beauty & lifestyle blog

wtorek, 30 grudnia 2014

Dla każdego coś dobrego, czyli książki grudnia


Witajcie, mole książkowe! Jak tam, ile pozycji na grudniowym liczniku? Mam nadzieję, że czasu na czytanie Wam nie brakowało. Ja narzekać nie mogę, cieszyłam się urlopem (w zasadzie nadal się nim cieszę), spędziłam też wiele godzin w podróży, co pozwoliło mi poświęcić się lekturze w większym stopniu niż zwykle. Jeśli ciekawi Was, co przeczytałam, zapraszam na Książki grudnia! Będzie myśl feministyczna, będą wspomnienia, będzie poradnik, trochę literatury faktu, no i oczywiście beletrystyki. Dla każdego coś dobrego :)))


Grudzień rozpoczęłam, zgłębiając klasyczną pozycję nurtu feministycznego, "Mit urody" Naomi Wolf. Zaraz potem, dla kontrastu chyba, sięgnęłam po "Kanony kobiecej urody. Od starożytnego Egiptu po XXI wiek" Doroty Golińskiej (pewnie pamiętacie, że dwie z Was miały szansę wygrać tę książkę w świątecznym rozdaniu). Nie oparłam się też "Przebudzeniu", najnowszej powieści Stephena Kinga, po której zachciało mi się jednak poważniejszej literatury, przez co w moje ręce trafiły "Dzieci '44", wspomnienia dzieci powstańczej Warszawy, zgromadzone przez Jerzego Mireckiego. Po tej smutnej wycieczce w przeszłość skusił mnie gorący aktualnie z powodu głośnej ekranizacji "Marsjanin" Andy'ego Weira. No i na koniec, last but not least, "Czy jesteś psychopatą" Jona Rosnona, pozycja zgodnie z podtytułem zabierająca czytelnika w fascynującą podróż po świecie obłędu. Szczegóły niżej!





"Mit urody" Naomi Wolf

Szczupła, młoda, seksowna – każda kobieta zasługuje na piękny wygląd. Dba więc o swoją wagę, skórę i swój styl. Robi to tylko dla siebie. Ale czy na pewno? Mocna książka o współczesnym micie urody. Bestseller i klasyczna pozycja z zakresu myśli feministycznej, która redefiniuje nasze spojrzenie na relacje między pięknem a kobiecą tożsamością. W dzisiejszym świecie kobiety mają więcej władzy i praw niż kiedykolwiek wcześniej. Odnoszą coraz większe sukcesy zawodowe. Dzieje się to wraz z oczywistym rozwojem ruchu kobiecego. Mimo to jednak Naomi Wolf, pisarka i dziennikarka, jest zaniepokojona nowym rodzajem społecznej kontroli, który, jak wskazuje autorka, może się okazać równie ograniczający jak tradycyjny wizerunek kobiety jako gospodyni domowej i żony. To mit piękna – obsesja cielesnej perfekcji – więzi współczesną kobietę w nieskończonej spirali nadziei, samoświadomości i nienawiści do samej siebie, gdy stara się ona spełnić to, co niemożliwe: społeczną definicję „nieskazitelnego piękna”.

Książka dająca do myślenia, to bezsprzeczne. Momentami bardzo radykalna w swojej treści, ale zawsze pełna argumentów, nie pozwalających uznać, że to brednie. No bo coś w tym naprawdę jest! Czyż my, kobiety, w ogólnym ujęciu, nie jesteśmy opętane myślą o perfekcyjnym wyglądzie? Czyż w imię tej perfekcji nie katujemy się dietami czy wręcz głodówkami, treningami ponad nasze możliwości i siły, nie zadajemy sobie bólu zabiegów estetycznych i operacji plastycznych? Czyż stroju i makijażu nie traktujemy jak uniformu niezbędnego w wojnie o akceptację? Czyż często nie błądzimy, określając swoją tożsamość przez pryzmat wyglądu? Nie popadamy w niekoniecznie uzasadnione kompleksy, determinujące wiele aspektów naszego życia, i zawodowego, i prywatnego? Nie mamy skłonności do oceny naszej wartości w oparciu o to, jak się prezentujemy? Smutne to tym bardziej, że według autorki nie jest to problem sam w sobie, to raczej efekt celowo wywoływanej na kobietach presji. Presji mającej nas ograniczać, ograbiać z potencjału, który skierowany nie w stronę mitu urody, a w kierunku ambicji i talentu, mógłby realnie zagrozić obecnemu porządkowi rzeczy, sprzyjającemu dominacji mężczyzn. Myślę, że pomijając najbardziej radykalne tezy, z wieloma kwestiami poruszonymi w tej książce zgodziłyby się nawet osoby zupełnie z ideologią feministyczną nie związane. Feministki, czytać! Cała reszta, chociaż spróbować.

Edit: Pomyślałam, że warto dodać jeszcze słówko. Nie ma nic złego w dbaniu o siebie, nie ma nic złego w dążeniu do ideału piękna, jakkolwiek go pojmujemy. Nie ma w tym nic złego, dopóki robimy to dla przyjemności, a nie pod przymusem, pod presją. Dbajmy o swój wizerunek, jeśli mamy na to ochotę, ale akceptujmy się, nie stawajmy się ofiarami mitu urody.


"Kanony kobiecej urody. Od starożytności po XXI wiek. Makijaż i stylizacja", Dorota Golińska

Zapraszamy w podróż przez stulecia, podczas której poznacie niejednokrotnie zaskakujące sztuczki, jaki stosowały kobiety, aby dbać o swoją urodę. Makijaż z różnych epok przedstawiają nie tylko stylizowane modelki, ale także osoby znane z filmu i telewizji. Album Doroty Golińskiej to fascynująca opowieść o sekretach kobiecej urody, metodach pielęgnacji i technikach makijażu na przestrzeni dziejów - od starożytnego Egiptu po dekady XX wieku. Autorka, z wykształcenia historyczka, a z zamiłowania makijażystka, znana i ceniona, w 13 rozdziałach przedstawia charakterystyczne dla danej epoki pomysły na makijaż, a także techniki pielęgnacyjne – jednym słowem wszystko to, co czyniło (i czyni) kobiety pięknymi. Niezwykły projekt z udziałem gwiazd: Omeny Mensah, Marty Żmudy-Trzebiatowskiej, Urszuli Grabowskiej, Ewy Wachowicz, Anny Cieślak, Doroty Gardias i wielu, wielu innych. Dorota Golińska to malarka, wizażystka, oraz filmowa i teatralna charakteryzatorka. Jest ona absolwentką kulturoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz słynnej francuskiej szkoły makijażu Sophie Lecomte w Aix-en-Provence. Współpracuje przy pokazach mody i sesjach fotograficznych, a od 1998 roku prowadzi warsztaty artystyczne ze sztuki makijażu.

