taka lekcja krok po kroku pewnie spadnie jak z nieba :)))






Grafika jest dość prosta i intuicyjnie można ją zrozumieć, ale dla wygody tych z Was, które nie znają angielskiego, postanowiłam przetłumaczyć opisy poszczególnych kroków.

  1. Upewnij się, że powierzchnia paznokcia jest oczyszczona z pozostałości lakieru i odtłuszczona.
  2. Nałóż base coat lub preparat wygładzający płytkę. Zapobiegnie to przebarwieniom i odpryskom. Poczekaj, aż wyschnie.
  3. Na środku paznokcia, trochę nad skórkami, nałóż kroplę lakieru.
  4. Ostrożnie przeciągnij kroplę w kierunku skórek, pozostawiając niewielki odstęp.
  5. Pociągnij pędzelkiem w górę, malując prostą linię do samej krawędzi paznokcia.
  6. Wróć do nasady paznokcia i przeciągnij lakier wzdłuż łuku paznokcia.
  7. Przeciągaj lakier, aż cała strona paznokcia będzie pomalowana.
  8. Powtórz krok 6. po przeciwnej stronie paznokcia.
  9. Powtórz krok 7. po przeciwnej stronie paznokcia.
  10. Jeśli to konieczne, nałóż drugą i trzecią warstwę lakieru, na koniec aplikując szybkoschnący top coat.


Wiadomo, sporo zależy od jakości lakieru, po jaki sięgamy, ale jak świat światem, bez ćwiczeń do niczego nie dojdziemy. Trening naprawdę czyni mistrza. I bynajmniej nie mówię tego z pozycji profesjonalistki, bo choć maluję paznokcie od wielu, wielu lat, to ciągle nie wychodzi mi to idealnie. Ale widzę postępy! Choć przyznam, że nie gonię ślepo za wzorem, bo nie podoba mi się ten charakterystyczny prześwit między lakierem i skórkami, zawsze nakładam więc lakier na cały paznokieć. Może i niezgodnie ze sztuką, ale o gustach się przecież nie dyskutuje. Grunt, żeby ostateczny efekt był czysty i schludny i tego się trzymam.


A Wam jak idzie malowanie paznokci? Co Wam sprawia największą trudność?

Buziaki,
Cammie.






sobota, 23 listopada 2013

Ryzykując, czyli moje rossmannowe zakupy ;)))

Zamieszczając dzisiejszy post pewnie narażam się na hejt, bo na wpisy o rossamannowej promocji co niektórzy reagują już alergią, ale co tam, zaryzykuję :DDD Chcę pokazać, co kupiłam

Byłam twarda, trzymałam się listy ---> KLIK. I w zasadzie niemal w całości udało mi się ją zrealizować.






Nie dostałam jedynie czarnego lakieru do paznokci L'Oreal Black Swan, byłam w dwóch Rossmannach i w żadnym go nie było. Za to w obu stan reszty lakierów L'Oreal wołał o pomstę do nieba! Dramat. Wyeksponowane na samej górze, tuż pod głównymi lampami szafy, wszystkie co do jednego były obrzydliwie rozwarstwione. Zastanawiam się, kto to w ogóle kupi? Już nie wspominając o tym, że nawet gdybym upadła na głowę i jednak chciała za któryś zapłacić i tak nic by z tego nie było, bo nie mogłam do tej półeczki dosięgnąć i czegokolwiek z niej ściągnąć. W szpilkach! Owszem, nie jestem wysoka, no ale bez przesady. Nie wiem, nawet jeśli sposób ekspozycji nie interesuje producenta, to powinien interesować dystrybutora, który przecież przez te pozornie błahe sprawy traci potencjalnych klientów.

Także czarnego lakieru nie mam. Ale mam za to czerwony. I złoty top coat :DDD Próżni przecież być nie może ;)))






Złoty top coat Wibo chodził za mną już od kliku tygodni, ale jak na złość nigdy nie mogłam na niego trafić. Wczoraj nie było nawet śladu po reszcie kolekcji WOW, za to to jedno złotko na mnie czekało. Czerwień natomiast skusiła mnie swoim klasycznym odcieniem i idealnie kremową formułą. Brakowało mi takiego lakieru.

Trafił mi się też gratis! Dwie wiśniowe pomadki ochronne Nivea Fruity Shine.






Miła niespodzianka. Pomadek ochronnych mam teraz pod takim dostatkiem, że chyba na całą zimę wystarczy :))) A skoro już o pielęgnacji ust mowa, to na koniec dodam tylko, że Baby Lips jednak nie były objęte promocją, jedną sztukę na próbę kupiłam więc w regularnej cenie.


A jak tam Wasze zakupy? Udane? Jak wrażenia?


Buziaki,
Cammie.




czwartek, 21 listopada 2013

Zaczynamy odliczanie, czyli moje plany zakupowe

To co, zaczynamy odliczanie? :DDD Jak już na pewno wiecie, jutro startuje rossmannowa promocja -40% na kolorówkę. Potrwa przez tydzień, to jest do 28 listopada, ale jak znam życie, chcąc mieć komfort wyboru, warto zaplanować zakupy jak najszybciej. Ja jadę do Rossmanna jutro zaraz po pracy i liczę na to, że nie zastanę pustych półek :DDD Moja zakupowa lista już gotowa, jednak traktuję ją raczej jako punkt wyjścia, bo pewnie skuszę się na coś więcej. Ale na tych kilka kosmetyków z listy jestem zdecydowana już teraz.







  1. L'Oreal Super Liner Blackbuster - tusz do kresek w markerze. Mam na niego chrapkę już od kilku dobrych miesięcy. Zawsze odstraszała mnie jego cena, a teraz kupię bez wyrzutów sumienia. Szalenie intryguje mnie ten pisak.
  2. L'Oreal Color Riche Le Vernis Black Swan - czarny lakier do paznokci. Czarnego lakieru poszukuję od dawna, ale ciągle trafiam na buble. Mam nadzieję, że ten mnie w końcu usatysfakcjonuje.
  3. Bourjois Healthy Mix Correcting Concealer - mój ulubiony korektor. Sięgam po niego codziennie od kilku lat, to będzie moja czwarta tubka.
  4. Max Factor False Lash Effect - czarny tusz do rzęs. Biorę na zapas, za kilka tygodni będzie jak znalazł, a w tak atrakcyjnej cenie już go nie kupię.
  5. Maybelline Color Tattoo Permanent Taupe - matowy cień w kremie. Ogromnie mnie ciekawi, czy rzeczywiście nadaje się do podkreślania brwi.
  6. Maybelline Baby Lips - pielęgnujące pomadki do ust. Gorąca nowość na polskim rynku, chcę sprawdzić, o co tyle hałasu. Pojęcia nie mam, czy obejmie je promocja na kolorówkę, ale zdecydowana jestem kupić ze dwie nawet w regularnej cenie.

Tak na tę chwilę wygląda moja lista. Co do reszty zakupów, to pewnie rozejrzę się jeszcze za jakąś kredką do brwi i być może skuszę się na więcej lakierów do paznokci. Nie interesują mnie za to podkłady, pudry, róże, szminki i cienie, tego stuffu mam aż nadto i nawet w ich stronę nie zamierzam patrzeć. W tym zakupowym szaleństwie musi być jakaś metoda, więc będę się tego postanowienia trzymać. Trzeba zachować zdrowy rozsądek!


Zamierzacie skorzystać z tej promocji? Co jest na Waszych zakupowych listach? 


Udanych zakupów!
Cammie.



środa, 20 listopada 2013

Perła z lamusa, czyli OPI Altar Ego

Po wczorajszym mocnym fiolecie dziś dla odmiany na paznokciach coś bardzo delikatnego. Wyciągnięty z lakierowego lamusa OPI Altar Ego w zestawieniu z jednym z moich ulubionych topperów, czyli brokatowym OPI Pink Yet Lavender.

Altar Ego to typowy nudziak opalizujący na blady róż. Jest przejrzysty, także doskonale nadaje się do frencza. Wieki całe po niego nie sięgałam i już niemal zapomniałam, jak ładnie się prezentuje. Lubię go, bo sprawia, że paznokcie wyglądają po prostu zdrowo. Ale że odzwyczaiłam się od tak jasnych lakierów, solo wydał mi się nieco nudny, ostatecznie podrasowałam go więc brokatem, cudownym Pink Yet Lavender w odcieniu pudrowego różu.









Efekt na tyle mi się spodobał, że Altar Ego chyba wróci z lamusa do łask. Mam jeszcze sporo innych topperów, z którymi mogłabym go łączyć :DDD


Jak Wam się widzi takie zestawienie? Zdradźcie też koniecznie, jakie są Wasze ulubione toppery, jestem ogromnie ciekawa!


Buziaki,
Cammie.




wtorek, 19 listopada 2013

Skucha, czyli Joko New Vintage Temptress

Wiedziałyście, że Joko ma nową jesienną lakierową kolekcję? New Vintage. Ja jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia, dowiedziałam się za sprawą niespodziewanej przesyłki z dwoma odcieniami na wypróbowanie. Dziś chciałabym pokazać Wam pierwszy z nich, nr 205 Temptress. I niestety trochę ponarzekać.

Temptress to przepiękny, głęboki fiolet z wyraźną bakłażanową nutą. Przepiękny w buteleczce, bo żeby wydobyć tę głębię na paznokciach, potrzeba aż trzech warstw. 






Lakier jest rzadki, a przez to także mało kryjący, więc choć w buteleczce wydaje się intensywny, w rzeczywistości brakuje mu nasycenia. Dopiero trzecia warstwa pozwala na zakrycie prześwitów. Właściwościami przypomina mi trochę krytykowaną przeze mnie neonową serię Maybelline, jest podobnie półtransparentny, tyle że wykończenie ma dużo ładniejsze, błyszczące i eleganckie. Nakłada się dość łatwo, także dla tego pięknego koloru może i poświęciłabym się od czasu do czasu z tym czasochłonnym malowaniem, ale niestety są dwie sprawy, które mimo całej jego urody w moich oczach go dyskwalifikują. Po pierwsze kiepska trwałość. Temptress ma ogromną tendencję do ścierania się na końcówkach, które już po dwóch dniach wyglądały tragicznie, mimo zabezpieczenia dobrym topem. A po drugie przy zmywaniu tak masakrycznie pofarbował mi palce, że straciłam dla niego resztki sympatii. Skucha!

Nie skreślam jeszcze całej kolekcji, wiem, że czasami jakiś odcień wypada słabiej na tle reszty. Mam jeszcze róż nr 204 Royal Fuchsia, więc zobaczymy, jak ten się spisze. To już powinno dać jakiś pełniejszy obraz.

Na kolekcję New Vintage składa się 10 kolorów i muszę przyznać, że jest w czym wybierać, kilka z nich wpadło mi w oko. Pytanie tylko, co z tą jakością. Mam nadzieję, że Royal Fuchsia ją obroni. 






Widzicie w kolekcji New Vintage coś dla siebie? No i jak Wam się Temptress podoba?


Buziaki,
Cammie.




niedziela, 17 listopada 2013

Słowo na niedzielę, czyli Benefit Primping with the stars | drobiazg dla Was!

Słowo na niedzielę: grajcie w konkursach, bo warto :DDD Czego jestem najlepszym przykładem, gram i zdarza się, że wygrywam. Szczęście znowu mi dopisało! Agacie, która ma nosa ---> KLIK dziękuję za atrakcyjną nagrodę, a Was zapraszam na jej krótką prezentację. Moje drogie, przed Wami Primping with the stars, zestaw miniatur marki Benefit.