O tej pozycji już Wam wspominałam ---> KLIK, dziś więc tylko krótko powtórzę, że "Kanony" to piękny album wiodący czytelnika przez kolejne epoki historyczne, z mnóstwem stylizowanych zdjęć i instruktaży dla chcących odtworzyć wizerunek charakterystyczny dla danego okresu, z solidną dawką wiedzy okraszonej ciekawostkami na temat sposobów, w jaki kobiety na przestrzeni dziejów dbały o urodę. Każdy z trzynastu rozdziałów poświęcony jest innej epoce historycznej, od starożytności, przez średniowiecze, renesans, barok i rokoko, wiek XIX, aż po dynamiczny wiek XX, od lat dwudziestych po lata osiemdziesiąte. Lektura jest jak podróż w czasie, pozwala czytelnikowi przyjrzeć się zmieniającym się z biegiem lat kanonom urody, podejrzeć kobiece rytuały piękna, poznać tajemnice ubioru, pielęgnacji i makijażu. Ciekawostką jest, że modelkami poddanymi stylizacjom są znane kobiety filmu i telewizji. Fajna pozycja kolekcjonerska, zwłaszcza że naprawdę ładnie wydana. 


"Przebudzenie", Stephen King

Mroczna, elektryzująca powieść o tym, co może istnieć po drugiej stronie życia... Z najbardziej przerażającym zakończeniem, jakie wyszło spod pióra Stephena Kinga. Mistrz grozy w najlepszej formie!

W niedużej miejscowości w Nowej Anglii, ponad pół wieku temu, na małego chłopca bawiącego się żołnierzykami pada cień. Jamie Morton podnosi głowę i widzi intrygującego mężczyznę, jak się okazuje, nowego pastora. Charles Jacobs wraz ze swoją piękną żoną odmieni miejscowy kościół. Mężczyźni i chłopcy skrycie podkochują się w pani Jacobs; kobiety i dziewczęta – w tym także matka Jamie’go i jego ukochana siostra Claire – tym samym uczuciem darzą wielebnego Jacobsa. Jednak kiedy rodzinę Jacobsów spotyka tragedia, a charyzmatyczny kaznodzieja wyklina Boga i szydzi z wiary, zostaje wygnany przez zszokowanych parafian. Jamie ma własne demony. Od wielu lat gra na gitarze w zespołach na terenie całego kraju i wiedzie tułaczy żywot rockandrollowego muzyka, uciekając od rodzinnej tragedii. Po trzydziestce – uzależniony od heroiny, pozostawiony na pastwę losu, zdesperowany – Jamie ponownie spotyka Charlesa Jacobsa, co ma głębokie konsekwencje dla nich obu. Ich więź przeradza się w pakt, o jakim nawet diabłu się nie śniło, a Jamie odkrywa, że słowo „przebudzenie” ma wiele znaczeń.

"Przebudzenie" to gorąca nowość. Jako że Kinga lubię i raczej się jego książkami nie rozczarowuję, nie mogłam się nie skusić. W oficjalnych recenzjach powieść określana jest jako arcydzieło, ale szczerze mówiąc tak daleko bym się w swojej opinii nie posuwała. Owszem, napisana świetnie, z wartką akcją, z ciekawym pomysłem, ale żeby zaraz arcydzieło? Przesada, choć miłośnicy gatunku z pewnością będą zadowoleni. Gdybym miała określić tę książkę jednym słowem, powiedziałabym - "elektryzująca". Kto przeczyta, zrozumie :DDD


"Dzieci '44. Wspomnienia dzieci powstańczej Warszawy", Jerzy Mirecki

Zbiór historii szczególnie poruszających. Zawiera relacje dzieci, które uczestniczyły w Powstaniu Warszawskim, oraz wspomnienia żołnierzy AK poświęcone małoletnim mieszkańcom Warszawy. Publikacja Jerzego Mireckiego jest owocem długoletniego trudu, jaki włożył w zebranie, opracowanie i udostępnienie czytelnikom relacji dzieci, które uczestniczyły w Powstaniu Warszawskim bądź tylko patrzyły oczami dziecka na obraz tragedii walczącej, płonącej i burzonej Warszawy. Zbiór relacji zawiera nie tylko wspomnienia ówczesnych dzieci Warszawy, ale też relacje o dzieciach – tak jak je zapamiętali dorośli żołnierze Powstania. Publikacja zawiera kilkadziesiąt relacji, złożonych autorowi przez osoby, które przeżyły Powstanie, rozsiane dziś po całym świecie. Intencją autora było ocalenie tych wspomnień od zagłady i udostępnienie ich innym „powstańczym dzieciom”, jak również dzieciom tych dzieci, ich synom, córkom i wnukom.

Bardzo, bardzo ciekawa książka, pozwalająca stworzyć sobie wyobrażenie powstańczych dni, tym bardziej wstrząsające, że budowane w oparciu o relacje osób, które w okresie Powstania Warszawskiego były dziećmi, kilkulatkami bądź nastolatkami. Wspomnienia ciągle w nich żyją, niezależnie od tego, czy były biernymi obserwatorami, czy zaangażowanymi w sprawę małymi powstańcami. Czasami chronionymi przez rodzinę, czasami ograbionymi z beztroski dzieciństwa, przedwcześnie dojrzałymi i zdanymi na własne siły. Wszystkie na pewno były ofiarami okrutnych czasów. Warto przeczytać.


"Marsjanin", Andy Weir

Mark Watney kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie. Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze. Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair... 

O "Marsjaninie" usłyszałam przez przypadek, w kontekście powstającego na podstawie książki filmu w reżyserii Ridley'a Scotta z Mattem Damonem w roli głównej. Oczywiście natychmiast zapragnęłam przeczytać! Ciekawość podsycała krążąca po internecie anegdota, jakoby tej bijącej aktualnie rekordy popularności powieści początkowo nikt nie chciał wydać. Autor zrobił to ostatecznie na własną rękę i utarł nosa niechętnym wydawcom, bo książka świetnie się sprzedaje, a lada chwila doczeka się wielkobudżetowej ekranizacji. Historia świetna sama w sobie. A powieść rzeczywiście bardzo dobra, wciągająca od pierwszej strony. Tytułowy "Marsjanin" to astronauta, który nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności w trakcie misji na Marsie zostaje uznany za zmarłego i pozostawiony przez resztę ratującej swoje życie, w pośpiechu ewakuującej się z tej niegościnnej planety załogę. Hart ducha, zaciętość, wytrwałość i niezwykła inteligencja pozwalają bohaterowi nie tylko przetrwać, ale także po wielu trudach wrócić na Ziemię. Wciągające, polecam!


"Czy jesteś psychopatą? Fascynująca podróż po świecie obłędu", Jon Ronson

Autor „Człowieka, który gapił się na kozy” powraca z nową, obłędną książką! Wyruszając z nim w podróż po świecie szaleńców i psychopatów, robisz to na własną odpowiedzialność...

Wszystko zaczyna się od spotkania Jona Ronsona z neurolog z Londynu, która otrzymała od anonimowego nadawcy dziwną, zaszyfrowaną książkę. O pomoc w wyjaśnieniu jej tajemnicy prosi Jona. Ten zaś niespodziewanie odkrywa, że w poszukiwaniu rozwiązania zagadki zawędrował do fascynującego świata obłędu. Jon spotyka pensjonariusza zakładu zamkniętego Broadmoor, który zaklina się, że symulował chorobę psychiczną w celu złagodzenia wyroku, a teraz utknął tu, bo nikt nie wierzy, że jest normalny. Rozmawia z osobami zajmującymi się katalogowaniem schorzeń psychicznych i tymi, którzy zaciekle się temu sprzeciwiają. Kontaktuje się z twórcą stosowanego powszechnie testu na psychopatę. To właśnie od niego Jon uczy się rozpoznawać osoby o skłonnościach psychopatycznych. Wyposażony w tę wiedzę zmierza ku sferom wpływów i władzy. Przeprowadza wywiad z niesławnym dowódcą szwadronów śmierci, rozmawia ze znanym prezesem, którego domniemana psychopatia doprowadziła do sporych fluktuacji na giełdzie. Spotykając się z ludźmi związanymi z szaleństwem prowadzoną działalnością zawodową, odkrywa niepokojącą prawdę, że wielu z nich jest na swój sposób tak samo szalonych jak ci, którzy są przedmiotem ich badań. Charakterystyczne poczucie humoru, urok osobisty Jona i jego wrodzona dociekliwość sprawiają, że reportaż „Czy jesteś psychopatą?” wciąga od pierwszych stron. Ta pozornie rozrywkowa lektura wydobywa na światło dzienne niewygodne prawdy i zachęca do stawiania pytań o to, jak definiować normalność w świecie, w którym coraz częściej ocenia się nas po naszych najbardziej skrajnych zachowaniach.

Okładka okropna, tytuł też niezbyt zachęcający, dopiero podtytuł dający nadzieję na interesującą treść. Nie zawiodłam się, autor proponuje nam ciekawie napisaną relację z własnych badań nad szaleństwem. Dziennikarska dociekliwość i bezpośredni, zabawny nawet styl sprawiają, że mimo trudnego tematu książkę czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem, razem z autorem stopniowo zgłębiając zagadnienie psychopatii, wspólnie z nim zadając sobie kluczowe pytania, nie tylko o jej przyczynę i charakter, ale także o niepokojącą łatwość postawienia takiej diagnozy. Bardzo ciekawa książka, jedna z tych, które budzą chęć poznania innych pozycji spod pióra autora. Mam ogromną ochotę na "Człowieka, który gapił się na kozy", w której Ronson opowiada historię niekonwencjonalnych broni stosowanych przez amerykańską armię, rozprawiając się na przykład z pomysłem stworzenia nowego modelu żołnierza, wyposażonego w nadnaturalne zdolności. Kto wie, może przeczytam, póki co jednak pochłonął mnie "Profil mordercy" Paula Brittona, książka, o której Ronson wspominał w "Czy jesteś psychopatą?", przywołując postać tego słynnego profilera tworzącego psychologiczne portrety sprawców zbrodni. Sięgnięcie po tę pozycję było więc naturalną koleją rzeczy. Jest bardzo dobra, napiszę Wam o niej więcej za miesiąc!


Zainteresowała Was któraś z opisanych dziś przeze mnie książek? A może już je znacie? Koniecznie napiszcie. Zdradźcie też, jakie lektury towarzyszyły Wam w grudniu. Jest coś, co szczególnie polecacie? Zostawcie swoje rekomendacje (ja ze swojej strony Waszej szczególnej uwadze polecam "Dzieci '44" i  "Czy jesteś psychopatą?"). Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


niedziela, 28 grudnia 2014

Nie taki brąz straszny, czyli odkrycie grudnia


I po świętach! Jak Wam minęły? Mam nadzieję, że dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłyście. Ja w każdym razie powoli otrząsam się z leniwej, świątecznej atmosfery i wracam do codzienności. Na szczęście mogę to robić niespiesznie, przede mną jeszcze sporo urlopu! Urlopu od bloga jednak nie biorę, z przyjemnością powracam do Was już dziś, zapraszając na grudniowy post z serii Odkrycia. Dziś o bardzo ciekawej pomadce, przez którą powinnam się w piekle smażyć, bo pozwoliłam jej leżeć w mojej toaletce chyba z pół roku, zanim w końcu ją wypróbowałam. Zanim opowiem Wam, dlaczego tak się stało, zdradzę, że mowa o JOKO Long Lasting Lipstick w odcieniu nr 31.




Dlaczego tak długo leżała bezużytecznie? Otóż rozczarował mnie jej odcień. Kiedy się na niego decydowałam, wyłącznie na podstawie zdjęć w sieci, wydawał mi się nudziakiem z dominującym tonem różowym (takie lubię najbardziej), na żywo okazał się jednak co prawda dość jasnym, ale wyraźnym brązem, z którym jakoś w letniej aurze nie było mi po drodze. Szminkę odłożyłam i o niej zapomniałam. Aż do teraz. Parę tygodni temu szczęśliwie znowu wpadła w moje ręce, a ja wykazałam się większą chęcią do makijażowych eksperymentów. Od pierwszego użycia wiedziałam, że nie taki brąz straszny! Zwłaszcza że stanowi doskonałe uzupełnienie makijażu oczu, w którym ostatnio główną rolę gra moja nowa paleta Urban Decay Naked 2 (o niej innym razem).




Wyrazisty kolor + idealne krycie = megaefekt przez wiele godzin.

Kremowa konsystencja pomadki zapewnia przyjemną i łatwą aplikację, nadając ustom długotrwały, żywy kolor. Koktajl dobroczynnych składników zawarty w pomadce Long Lasting otula usta cienkim welonem odżywczego masła shea oraz naturalnym woskiem - nawilża, zmiękcza oraz wygładza delikatną skórę ust.

Cena: około 20 zł


Za co tę pomadkę polubiłam? Przede wszystkim za niesamowitą relację komfortu aplikacji i noszenia do trwałości. Zwykle szminki typu long lasting wysuszają usta, podkreślając każdy ich mankament, w tym przypadku natomiast nie ma o tym mowy. Pomadka JOKO co prawda mocno przywiera do ust, ale zachowuje przyjemną kremowość i miękkość, mimo matowego i dającego pełne krycie wykończenia (które zresztą też ogromnie mi się podoba). Trwałość oceniam na około 4 godziny, w tym czasie można normalnie rozmawiać i pić (z jedzeniem niestety gorzej). Nie jest to może mistrzostwo świata, ale najgorzej też nie jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę niekłopotliwe, równomierne ścieranie się, brak tendencji do migracji pigmentu, no i niewygórowaną w sumie cenę. Spójrzcie, jak prezentuje się na ustach. 




Dla ciekawskich:
na twarzy Skin79 Dear Rose BB Cream, prasowany puder bambusowy FM, meteoryty Guerlain i róż Rose Ecrin Chanel, miejscowo kamuflaż 010 Ivory Catrice, pod oczami kamuflaż 002 Beige Alverde, na powiekach baza Hean, cienie z palety Naked 2 Urban Decay i czarny liner Blackbuster L'Oreal, na rzęsach czarna maskara False Lash Wings L'Oreal, na linii wodnej cielista kredka 090 Natural Glaze Max Factor, na brwiach kremowy cień Permanent Taupe Maybelline.


Jak wiecie, kocham pomadki w odcieniach nude i trudno przekonać mi się do ciemniejszych kolorów. Ten brąz, mimo że przecież nie taki znowu ciemny, początkowo jakoś mnie mimo wszystko wystraszył. Cieszę się, że się do niego przekonałam, bo okazało się, że czuję się w nim nadspodziewanie dobrze. Sięgałam po niego przez cały grudzień i pewnie sięgałabym nadal, gdyby nie groźny rywal, szminka MAC w odcieniu Blankety, jeden z moich świątecznych prezentów. Styczeń będzie należał chyba do niej!