Urocze, utrzymane w charakterystycznej dla marki stylistyce pudełeczko kryje miniatury aż sześciu produktów: bazy pod cienie Stay Don't Stray, bazy pod makijaż Porefessional, rozświetlacza w kremie Girl Meets Pearl, kremowego podkładu Some Kind-a Gorgeous, różu w płynie Benetint oraz tuszu do rzęs They're Real!.






Mam to cacko już od kilku dni i oczywiście zdążyło pójść w ruch. Tuszem do rzęs jestem zachwycona, rozświetlacz na tę chwilę zdetronizował The Balm Mary-Lou Manizer, możliwości bazy pod cienie i bazy pod makijaż ciągle jeszcze badam. Ale już teraz wiem na pewno, że z podkładu i tintu użytku nie zrobię, niestety to nie moje kolory. Zamiast trzymać je bez sensu w szufladzie, postanowiłam Wam je oddać. Nie traktujcie tego jak konkursu, mam ochotę komuś z Was po prostu zrobić prezent. A komu? Jednej z aktualnie najaktywniejszych komentatorek :))) 






Jeśli widzisz swój nick na powyższej liście i masz ochotę na miniatury różu Benetint i podkładu Some Kind-a Gorgeous w odcieniu medium, zgłoś się w komentarzu. Kto pierwszy, ten lepszy!






Zainteresowanym top spamerkom życzę refleksu, a Wam wszystkim cudownego wieczoru!

Buziaki,
Cammie.



sobota, 16 listopada 2013

Owoce i płatki róż, czyli pachnące dodatki do kąpieli

Propozycja na sobotni wieczór, kąpiel! Co powiecie na relaks w wannie z pachnącymi dodatkami? Z cząstkami owoców lub z płatkami kwiatów? Pozwólcie, że pomogę Wam się zdecydować. Zapraszam na recenzję kremowej kuleczki kąpielowej "Owocowy raj" Bomb Cosmetics oraz koziego mleka do kąpieli z płatkami róż The Secret Soap Store, cudowności z asortymentu opisywanej przeze mnie niedawno Pachnącej Wanny ---> KLIK.


Na pierwszy ogień kuleczka. Nie kula, nie kulka, kuleczka właśnie. Rozmiarów mniej więcej mandarynki. 






Poddaj się swojej grzesznej stronie! Soczysty, porzeczkowy aromat kulki, wzbogacony owocowymi akcentami letnich truskawek, malin i jagód na ciepłej bazie z kremowego karmelu i wanilii to tylko preludium do kąpielowej ekstazy! W kuleczkę wciśnięto ręcznie prawdziwe owoce kiwi i jeżyny oraz wegańskie perełki do kąpieli, a jej serce wypełniono czystymi olejkami eterycznymi z orzecha makadamii i z cedru!

Zapach: czarna porzeczka
Zawiera naturalne olejki: orzech Makadamii i Cedr
Zawiera owoce kiwi, wegańskie perełki do kąpieli i jeżyny
Właściwości: odżywia i nawilża
Waga: 30g
Cena: 11 zł






Kuleczka już na pierwszy rzut oka mnie oczarowała, urocza z tymi swoimi wszystkimi dodatkami i mocnym owocowym zapachem. Ale przyznam szczerze, że jej mikre rozmiary mnie zaskoczyły. Przyzwyczajona do dużych, podzielnych kul kąpielowych, spodziewałam się czegoś większych gabarytów. Ale jak to mówią, w małym ciele wielki duch, bo wrzucona do wody rozpuszczała się dłużej niż jakikolwiek znany mi produkt tego typu, dobrych 15 minut! Powoli, stopniowo uwalniała kawałki owoców, pielęgnujące ciało olejki i nasilający się porzeczkowy zapach. 

Sama kąpiel była niezwykle przyjemna, gorzej po kąpieli ... Okazało się, że kuleczka miała naprawdę bogaty skład. O ile olejki na mojej skórze zrobiły dobrą robotę, porządnie ją odżywiając, tak wannę pobrudziły niemiłosiernie. Po spuszczeniu wody został na niej gruby tłusty osad z masą owocowych paprochów. Także relaksująca kąpiel skończyła się mało relaksującym szorowaniem wanny ...

Sama nie wiem. Z jednej strony fantastyczna jakość, bogaty skład i odprężenie, z drugiej jednak denerwująca konieczność gruntownego sprzątania po kąpieli. No i cena, aż 11 zł. Sporo, jak na jednorazową przyjemność. Myślę, że to na pewno doskonały pomysł na prezent, dla siebie samej chyba pożałowałabym kasy. Zwłaszcza że kąpiel biorę kilka razy w tygodniu i poszłabym z torbami, gdybym miała rozpieszczać się tak za każdym razem. No chyba że kupiłabym taką kulkę w celach dekoracyjnych, bo naprawdę jest śliczna i roztacza intensywny zapach, więc na pewno byłaby miłym akcentem w łazience. Też tak macie, że szkoda Wam wrzucić co ładniejsze kule do wody? U mnie niektóre leżą tygodniami, najpierw ciesząc oczy, dopiero potem ciało.


Jeśli chodzi natomiast o mleko do kąpieli, nie mam żadnych wątpliwości, będę kupować. Moje, moje, moje! Wspaniałe. I ekonomiczne :DDD






Naturalne mleko do kąpieli z dodatkiem mleka koziego:
  • doskonale oczyszcza, odżywia i nawilża skórę, proteiny zawarte w mleku, ze względu na swe właściwości pielęgnacyjne, dobroczynnie wpływają na kolagen w skórze opóźniając procesy starzenia;
  • mleko jest źródłem wysokowartościowych białek i kwasów tłuszczowych w tym niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych;
  • zawiera witaminy A, D, E rozpuszczalne w tłuszczach oraz z grupy B rozpuszczalne w wodzie;
  • regularne stosowanie sprawia, ze skóra staje się bardziej jedwabista i utrzymuje elastyczność przez długi czas;
  • kąpiel z dodatkiem mleka przenosi do świata zmysłów, pielęgnuje skórę pozostawiając ją gładką i miłą w dotyku.
Róża, królowa kwiatów, najpiękniejszy i najdelikatniejszy kwiat,symbol gorących uczuć i ogrodowego piękna. Towarzyszy ludziom od zawsze urzekając swym zapachem i pięknem. Płatki czerwonej róży mają działanie ściągające i rozjaśniające skórę. Olejek różany pobudza produkcję kolagenu.