A Wy? Po jakie odcienie szminek sięgacie najczęściej? Chętnie eksperymentujecie z nowymi kolorami? Lubicie formuły long lasting? Co myślicie o propozycji JOKO? Dajcie znać. Napiszcie też o własnych grudniowych zachwytach kosmetycznych. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


wtorek, 23 grudnia 2014

W kilku słowach, czyli świąteczne serdeczności!


Jak tam przygotowania do świąt? Domyślam się, że idą pełną parą, tak jak i u mnie. Jutro pewnie trudno będzie znaleźć mi czas, żeby złożyć Wam świąteczne życzenia, dlatego pozwólcie, że w kilku słowach zrobię to już dziś :)))




A zatem świąteczne serdeczności! Świętujcie, odpoczywajcie, cieszcie się atmosferą i obecnością bliskich. Zjedzcie jak zwykle za dużo, uśmiechajcie się, może nawet sprawdźcie, co robi Kevin sam w domu :DDD Niech te święta będą spokojne, pachnące i radosne. Czego i Wam, i sobie życzę :))) 


Do zobaczenia po świętach!

Buziaki,
Cammie.



sobota, 20 grudnia 2014

Gwiazdka na Gwiazdkę, czyli czerwień Essie ze złotym akcentem


Jakiś czas temu na FB zadałam Wam pytanie o najpiękniejszy Waszym zdaniem czerwony lakier do paznokci. Padło wiele propozycji, ale najczęściej wskazywałyście Essie A List. Przy pierwszej nadarzającej się okazji przyjrzałam mu się z bliska i oczywiście nie wypuściłam już z rąk, rzeczywiście okazał się przepiękny! 




A List to ciemna, głęboka, kremowa czerwień, stonowana i bardzo elegancka. Właśnie czegoś takiego szukałam, pytając Was o wskazówki. Dziękuję wszystkim dziewczynom, które zwróciły na niego moją uwagę!




Kolor jest bezbłędny, mam go zaledwie od dwóch tygodni, pomalowałam nim paznokcie raptem ze dwa, trzy razy, a już zdążyłam usłyszeć na jego temat kilka komplementów. Żałuję jedynie, że nie jest bardziej napigmentowany, niestety podoba mi się dopiero przy trzech warstwach. Przy dwóch u nasady paznokci ciągle widzę jakieś prześwity. Być może to jednak kwestia lakieru podkładowego (używam Essie Ridge Filling), mam wrażenie, że wchodzi z A List w jakąś niepożądaną reakcję (podobnie dzieje się też z Big Spender). W każdym razie nawet z płatającą figle bazą trzy warstwy prezentują się już nienagannie, dając błyszczącą taflę klasycznej czerwieni.




Aż prosi się, żeby sięgnąć po tę czerwień na święta. Pomyślałam, że warto dodać do niej jakiś typowo świąteczny akcent. Znacie mnie już trochę, wiecie, że jeśli chodzi o zdobienia paznokci, jestem bardzo zachowawcza, nie dla mnie wszelkie wzorki i inne paznokciowe cuda wianki. Słabość mam jedynie do ciekawych topperów, ale nawet ich używam z umiarem, nakładając je zwykle jedynie na palec serdeczny. Tym razem postanowiłam jednak zaszaleć i zamówiłam sobie na allegro maleńkie złote gwiazdki (widzicie je rozsypane na zdjęciach), upewniając się wcześniej, że nadają się do zdobienia paznokci naturalnych. Zaledwie dwa pięćdziesiąt, a tyle radości! :DDD




Oczywiście i tym razem zachowałam umiar, na paznokcie trafiła tylko jedna gwiazdka. Moim zdaniem wystarczy. Robi robotę. Mała złota gwiazdka na Gwiazdkę!




Czerwień i złoto, iście świąteczne zestawienie. Ciekawa jestem, jak Wam się podoba. Co myślicie o Essie A List? Wpadły Wam w oko moje złote gwiazdki? Ciekawy pomysł na zdobienie, czy niekoniecznie? Dajcie znać. Zdradźcie też koniecznie, jak same planujecie pomalować paznokcie na święta. Piszcie, czekam na Wasze komentarze! 

Buziaki,
Cammie.


Uwaga, rozdanie! 
Dwa egzemplarze książki "Kanony kobiecej urody. 
Od starożytności po XXI wiek.
Makijaż i stylizacje" dla Was! KLIK
Na zgłoszenia czekam jeszcze tylko do jutra!


środa, 17 grudnia 2014

O tym się mówi, czyli czytnik ebooków Kindle


Skoro już jesteśmy w temacie książek [kto przegapił ostatniego posta? nadrabiajcie zaległości, czekają na Was dwa pięknie wydane albumy o kanonach kobiecej urody na przestrzeni dziejów ---> KLIK], to pociągnijmy go jeszcze przez chwilę, zatrzymując się przy nowoczesnej alternatywie dla papieru, czyli czytniku ebooków Kindle. Odkąd dwa lata temu opublikowałam pierwszy post o tym urządzeniu [KLIK], ciągle dostaję od Was pytania, w których dociekacie najczęściej, jak mi się z niego korzysta, czy jest wygodne w użyciu, czy od czytania nie bolą mnie oczy, no i oczywiście czy nie tęsknię za tradycyjnymi, pachnącymi farbą drukarską lub kurzem książkami. Pomyślałam zatem, że warto znowu poświęcić mu kilka słów, rozwiewając Wasze wątpliwości. Zapraszam na kolejny post z cyklu O tym się mówi




Tak jak wspominałam, napisałam już kiedyś obszernego posta na temat Kindle'a i w zasadzie podtrzymuję każde słowo, które wtedy padło. Pozwólcie, że przytoczę najważniejsze stwierdzenie:

Uwielbiam go za pojemność (tysiące książek zawsze przy sobie), uwielbiam go za oszczędność  pieniędzy (książki i gazety elektroniczne są tańsze niż papierowe) i miejsca (moja domowa biblioteczka przestaje nareszcie pękać w szwach), uwielbiam go w końcu za gabaryty (jest lekki i niewielki, noszę go ze sobą wszędzie, wykorzystując na lekturę każdą sprzyjającą chwilę).

Sama prawda. Regularnie uzupełniam swoją bibliotekę, nie zważając na ilość kupowanych ebooków, bo nie muszę przejmować się ani miejscem, które musiałabym zapewnić na półkach tradycyjnym książkom, ani cenami, bo wydania elektroniczne nie dość, że są sporo tańsze od tych papierowych, to jeszcze w moich ulubionych e-księgarniach bardzo często obejmowane bywają bardzo atrakcyjnymi zniżkami. Nie minę się też z prawdą, jeśli napiszę, że czytam więcej niż kiedyś. Myślałam, że to niemożliwe, bo zawsze czytałam sporo, ale teraz całą moją biblioteczkę w postaci tego sprytnego, niewielkiego urządzenia mam po prostu zawsze ze sobą, co sprawia, że po lekturę sięgam w wielu sytuacjach, w których po tradycyjną książkę nie miałabym szans sięgnąć. Chociażby z tego prostego powodu, że nie miałabym jej przy sobie. Idealne rozwiązanie dla każdego mola książkowego.