Cena: 25 zł / 500 ml






Opakowanie kosztuje 25 zł i mieści 500 ml produktu. Ta ilość, jak szacuję, starczy na pięć, sześć kąpieli (a w wannach mniejszych niż moja pewnie więcej), co jednorazowo oznacza koszt nie większy niż 5 zł. Brzmi lepiej, prawda? :DDD

Brak mi słów, żeby opisać Wam walory tego produktu. Jest znakomity. Wsypany do wody, odczuwalnie zmiękcza ją, dając jednocześnie niewielką co prawda, ale gęstą pianę. Momentalnie uwalnia się też różany zapach, niesamowicie intensywny, mocny, a co najważniejsze naturalny, przy tym bardzo, bardzo odprężający. Płatki róż w opakowaniu nie wydają się może imponujące, ale pod wpływem ciepłej wody cudownie się rozwijają, unosząc się na powierzchni i dając prawdziwe poczucie luksusu. Z takiej kąpieli aż nie chce się wychodzić!

To mój pierwszy kontakt z The Secret Soap Store i coś czuję, że przepadłam. Jeśli to mleko do kąpieli jest reprezentatywne i inne produkty marki są równie dobre, to na pewno stanę się wierną klientką. Póki co mam ochotę wypróbować mleko z innymi dodatkami, może z piwonią albo passiflorą? Dostępne są jeszcze wersje z konwalią, lawendą, czerwoną borówką, a także miodem i ziołami.



Uwielbiam wszelkie dodatki do kąpieli, ale muszę uczciwie przyznać, że jak dla mnie mleko The Secret Soap Store zdystansowało kuleczkę Bomb Cosmetics. Oba produkty są fajne, ale mleko jest fajniejsze :DDD


To co, idziemy się kąpać? Co wrzucicie do wody? :)))


Buziaki,
Cammie.




Przypominam, że przez cały listopad
w Pachnącej Wannie trwa promocja "Oswajanie jesieni", 
dzięki której każdego dnia jeden wybrany produkt 
kupić można ze zniżką rzędu 25%
(dziś na przykład zestaw upominkowy Bomb Cosmetics
 "Hawajski kwiat" ---> KLIK).
Ponadto do końca roku wysyłka zakupów 
o wartości powyżej 50 zł gratis!




czwartek, 14 listopada 2013

Bez śladu, czyli demakijaż z Mixa

Marka Mixa na polskim rynku jest już od ładnych paru miesięcy, tymczasem ciągle mało o niej w blogosferze. W sumie nie wiem, jak to się dzieje, bo jej dostępność dzięki sieci Rossmann jest dość dobra, a jakości jej produktów, jak sama się przekonałam, niczego nie można zarzucić. Mogę się tylko domyślać, że specyficzna oferta skierowana do osób o skórze wrażliwej i bardzo wrażliwej nie dociera po prostu do zbyt szerokiego grona odbiorców.

Sama nie mam problemów z nadwrażliwością cery, dlatego większość kosmetyków, jakie znalazłam w paczce niespodziance z bestsellerami marki, powędrowało do Was, ale wiedziona babską ciekawością zostawiłam sobie produkty do demakijażu. Dziś w kilku słowach chciałabym Wam je opisać. Zapraszam na zbiorczą recenzję mleczka, płynu dwufazowego oraz płynu micelarnego z serii Optymalna Tolerancja.






Mleczko
Lekka emulsja, która umożliwia skuteczny demakijaż w łagodny sposób bez konieczności pocierania. Dzieki temu idealnie odpowiada na potrzeby skóry bardzo wrażliwej i reaktywnej, ze skłonnością do reakcji alergicznych. Skóra jest perfekcyjnie oczyszczona nawet z najdrobniejszych śladów makijażu. Zostaje złagodzona i nawilżona, dzięki czemu jest miękka i elastyczna. Mleczko zawiera kojący ekstrakt z róży.
Cena: 15 zł / 200 ml

Płyn dwufazowy
Płyn do demakijażu zawiera dwie widoczne fazy: olejową i roztwór wodny, aby usunąć makijaż bez konieczności pocierania. Bardzo skutecznie zmywa makijaż wodoodporny i idealnie nadaje się do wrażliwych oczu i powiek. Zastosowanie: do bardzo wrażliwych oczu i skóry ze skłonnością do reakcji alergicznych. Nakładać za pomocą wacika. Pozostawić na powiekach kilka sekund, po rozpuszczeniu makijażu zmyć drugą stroną wacika. Nie wymaga spłukiwania.
Cena: 15 zł / 125 ml

Płyn micelarny
Płyn micelarny do demakijażu Optymalna Tolerancja to preparat, który idealnie nadaje się do demakijażu skóry wrażliwej. Niezwykła formuła zawiera micele, które umożliwiają usunięcie makijażu i zanieczyszczeń bez potrzeby pocierania. Skóra wrażliwa i skłonna do reakcji alergicznych staje się jednocześnie ukojona i złagodzona. Twarz i oczy są skutecznie oczyszczone z makijażu. Płyn micelarny zawiera opatentowany kojący ekstrakt z róży.
Cena: 15 zł / 200 ml