Swojego pierwszego Kindle'a, 4 Touch, eksploatowałam jakieś dwa i pół roku. Służył mi zupełnie bezawaryjnie, ale niedawno zdecydowałam się wymienić go na nowszy model. Od kilku miesięcy mam Paperwhite II. Od mojej poprzedniej wersji różni się głównie nawigacją i pozwalającym na czytanie w każdych warunkach podświetlanym ekranem, odrobinę też gabarytami, poza tym to ten sam stary dobry Kindle, zawsze niezawodny i zawsze pod ręką. Pokochałam go od pierwszego włączenia. Ciągle powtarzam, że czytnik, wcześniej Touch, teraz Paperwhite, to mój ulubiony elektroniczny gadżet. Bije na głowę chyba nawet smartfona, choć muszę przyznać, że z aplikacji Kindle na telefonie też zdarza mi się korzystać. Jest to zaskakująco bezproblemowe, pliki jednym kliknięciem można ściągnąć z chmury.




Odpowiadając na najczęściej zadawane przez Was pytania, muszę dodać, że Kindle jest naprawdę wygodny w użyciu. Jest lekki, więc nie obciąża dłoni, strony zmienia się muśnięciem palca. Posiada wiele ułatwiających czytanie funkcji, od najprostszych, jak zakładka, śledzenie postępu lektury czy ustawianie pożądanej wielkości czcionki, po bardziej skomplikowane, jak wbudowane słowniki, czy możliwość robienia podkreśleń i notatek. Bardzo polubiłam też podświetlany ekran, który wbrew Waszym obawom nie powoduje zmęczenia oczu. Jest wręcz przeciwnie, w każdych warunkach mogę sobie w dowolnym natężeniu doświetlić tekst, podnosząc komfort czytania, zwłaszcza że emitowane światło ma naturalną barwę. Sam wyświetlacz natomiast to nieobciążający oczu i nieodbijający światła epapier, zachowujący cechy najzwyklejszego na świecie wydruku na papierze. Oczy naprawdę nie męczą się bardziej niż przy tradycyjnej lekturze. Wiem, że niedowiarków nie przekonam, ale poważnie zainteresowanych zakupem czytnika powinno to uspokoić.

Nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać, żeby dać Wam do zrozumienia, jak fajne jest to urządzenie. Dla mnie, miłośniczki książek, jego zakup był prawdziwą rewolucją, wychodzącą naprzeciw wszelkich moich czytelniczych potrzeb. Uwielbiam swój czytnik! I choć tradycyjne książki mają swój niewątpliwy urok, nie wyobrażam już sobie życia bez Kindle'a. Zwłaszcza że emocje, jakie towarzyszą nam w czasie lektury, nie zależą przecież od nośnika treści, tylko od tego, co mamy w głowie :))) Jeśli czuję potrzebę obcowania z papierem, owszem, sięgam po papier, na co dzień jednak zdecydowanie wolę ebooki. Bez dwóch zdań wygodniejsze i bardziej ekonomiczne!

Ciekawa jestem, jakie macie podejście do książek elektronicznych. Używacie czytników, dostrzegacie ich potencjał, czy ich zalety pozostają dla Was w sferze niepojętej abstrakcji? Udogodnienie i znak czasów, czy jednak niepotrzebne wymysły? Moje zdanie już znacie, teraz Was zapraszam do zabrania głosu. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Uwaga, rozdanie! 
Dwa egzemplarze książki "Kanony kobiecej urody. 
Od starożytności po XXI wiek. Makijaż i stylizacje"
dla Was! KLIK




niedziela, 14 grudnia 2014

Świąteczny prezent, czyli dwa egzemplarze "Kanonów kobiecej urody" dla Was!


Jeśli po lekturze ostatniego posta [moja świąteczna lista marzeń ---> KLIK] myślałyście, że skupiam się wyłącznie na prezentach dla siebie, a o Was zapominam, byłyście w ogromnym błędzie. Zaraz Wam to udowodnię! Mam dziś dla Was wspaniałą niespodziankę, świąteczny prezent w postaci dwóch egzemplarzy arcyciekawej książki, która z pewnością zainteresuje każdą miłośniczkę makijażu. Wydane nakładem Grupy Wydawniczej Foksal "Kanony kobiecej urody. Od starożytnego Egiptu po XXI wiek. Makijaż i stylizacja" Doroty Golińskiej to piękny album wiodący czytelnika przez kolejne epoki historyczne, z mnóstwem stylizowanych zdjęć i instruktaży dla chcących odtworzyć wizerunek charakterystyczny dla danego okresu, ale przede wszystkim z solidną dawką wiedzy okraszonej ciekawostkami na temat sposobów, w jaki kobiety na przestrzeni dziejów dbały o urodę. Zainteresowane? Mam nadzieję, że tak :)))




Twarda, przyciągająca oko oprawa książki kryje trzynaście rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej epoce historycznej, od starożytności, przez średniowiecze, renesans, barok i rokoko, wiek XIX, aż po dynamiczny wiek XX, od lat dwudziestych po lata osiemdziesiąte. Lektura jest jak podróż w czasie, pozwala nam przyjrzeć się zmieniającym się z biegiem lat kanonom urody, podejrzeć kobiece rytuały piękna, poznać tajemnice ubioru, pielęgnacji i makijażu.




Treść treścią, ale nie sposób nie wspomnieć o zdjęciach, bo to właśnie one stanowią o wyjątkowości tej książki. Są przepięknie stylizowane, bezpośrednio nawiązują do opisywanych epok. Co ciekawe, modelkami są znane kobiety filmu i telewizji - Marta Żmuda-Trzebiatowska, Anna Cieślak, Ewa Wachowicz, Ewa Mleczko, Urszula Grabowska, Dominika Figurska, Grażyna Plebanek, Omenaa Mensah, Dorota Gardias, Olga Borys, Karolina Chapko, Kasia Dąbrowska i Ramona Rey. Zabieg ten sprawił, że z tym większym zainteresowaniem spoglądamy na proponowane stylizacje, czasem nie mogąc wręcz uwierzyć w przemianę.










"Kanony kobiecej urody" to pozycja naprawdę udana, jest co poczytać, jest na co popatrzeć, jest czym nacieszyć oko, jest czym się zainspirować. Myślę, że to idealny pomysł na prezent dla kobiet zainteresowanych poruszaną w niej tematyką, zwłaszcza że książka jest pięknie wydana, w dużym formacie, w twardej oprawie, na grubym papierze. Aż przyjemnie z nią obcować. Tak jak wspominałam, dwie z Was będą mogły się o tym przekonać!




Prezent to prezent, konkursu i żadnych zadań konkursowych tym razem nie będzie, zapraszam Was na rozdanie! Wystarczy obserwować No to pięknie! (tu albo na FB) i po prostu się zgłosić. Dla chętnych zostawiam jednak sekcję "Hyde Park", możecie mi tam napisać coś od siebie, cokolwiek, co Wam przyjdzie do głowy. Ale oczywiście nie musicie tego robić, to taka opcja dla gaduł :DDD

Regulamin
1. Rozdanie organizowane jest przez blog no-to-pieknie.pl Realizowane jest na zasadach określonych niniejszym Regulaminem i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa. 
2. Sponsorem prezentów jest Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o. 
3. Niniejsze rozdanie adresowane jest do wszystkich czytelników bloga No to pięknie! i osób lubiących profil bloga No to pięknie! na portalu społecznościowym Facebook.
4. Uczestnicy rozdania mają za zadanie wypełnić i przesłać formularz zgłoszeniowy.
5. Rozdanie rozpoczyna się 14.12.2014 r., termin zgłaszania się do konkursu upływa z dniem 21.12.2014 r. 
6. Uczestnik zgłaszając się do rozdania tym samym przyjmuje warunki jego Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych (Dz.U.Nr.133 pozycja 883z późn. zm.). 
7. Prezentami w rozdaniu są dwa egzemplarze książki Doroty Golińskiej "Kanony kobiecej urody. Od starożytnego Egiptu po XXI wiek. Makijaż i stylizacja". Prezenty nie podlegają zamianie na inne. 
8. Spośród wszystkich poprawnych zgłoszeń losowo wyłonione zostaną dwa zwycięskie zgłoszenia. Ogłoszenie wyników zostanie opublikowane 22 grudnia. O wygranej wyłonione osoby zostaną poinformowane za pośrednictwem bloga no-to-pieknie.pl oraz wiadomości mailowych, prezenty zostaną im przekazane w ciągu 7 dni robocznych od otrzymania danych adresowych. Wysyłka prezentów organizowana będzie wyłącznie na terenie Polski, na koszt sponsora prezentów.
9. Rozdanie nie podlega przepisom ustawy z dnia 19 listopada 2009 roku o grach hazardowych (Dz. U. z 2009 roku nr 201, poz. 1540 z późn. zm.). 
10. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia rozdania i obowiązuje do czasu jego zakończenia. W sprawach nie określonych w niniejszym regulaminie zastosowanie mają przepisy Kodeksu Cywilnego oraz innych przepisów powszechnie obowiązujących.





Na Wasze zgłoszenia czekam do następnej niedzieli (21.12.). Uwaga, wyniki rozdania ogłoszone zostaną tutaj, w dzisiejszym poście! Do zwyciężczyń oczywiście napiszę.

Edit: Książki trafiają do FF oraz Blanki :))) Dziewczyny, gratuluję!

Mam nadzieję, że książka Was zainteresowała i chętnie o nią powalczycie. Dajcie znać, co myślicie o tego typu wydawnictwach, fajny pomysł na prezent, czy niekoniecznie? Piszcie, jak zawsze czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 12 grudnia 2014

Czego pragną kobiety, czyli moja świąteczna lista marzeń z "Grą o tron" w tle


Czego pragną kobiety? Wiadomo, biżuterii, butów i torebek :DDD Potraktujcie oczywiście to stwierdzenie z przymrużeniem oka, w końcu nie samymi dobrami materialnymi człowiek żyje (a jeśli tak jest, to strasznie smutne musi być to życie), ale prawda jest taka, że i dobra materialne potrafią przynieść wiele radości. Zwłaszcza, kiedy otrzymujemy je we wręczonym od serca prezencie. A najwspanialsza okazja do wymiany prezentów już niebawem! Do świąt coraz bliżej, niespodzianki dla moich bliskich już gotowe, pora pomyśleć więc o sobie. Jak co roku przygotowałam świąteczną listę marzeń, nie brakuje na niej ani biżuterii, ani butów, ani torebek. No co, jestem kobietą!




1. Notes do torebki - na zdjęciu widzicie piękny notes Paperblanks z kolekcji Aloha. Oczywiście chciałabym go mieć, ale ucieszyłby mnie każdy w twardej oprawie z jakimś miłym dla oka, kobiecym motywem na okładce. Jeśli chodzi o notatki, nie idę z duchem czasu, nie mogę przywyknąć do notesów elektronicznych w komputerze czy w telefonie, pod tym względem jestem okropnie staroświecka.

2. Kalendarz - jak wyżej. Elektronika elektroniką, ja lubię obcować ze starym dobrym kalendarzem papierowym. Wpadł mi w oko organizer Beautiful Mess, jeśli nie znajdę stacjonarnie niczego równie uroczego, pewnie się na niego zdecyduję, sama robiąc sobie prezent.





3. Zawieszka do mojej Pandory - srebrna kulka ze złotą koroną chodzi za mną od dawna, bardzo mi się podoba. Królewna co prawda ze mnie żadna, ale kto by się tym przejmował? :)))

4. Złoty zegarek - zegarki pojawiają się na moich listach marzeń od zawsze, ale tak się złożyło, że nadal noszę swojego wysłużonego Lorusa. Nie obraziłabym się jednak, gdybym mogła zmienić go na Tous Drive Matte. 

5. Perfumy - mam ochotę wrócić do jednego z moich ulubionych zapachów, klasycznego fioletowego jabłuszka Lolity Lempickiej. Lolita, nadchodzę!

6. Toppery Lynnderella - do Lynnderelli mam słabość, te ręcznie wytwarzane toppery są tak niepowtarzalne, tak pomysłowe i tak zdobne, że najchętniej przygarnęłabym je wszystkie, jednak ich cena skutecznie mnie stopuje. Rok temu na urodziny sprawiłam sobie Snow Angel, tym razem mam chrapkę na czerwony, biżuteryjny Ruby Red Ruby. Bardzo podoba mi się też pastelowy Ghost of a Chance.




7. Pomadki MAC - moje ulubione, najbardziej komfortowe w noszeniu. Chciałabym, żeby do tych kilku sztuk, które mam, dołączyła jeszcze choć jedna, na przykład Blankety. Albo Fleshpot.

8. Rozświetlacz MAC - skoro już o MACu mowa, to marzę też o Lightscapade z serii Mineralize Skinfinish. Najbardziej popularny, Soft&Gentle, w ogóle mnie nie rusza, za ten natomiast dałabym się pokroić.

9. Korektor od Heleny Rubinstein - Magic Concealer, 01, od stu lat na mojej zakupowej liście. I tylko jakoś kupić nie mogę :DDD

10. Peeling enzymatyczny Organique - czytałam na jego temat wiele dobrego, ogromnie mnie ciekawi. Peelingi enzymatyczne to w mojej pielęgnacji stosunkowa nowość, szukam najlepszego z najlepszych. Ten podobno ma szansę zostać faworytem.




11. Naszyjniki - ostatnio to zdecydowanie moja największa biżuteryjna słabość. Uwielbiam duże, rzucające się w oczy naszyjniki, jak ten biały z Zary, równie dobrze czuję się też jednak w skromniejszych, choć długich, jak ten srebrny z Mohito.




11. Torebka - czarna, duża, pojemna, sztywna, klasyczna, starannie wykonana, bez zbędnych ozdób. Uwierzycie, że szukam takiej już od pół roku? I znaleźć nie mogę. A zaglądam na różne półki cenowe. Ta ze zdjęcia pochodzi z Reserved. Nadal nie jest to dokładnie to, o co mi chodzi, ale wizualnie najbliżej jej do ideału. Poproszę! Jako pilnie potrzebną torebkę zastępczą :DDD Bo ideał w końcu znajdę, prawda?