Wszystkie trzy produkty okazały się niezwykle łagodne i naprawdę skuteczne. Zero szczypania, zero łzawienia, zero jakichkolwiek niepożądanych oznak podrażnienia oczu, a makijaż schodził bez śladu. Znikało wszystko, cienie, kredki, linery, tusz do rzęs. Oczywiście w przypadku płynu dwufazowego nie obeszło się bez tłustawej warstwy zostającej na skórze wokół oczu, a w przypadku mleczka bez chwilowej utraty ostrości widzenia, no ale to są charakterystyczne cechy tych formuł, także nie czynię z tego zarzutu. Każdy ma swoje upodobania, więc zapewne są osoby, które celowo sięgają po takie a nie inne rozwiązanie. Dla mnie optymalnym środkiem do demakijażu są płyny micelarne, nic dziwnego zatem, że to właśnie micel najbardziej z tej trójki przypadł mi do gustu. Świetny! Delikatny, a jednocześnie mocny, w dodatku w funkcjonalnym opakowaniu z wygodną pompką. Jak dla mnie, silna konkurencja dla kilka razy droższej Biodermy. Płyn dwufazowy o tyle pozytywnie mnie zaskoczył, że fazy bardzo łatwo na dość długą chwilę ze sobą wymieszać i ubywa ich w równomiernym tempie, co pozwala komfortowo zużyć produkt do samego końca. Najmniej serca mam dla mleczka, bo po prostu nie przepadam za tą formułą, nie mogę jednak odmówić mu łagodności i przyjemnej, miękkiej konsystencji.

Do dwufazy i mleczka pewnie już nie wrócę, ale po płyn micelarny z przyjemnością jeszcze nie raz sięgnę. Podoba mi się, że nie pieni się i nie oblepia skóry nieprzyjemną warstwą, postać ma zupełnie neutralną, jak woda. W dodatku ta atrakcyjna cena!

Abstrahując od moich osobistych upodobań na koniec podkreślę jeszcze, że wszystkie trzy formuły są skuteczne (choć gdyby się głębiej zastanowić, to jednak mleczko potrzebuje najwięcej czasu, żeby rozpuścić makijaż), zachowując wszelkie cechy specyfików przeznaczonych dla osób ze skłonnością do podrażnień. Także niezależnie od wybranego produktu, powinnyście być zadowolone!


Co zwykle wybieracie, mleczko, dwufazę, czy płyn micelarny? 


Buziaki,
Cammie.





wtorek, 12 listopada 2013

Kolejny piasek, czyli różowy Wibo Wow Glamour Sand

O brokatowych piaskach Wibo Wow Glamour Sand w ostatnich tygodniach napisałam tyle, że powtarzać się nie będę, po prostu pokażę Wam kolejny kolor z tej przebojowej kolekcji. Tym razem dwójeczka, czyli malina z drobinami różu i błękitu.






Skoncentrowany w buteleczce, kolor lakieru wydaje się niezwykle intensywny, ale na paznokciach jego nasycenie ginie, a blask brokatu jakoś się wycisza. Efekt jest bardzo przyjemny dla oka, nienachalny i nieprzerysowany. Oczywiście w sztucznym świetle jest znacznie mocniejszy, ale w dziennym prezentuje się zaskakująco delikatnie.






Szczerze mówiąc, spodziewałam się czegoś bardziej bijącego po oczach, ale o dziwo, drobiny brokatu tak dobrze komponują się z lakierem bazowym, że całość zyskuje na subtelności.

Nie wiem tylko dlaczego, ale mam wrażenie, że trwałość dwójki jest nieco grosza niż prezentowanej przeze mnie wcześniej trójki ---> KLIK. Już po dwóch dniach otarcia na końcówkach były na tyle widoczne, że trzeba było coś z tym zrobić. Na szczęście piaskowy manicure w łatwy sposób można odświeżyć, dokładając kolejną warstwę lakieru.

Róż na paznokciach bardzo lubię, także Wibo Wow Glamour Sand nr 2 trafia w mój gust, ale jednak nie zdołał zdetronizować nr 3, który jak dla mnie nie ma sobie równych. Oba piękne, ale nr 3 piękniejszy :DDD 


Jak Wam się podoba ten brokatowy róż? A może też macie innych faworytów w tej piaskowej kolekcji?


Buziaki,
Cammie.





poniedziałek, 11 listopada 2013

Tea time, czyli moje ulubione herbaty

W ten świąteczny dzień proponuję temat tyleż luźny, co smakowity. Herbata! Tak pyszna, że zbrodnią byłoby choć w kilku słowach nie wspomnieć Wam o niej. Moje ostatnie odkrycie, Irving Flavoured White Tea, biała poziomkowa z mandarynką i biała melonowa ze śliwką.












Lubię herbaty aromatyzowane i często wynajduję nowe smaki. Z takich popularnych, marketowych marek nigdy nie zawodzi mnie Big-Active (yerba mate z wanilią i kakao, mmmm) i Dilmah (czarna porzeczka albo jagoda z wanilią!) i to właśnie po nie zwykle sięgam, ale ostatnio mój wybór padł na Irving. Zestawienie łagodnej białej herbaty z poziomką i mandarynką oraz z melonem i śliwką tak przemówiło mi do wyobraźni, że nie mogłam się oprzeć. I dobrze, że się nie oparłam.

Pierwsze miłe zaskoczenie, to niebanalne połączenie smaków. Nie przyszłoby mi go głowy, że melon ze śliwką mogą tak dobrze się uzupełniać. Poziomka i mandarynka też nie były dla mnie takim oczywistym duetem, a jednak zaskakująco do siebie pasują. Druga przyjemna sprawa, to bogaty skład. Aż 15% owocu poziomki i ponad 4% skórki mandarynki! Sporo, jak na zwykłą herbatę w torebkach. Wersja melonowo-śliwkowa jest co prawda w owoce znacznie uboższa, ale zawiera za to korzeń lukrecji, który fajnie podkręca smak. No i w końcu cena, jakieś 6 zł za opakowanie. Super! 

Właśnie tymi dwiema herbatami umilam sobie ostatnio coraz dłuższe i coraz chłodniejsze wieczory. Pycha! Podobno jest jeszcze w tej serii herbata figowo-gruszkowa, na pewno kupię, jak tylko znajdę.


A co dobrego w Waszych kubkach? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.




niedziela, 10 listopada 2013

Jedyny w swoim rodzaju, czyli Rimmel Salon Pro Punk Rock

Owszem, nadal trwam w zachwycie nad brokatowymi piaskami Wibo (nareszcie upolowałam róż! zdjęcia wkrótce), ale nie oznacza to, że nie sięgam po inne lakiery. Kiedy już nudzi mi się chropowata piaskowa faktura, dla odmiany maluję paznokcie klasycznym gładkim kremem. A jeśli krem, to ostatnio wyłącznie Rimmel Salon Pro Punk RockNaprawdę trudno zdefiniować ten kolor, wiem, że niektórzy dostrzegają w nim nuty fioletu, ale dla mnie to przełamany grafitem ciemny, stonowany granat. Mój ulubieniec!












Jest piękny. Oryginalny i niebanalny. Nie do końca granatowy i nie do końca grafitowy. Doskonale współgra z moją bladą skórą, mimo że tak ciemny, wcale nie wygląda przytłaczająco. Lubię go nosić.

Nie lubię za to nakładać go na paznokcie ... Kompletnie nie odpowiada mi pędzelek serii Salon Pro, jest bardzo szeroki i nieprecyzyjny, zawsze przy malowaniu ufajdam sobie skórki. Jedynie wyjątkowość tego koloru sprawia, że zaciskam zęby i udaję, że nie ma problemu. 

Na szczęście do trwałości nie można mieć zastrzeżeń, Punk Rock trzyma się paznokci jak przyspawany. Nie pęka, nie odpryskuje, jednie delikatnie ściera się na końcówkach, po czterech, pięciu dniach nadal wyglądając dobrze. 


Podobają Wam się tak ciemne kolory? Jeśli tak, koniecznie przyjrzyjcie się Punk Rock z bliska. Jest jedyny w swoim rodzaju!


Buziaki,
Cammie.




sobota, 9 listopada 2013

Trudny wybór, czyli zakupy w DM

Ograniczony dostęp do produktów z DM sprawia, że często stają się dla nas obiektami pożądania. Mnie też to dotyczy, dlatego kiedy niedawno nadarzyła się okazja do zakupów, oczywiście skorzystałam. Nie chcąc nadużywać uprzejmości kochanej FF (:*), wiedziałam, że muszę się ograniczać, dlatego zdecydowałam, że wezmę tylko trzy rzeczy. Wybór był trudny, bo wszystko mnie kusiło, ale ostatecznie stanęło na słynnym już kamuflażu w kremie i bezbarwnym żelu do brwi Alverde oraz rozświetlającej kredce do oczu P2.






Ten kamuflaż już od dawna chodził mi po głowie i nawet planowałam kupić go w jednej z naszych rodzimych internetowych drogerii, ale odcień 002 Beige, który mnie interesował, ciągle był niedostępny. Nie dziwię się, że jest tak rozchwytywany, bo to jasny, żółtawy kolor idealnie pasujący większości z nas.






Kredkę Perfect Eyes Illuminator wzięłam w ciemno, zaciekawiła mnie koncepcja podobna do Benefit Eye Bright. Myślę, że świetnie spisze się w wewnętrznym kąciku oka, pod łukiem brwiowym, a może nawet i na linii wodnej.






Po bezbarwny żel do brwi sięgam codziennie, także wiedziałam, że coś takiego u mnie się nie zmarnuje. Spodobało mi się, że w zestawie jest też szczoteczka. Pojęcia nie mam, jak z funkcjonalnością tego rozwiązania, nie wiem też, jakiej jakości się spodziewać, liczę po prostu na mocne utrwalenie niesfornych włosków.






Jak Wam się podoba mój wybór? Ciekawa jestem, na co same postawiłybyście, mogąc wybrać dowolne trzy rzeczy z asortymentu DM. Piszcie! Ale pamiętajcie, tylko trzy :DDD


Buziaki,
Cammie.



piątek, 8 listopada 2013

Czarny koń serii, czyli ekspresowa kuracja Fructis Goodbye Damage

Ładnych parę miesięcy temu otrzymałam tajemniczą paczkę po brzegi wypełnioną produktami Garnier Fructis Goodbye Damage. W sumie do dziś nie wiem, kto był nadawcą i na jakich zasadach tę przesyłkę otrzymałam, bo z nikim się na nic nie umawiałam. I szczerze powiem, że nawet zła byłam, bo przez wiele lat kosmetyków Fructis unikałam jak ognia, pamiętając łupieżową masakrę, jaką mi kiedyś zafundowały, a tu taka paka! Szampon, odżywka, maska, serum na końcówki i enigmatyczna ekspresowa kuracja. Jak już się pewnie domyślacie, zwyciężyła ciekawość i zaryzykowałam, wprowadzając całą serię do swojej pielęgnacji. Wbrew obawom żadna krzywda mi się nie stała, szampon, odżywka i maska okazały się całkiem przyzwoite i w zasadzie tylko serum na końcówki zupełnie mi się nie spodobało. Ale czarnym koniem Goodbye Damage okazała się ona, bohaterka tego posta, ekspresowa kuracja!






Ekspresowa Kuracja to moc maski i lekkość odżywki w żelowo - kremowej formule, która działa na zniszczone włosy od momentu nałożenia. Wystarczy ją nałożyć na całą długość wilgotnych, umytych szamponem włosów, a następnie od razu spłukać. Efekt jest natychmiastowy: włosy są wzmocnione, a ich ubytki uzupełnione - ekspresowa regeneracja i niezwykła miękkość.

Cena: około 15 zł / 200 ml.