12. Melissy - kolejny raz na mojej liście marzeń. Tym razem Incense Laco. Przepiękne! Kupię, kupię, kupię, na wiosnę kupię, bo pęknę! Tylko jakie, czarne, czy czerwone? A może szmaragdowe?

13. Etui na nowy telefon - wróbelki ćwierkają, że będzie mi potrzebne :DDD


Mądre jesteście, dziewczyny, na pewno nie muszę Wam tłumaczyć, że nie o to chodzi, żeby te wszystkie rzeczy znaleźć po choinką. Ale pomarzyć przecież wolno, prawda? Jestem zresztą przekonana, że Wy też macie swoje świąteczne listy marzeń. Z chęcią dowiem się, co śni Wam się po nocach. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Na koniec dodam tylko, że wszystkie te wymarzone prezenty bez mrugnięcia okiem oddałabym za kolejny tom "Gry o tron". George R. R. Martin, weźże się, chłopie, do roboty! :DDD

Buziaki,
Cammie.


wtorek, 9 grudnia 2014

Kwintesencja subtelności, czyli dwa najpiękniejsze lakiery z kolekcji baletowej O.P.I.


O.P.I. New York City Ballet, Don't Touch My Tutu i Pirouette My Whistle. Kwintesencja subtelności. Kiedy zobaczyłam ten duet na zdjęciach, momentalnie go zapragnęłam. Te lakiery są po prostu dla siebie stworzone, łagodna, mleczna biel jednego jest idealnym tłem dla srebrzystej mgiełki drugiego. Nic dziwnego, że to najczęściej zestawiana ze sobą dwójka z całej tej baletowej kolekcji. Ja także znalazłam się pod jej urokiem.




Biały mleczak, choć piękny, wygląda w sumie dość niepozornie, o uroku tego zestawu zdecydowanie stanowi topper. Jest niesamowity, pełen delikatnych srebrzystych drobin i płatków srebrnego brokatu. Oczywiście daje charakterystyczny dla brokatowych topperów połysk, ale bardzo dyskretny, stłumiony.




Połączenie tych dwóch lakierów niezwykle mi się podoba. Dzięki białemu Don't Touch My Tutu paznokcie wyglądają czysto, schludnie i elegancko, dzięki Pirouette My Whistle zyskując nieco biżuteryjne, ale nienachalne zdobienie.




Na zdjęciach topper widzicie tylko na palcu serdecznym, ale w gruncie rzeczy jest on tak delikatny, że równie dobrze prezentuje się nałożony na wszystkie paznokcie. Często właśnie tak go noszę, naprawdę nie mając przy tym poczucia przesady. Myślę, że pięknie będzie się też prezentował nałożony tylko na końcówki, z szarym, kremowym lakierem w tle. Kiedyś na pewno coś takiego zmaluję, tymczasem proponuję jednak zbliżenie na duet z mleczną bielą.




Koniecznie muszę w tym miejscu tę biel pochwalić. Don't Touch My Tutu ma niesamowitą jakość, w ogóle nie smuży, co przy tak jasnych odcieniach jest niestety raczej smutną normą. Tu najwyraźniej mamy do czynienia z wyjątkiem od tej reguły, lakier jest bowiem zupełnie bezproblemowy, przy pierwszej warstwie dając efekt naturalnych, bardzo zdrowych paznokci, przy dwóch kryjąc niemal w pełni. Trzecia warstwa pogłębia efekt, ale nie jest konieczna.




Wiem, że zestawienie, jakie Wam dziś pokazałam, nie rzuca się w oczy i może wydawać się nudne, ale ta delikatność ma swój niezaprzeczalny urok. Rzeczywiście kojarzy się ze zwiewnym baletem. Miękka, mleczna biel Don't Touch My Tutu jest po prostu prześliczna, srebrne drobiny Pirouette My Whistle tylko to podkreślają. Mam nadzieję, że to dostrzegacie.

Dajcie znać, jak Wam się to zestawienie podoba. Przemawia do Was tak subtelny efekt, czy niekoniecznie? Z czym Wam się kojarzy? Z klasyką, elegancją, naturalnością, lekkością, bezpieczeństwem, tak jak mi? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


sobota, 6 grudnia 2014

Pora na prezenty, czyli wyniki mikołajkowego konkursu


To dziś, mikołajki. Pora na prezenty! Zapraszam na ogłoszenie wyników mikołajkowego konkursu :))) Przypomnę tylko, że w ostatnich dniach miałyście szansę zagrać o trzy naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK.




Stawiając Wam konkursowe zadanie, prosiłam, żebyście przywołały w pamięci swój niezapomniany mikołajkowy prezent. Z ogromną przyjemnością przeczytałam Wasze odpowiedzi, podarowałyście mi niesamowite historie. Zaręczyny (zaskakująco wiele z Was zaręczyło się w mikołajki!), pozytywne wyniki testów ciążowych, randki na końcu świata, spełnione dziecięce marzenia, było tego naprawdę sporo. Z niektórych anegdot się śmiałam, inne mnie wzruszyły, wszystkie natomiast podkreślały walor bynajmniej nie materialny, a sentymentalny i właśnie to było najpiękniejsze. Bardzo Wam za te skrawki Waszego życia dziękuję!

A teraz najważniejsze, wyniki. Peeling solny otrzymuje kajka, peeling grejpfrutowo-mandarynowy robaczeeek, a owsiany Barbara ł. Dziewczyny, serdeczne gratulacje! Jeszcze dziś się do Was odezwę.

Jak zwykle dziękuję wszystkim za zainteresowanie konkursem. Mam nadzieję, że weźmiecie też udział w kolejnym. A to już za kilka dni! Mam dla Was coś wyjątkowego :)))

Buziaki,
Cammie.


piątek, 5 grudnia 2014

Do sedna, czyli podsumowanie listopada | Popularne posty, rozrywka, zakupy


Powiedzcie, jak to się dzieje, że ledwo pisałam Wam o październiku, a tu już pora podsumować listopad? Wiem, że to truizm, ale czas biegnie jak szalony. Nie marnujmy go więc, do sedna. Listopadowe Summa summarum, zapraszam!




Na początek jak zwykle szybki przegląd najpopularniejszych postów. W listopadzie zdecydowanie najchętniej czytałyście o ... październiku :DDD Tak się złożyło, że to właśnie październikowy post z serii Summa Summarum przyciągnął najwięcej czytelników ---> KLIK. Raptem kilkanaście odsłon mniej miał wpis o diecie bezglutenowej, w którym zastanawiałam się nad jej zasadnością ---> KLIK (jeśli przejrzałyście komentarze, to pewnie już wiecie, że ostatecznie zdecydowałam się na ten eksperyment). Sporym zainteresowaniem cieszyło się także zestawienie preparatów z kwasem azelainowym ---> KLIK, mam nadzieję, że pomogło Wam zorientować się w ofercie aptek. Jeśli ktoś ma ochotę cofnąć się do tych tekstów, zachęcam.

Na FB największe wzięcie miał post zapraszający Was do udziału w konkursie mikołajkowym ---> KLIK. Uwaga, konkurs jeszcze trwa! Ciągle jeszcze możecie zagrać o trzy wspaniałe nagrody, do zgarnięcia naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK. Jest o co powalczyć!