Podchodziłam do tej kuracji jak pies do jeża, nie wierzyłam w jej wyjątkowość. Czym niby ona różni się od zwykłej odżywki? Uważałam, że to sprytny chwyt marketingowy pozwalający na proste zwiększenie sprzedaży dzięki wprowadzeniu kolejnego produktu uzupełniającego pielęgnację włosów. Nie czarujmy się, pewnie w jakimś stopniu właśnie tak to funkcjonuje, ale fakt jest faktem, że ekspresowa kuracja Fructis zrobiła na mnie spore wrażenie. 

Wielokrotnie wspominałam Wam, że włosy myję rano, przed pracą. Wiele razy powtarzałam też, że kluczowym czynnikiem, który decyduje o produktach, na jakich opiera się moja poranna pielęgnacja, jest czas, jaki pozwalają mi zaoszczędzić. Pod tym względem ekspresowa kuracja okazała się strzałem w dziesiątkę. Jest faktycznie tak, jak obiecuje producent, aplikacja jest błyskawiczna, kuracja nie wymaga bowiem przetrzymywania na włosach, od razu można ją spłukać. A włosy są po niej jak marzenie! Gładkie, sypkie i lśniące. Oczywiście o żadnym długotrwałym efekcie nie ma mowy, kuracja jest kuracją tylko z nazwy. Jak dla mnie to po prostu skoncentrowana odżywka, doskonale kondycjonująca włosy, ale nie naprawiająca ich stanu w jakiś cudowny sposób. Co nie zmienia faktu, że uwielbiam efekt, jaki daje. Gwarancja łatwo rozczesujących się, zdyscyplinowanych włosów!

Jak dla mnie, kuracja to najmocniejszy punkt całej serii i tylko do niej zamierzam wracać. Reszcie produktów Goodbye Damage mówię goodbye :DDD Owszem, są wydajne, pięknie, owocowo pachną i generalnie spełniają swoje funkcje, ale charakteryzuje je przeciętność, na której tle ekspresowa kuracja naprawdę się wyróżnia. Tak jak wspominałam, nadużyciem byłoby stwierdzenie, że trwale poprawia stan włosów, ale w codziennej pielęgnacji sprawdza się genialnie i traktując ją jako odżywkę na pewno się nie zawiedziecie.


Kto jest skłonny dać jej szansę?  


Buziaki,
Cammie.




czwartek, 7 listopada 2013

Relaks w kąpieli, czyli Pachnąca Wanna

Bez czego nie możecie się obejść, przygotowując sobie relaksującą kąpiel? Cokolwiek by to nie było, założę się, że znajdziecie to w Pachnącej Wannie!

Pachnąca Wanna ---> KLIK to nowy sklep online oferujący wszystko to, bez czego kąpiel się nie liczy, czyli pieniące się płyny, pielęgnujące olejki, odprężające sole, bogate w dodatki kremowe i musujące kule, aromatyczne żele do mycia ciała, kolorowe mydła czy świece zapachowe. Prawdziwy sezam dla miłośników kąpielowych umilaczy. Oto dowód!






BOMB COSMETICS
KREMOWA KULECZKA DO KĄPIELI OWOCOWY RAJ

Soczysty, porzeczkowy aromat kulki, wzbogacony owocowymi akcentami letnich truskawek, malin i jagód na ciepłej bazie z kremowego karmelu i wanilii to tylko preludium do kąpielowej ekstazy! W kuleczkę wciśnięto ręcznie prawdziwe owoce kiwi i jeżyny oraz wegańskie perełki do kąpieli, a jej serce wypełniono czystymi olejkami eterycznymi z orzecha makadamii i z cedru!

THE SECRET SOAP STORE
KOZIE MLEKO DO KĄPIELI Z PŁATKAMI RÓŻY

Róża królowa kwiatów, najpiękniejszy i najdelikatniejszy kwiat,symbol gorących uczuć i ogrodowego piękna. Towarzyszy ludziom od zawsze urzekając swym zapachem i pięknem. Płatki czerwonej róży mają działanie ściągające i rozjaśniające skórę. Olejek różany pobudza produkcję kolagenu. 

THE SECRET SOAP STORE 
MYDŁO W KOSTCE MANDARYNKA I BERGAMOTKA 

Mydło 100% roślinne z dodatkiem 8 naturalnych olejów roślinnych: olejek Avocado (Eco-Cert), olejek Shea/ Karite, olejek Macadamia, olejek Jojoba, oliwa z oliwek, olejek ze Słodkich Migdałów, olejek winogronowy, olejki z Palm Kokosowych. Skoncentrowane działanie szerokiej gamy naturalnych olejów roślinnych i zawartych w nich witamin C, A, D, E, B oraz kwasów omega sprawia, że po umyciu skóra jest bardzo dobrze nawilżona, doskonale odżywiona i lekko natłuszczona. 

BOMB COSMETICS
ŚWIECA ZAPACHOWA BŁOGI ODPOCZYNEK

Piękna świeca o dynamicznym zapachu bergamotki z typowym, cytrusowym charakterem zielonego cytrusa, podkreślonym cierpką falą cytryny, limonki, grejpfruta oraz mandarynki. Sprzyja błogiemu wypoczynkowi! Świeca zawiera czyste, naturalne olejki eteryczne z lawendy oraz szałwii.

THE SECRET SOAP STORE
KREM DO RĄK 20% SHEA POMARAŃCZA

Krem do rąk, dzięki wysokiej - 20% zawartości masła Shea, jest znakomitym kosmetykiem do pielęgnacji suchej i podrażnionej skóry rąk. Dodatkową jego zaletą kremu jest zniewalający zapach pomarańczy.




Dzięki Pachnącej Wannie najbliższe wieczory upłyną mi pod znakiem aromatycznego relaksu. Pierwsze recenzje niebawem. Szykuje się też atrakcyjna niespodzianka dla Was! Tymczasem może zainteresuje Was aktualna promocja, Oswajanie jesieni, dzięki której przez cały listopad każdego dnia jakiś produkt z pachnącego asortymentu sklepu kupić można ze zniżką rzędu 25%. Dziś na przykład produktem dnia jest szampon w kostce Bomb Cosmetics Czynnik Wow. Pamiętajcie też, że do końca roku wysyłka zakupów o wartości powyżej 50 zł gratis!


Uważam, że Pachnąca Wanna ma ogromny potencjał i trzymam kciuki za ten biznes, tym bardziej, że rozkręca go jedna z Was. Pomysłodawczyni życzę powodzenia w interesach, a nam, klientkom, jak najszerszej oferty, niskich cen i wielu atrakcyjnych promocji!


Kusi Was oferta Pachnącej Wanny? Obok jakich dodatków do kąpieli nigdy nie możecie przejść obojętnie? 


Buziaki,
Cammie.





wtorek, 5 listopada 2013

Kroniki Diuny, czyli książki października

Zapraszam dziś na wyczekiwany przez niektórych post z cyklu Książki miesiąca. W październiku czytałam dużo, wypełniając lekturą coraz dłuższe wieczory, ale szczerze mówiąc mam wątpliwości, czy zdołam Was tymi książkami zainteresować. Po pierwsze dlatego, że na dobre utknęłam w nurcie fantastyki, który nie każdemu odpowiada, a po drugie dlatego, że sama mam mieszane uczucia co do ostatecznej opinii na ich temat. Ale fakt jest faktem, że po "Kroniki Diuny" Franka Herberta sięgnęłam z Waszego polecenia, także jakby co, to Wasza wina ;)))






"Kroniki" towarzyszyły mi praktycznie przez cały miniony miesiąc. Jednym ciągiem przeczytałam "Diunę", "Mesjasza Diuny", "Dzieci Diuny", "Boga Imperatora Diuny", "Heretyków Diuny" i "Kapitularz Diuną".






Streścić "Kroniki Diuny" w kilku zdaniach jest niemożliwością. Uchodząca za kanon literatury science - fiction saga opowiada historię nie tyle jednak złożoną, co osadzoną w świecie tak kompletnym i tak zupełnie odmiennym od naszego, współczesnego, że trudno pokrótce go opisać. Tylko tytułem wprowadzenia napiszę: odległa przyszłość, ludzkość rozproszona po wszechświecie, wielkie Imperium, akcja tocząca się na Diunie, dobrzy Atrydzi i źli Harkonnenowie, tajemniczy żeński zakon realizujący przez tysiąclecia swój plan genetyczny i w końcu melanż, złoto Diuny, drogocenna, pożądana, uzależniająca i dająca zdolność jasnowidzenia i podróżowania przez przestrzeń kosmiczną przyprawa, występująca tylko w piaskach tej pustynnej planety i nierozerwalnie związana z żyjącymi w nich czerwiami, siejącymi grozę olbrzymimi potworami. Dodajcie do tego język, jakim "Kroniki" są napisane, pełen dziwnych pojęć, nazw i wyrażeń (chociażby Bene Gesserit, Kwisatz Haderach, Fremeni, bindu, Chakobsa, filtrfrak, mentat czy ghola) i można założyć, że mniej więcej macie pojęcie, czego się po tej sadze spodziewać. Ale nie łudźcie się, raczej mniej niż więcej :DDD

Czytało się ciężko. Akcja, choć sama w sobie ciekawa, rwała się co chwilę przez wynurzenia poszczególnych postaci. To oczywiście miało swoje walory, bo pozwalało poznać ten wykreowany świat, jego system społeczny, historię, naukę i język, ale dla mnie osobiście było trudne do przebrnięcia. Doceniam epicki rozmach "Kronik", jestem pod ogromnym wrażeniem wyobraźni autora, ale przyznaję się bez bicia, że nie była to dla mnie łatwa lektura. Jakoś mnie to wszystko nie porwało. Przeczytałam, bo uznałam, że klasyka to klasyka, warto znać, ale żebym zmartwiła się, docierając do ostatniej strony, tego powiedzieć nie mogę. Obeszło się bez syndromu odstawienia powieści, bez żalu i tęsknoty za jej światem i bohaterami.

Wiecie co mi najbardziej przeszkadzało? Totalne oderwanie od naszych współczesnych realiów. Mam tu na myśli szeroko rozumianą ziemską cywilizację, kulturę. W "Kronikach" jakby się o jakiejś innej ludzkości czytało. Dla wielu to pewnie zaleta i dowód na geniusz autora, ja jednak miałam z tym pewien problem. Nie mogąc odnaleźć się w świecie Diuny, nie utożsamiałam się też z bohaterami sagi, pozostawałam obok, do tego stopnia, że w niektórych wątkach dostrzegałam nie geniusz, a absurd. Absurd, który w tomie "Bóg Imperator Diuny" sięgnął jak dla mnie zenitu.


Dla poszerzenia horyzontów, dla poznania klasyki gatunku, dla zaspokojenia ciekawości polecam. Ale dla zwykłej przyjemności czytania szczerze "Kronik" polecić nie mogę. Zdajcie się na intuicję, być może to coś dla Was, a być może wcale nie. Ja w każdym razie żegnam się z Diuną raz na zawsze. Nie zachwyciła mnie na tyle, żeby sięgać po dopisane na fali popularności sagi "Legendy Diuny" czy "Preludium do Diuny". Mam dość!


Ale klasykę fantastyki nadrabiam dalej. Rzuciłam się teraz na serię "Obcy" Alana Deana Fostera. Uwierzycie, że nigdy nie oglądałam słynnej ekranizacji Ridleya Scotta? Może i jestem filmową ignorantką, ale przynajmniej czyta mi się świetnie, bo nie wiem, czego się spodziewać. Za mną już "Ósmy pasażer Nostromo", a czytam właśnie "Decydujące starcie". Są emocje! Ale o tym w Książkach listopada, za miesiąc :)))


Znacie "Kroniki Diuny"? Zgadzacie się z moją opinią na ich temat, czy uważacie, że profanuję świętość? ;))) No i co tam ciekawego w Waszych październikowych lekturach? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.