Przechodząc do listopadowych rozrywek, nie mogę nie wspomnieć o serialu, który wypełniał mi wieczory. W listopadzie postawiłam na komedię, pochłaniając cztery sezony The Big Bang Theory :))) Kolejne cztery jeszcze przede mną.




Podchodziłam do tego serialu sceptycznie, mimo początkowych oporów wciągnęłam się jednak z prędkością światła. Sezony co prawda są długie, ale odcinki trwają góra dwadzieścia minut, także ogląda się je w fajnym, dynamicznym tempie. The Big Bank Theory, czyli Teoria Wielkiego Podrywu, opowiada o perypetiach grupy przyjaciół, której trzonem jest czterech młodych wybitnych naukowców. Ich postaci nakreślone są w krzywym zwierciadle, piekielnie inteligentni jeśli chodzi o sprawy zawodowe (no, może z wyjątkiem inżyniera Wolowitza :DDD), kompletnie nie radzą sobie bowiem ze zwykłym życiem. Przerastają ich zwłaszcza relacje damsko-męskie. Każdy z nich ma swoje dziwactwa, ale to właśnie one czynią ich tak zabawnymi i niepowtarzalnymi. Niesamowita dawka humoru. Uwielbiam Sheldona za jego oderwanie od rzeczywistości (bazinga!), Leonarada za słodką nieporadność, Rajesha za rozczulające wycofanie, a Howarda za ... jego matkę :DDD Kto nie widział, oglądać, śmiech to zdrowie!

Jeśli chodzi o listopadowe lektury, to jak możecie się domyślać, odsyłam Was do odrębnego posta na ten temat ---> KLIK. Dziś wszystkim zainteresowanym książkami chciałam jedynie zapowiedzieć fajne rozdanie, jakie rozpocznie się na No to pięknie! już za parę dni. Będzie co czytać i co oglądać!

Listopad obfitował w rozmaite promocje, wśród których zdecydowanie najgłośniej było o tej w sieci drogerii Rossmann. Pewnie nikogo nie zdziwi, że ja też z niej skorzystałam. Rozważnie komponując swoje zakupy, zrobić je można było w zasadzie o połowę taniej niż zwykle. Skusiłam się głównie na podkłady, na które z miłości do bb kremów normalnie szkoda mi kasy, ale do koszyka wpadł też świetny, jak się okazało, żel do brwi.




Dopiero poznaję te podkłady bliżej, ale już mam swojego faworyta. Na tę chwilę najwyżej oceniam Revlon Nearly Naked. Duży potencjał dostrzegam też w Bourjois Healthy Mix, najtrudniej natomiast dogadać mi się z L'Oreal True Match, ale nie skreślam go, bo wiem, że w dużej mierze to wina mojej kapryśnej teraz i łuszczącej się w efekcie stosowania Locacidu cery. Na pewno trzeba pochwalić go za kolor (N1), rzadko kiedy na zwykłych drogeryjnych półkach spotkać można tak neutralny, naturalny jasny odcień.

Bez wątpienia jednak najbardziej udanym zakupem rossmannowej promocji okazał się żel do brwi L'Oreal Brow Artist Plumper. Świetny! Piękny, chłodny, brązowy odcień, maleńka precyzyjna szczoteczka i mocne, niezawodne utrwalanie kształtu brwi, to jest to.




Żeby zobrazować Wam, jak mała jest ta szczoteczka, spójrzcie, jak prezentuje się w towarzystwie szczoty bardzo popularnego żelu Delii. Toż to naprawdę maleństwo! Bardzo łatwo ułożyć nią brwi.




Nie obyło się też bez małych zakupów na ebay. Tym razem przemawiała za nimi nie zachcianka, a realna potrzeba, bo pilnie poszukiwałam nowego kremu z filtrem. Zdecydowałam się na nowość od The Face Shop, nawilżający Aqua Sun Gel z ochroną przeciwsłoneczną rzędu SPF 40 i PA+++.




Jestem z niego bardzo zadowolona, nie bieli, nadmiernie nie tłuści, faktycznie przyjemnie nawilża, co w tym momencie ze względu na wysuszający cerę na wiór Locacid jest dla mnie niezwykle istotne (gdyby nie to, pewnie zamówiłabym inny produkt z tej serii, matujący Oil-Cut Sun Cream), doskonale nadaje się pod makijaż, nie skracając przy tym jego trwałości. Okazał się godnym następcą Natural Sun (pamiętacie? KLIK), który niestety wycofany został ze sprzedaży.

No dobra, mała zachcianka też była. Do swojego azjatyckiego zamówienia z ciekawości wrzuciłam też Innisfree No-Sebum Mineral Powder, sypki mineralny puder matujący.




To moje pierwsze spotkanie z tą marką i muszę przyznać, że bardzo, bardzo udane. Dawno nie miałam tak taniego (około 5-6 dolarów) i tak dobrego pudru, delikatnego, niesamowicie miałkiego, a jednocześnie silnie matującego (choć nie przesuszającego!) i wygładzającego cerę. Uwielbiam stosować go pod podkład, trzyma cerę w ryzach przez cały długi dzień. Sięgam po niego za każdym razem, kiedy tylko moja skóra nie jest na etapie mocnego złuszczania. Myślę, że doczeka się szerszej recenzji, jest tego wart!

Chciałam pokazać Wam jeszcze maleńkie zamówienie z FM, ale ostatecznie zrezygnowałam, oba produkty, które kupiłam, na blogu już bowiem prezentowałam. Informacyjnie tylko daję znać, że ponownie zaopatrzyłam się w prasowany puder bambusowy i wysuwaną kredkę do brwi ---.> KLIK, co najlepiej świadczy o tym, jak dobrze mi służą. Prawdę mówiąc puder mógłby mieć jednak pojemniejsze opakowanie, od zakupów minął zaledwie miesiąc, a ja znowu widzę denko! Nie wiem, czy kupię go po raz trzeci, bo zdałam sobie sprawę, że choć jednostkowo jest tani (około 30 zł, w częstych promocjach około 20 zł), to biorąc pod uwagę jego gramaturę (tylko 6,4 g), wychodzi na to, że nie jest to najekonomiczniejsza opcja świata. Zastanowię się jeszcze, bo mimo wszystko bardzo go lubię.


Pokrótce to tyle, chyba nie pominęłam niczego, o czym chciałam Wam dziś napisać. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się ten listopadowy przegląd czytało, że zdołałam Was czymś zainteresować i że zechcecie teraz same napisać, co tam u Was ciekawego w listopadzie się wydarzyło. Przyznawać się, co kupiłyście w Rossmannie? :DDD Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 2 grudnia 2014

O życiu, czyli książki listopada


Książki listopada? Niby tylko dwie powieści, ale za to liczące łącznie niemal półtora tysiąca stron. Było co czytać. Uwielbiam takie niemal niekończące się historie, złożone, wielowątkowe, pozwalające na całego wejść w świat wykreowany przez autora. A autor w tym przypadku był jeden. Pat Conroy. Zapraszam na post z cyklu Książki miesiąca!




Już miesiąc temu wspominałam Wam, że po wielu latach wróciłam do prozy Pata Conroy'a, którego pamiętałam jako autora długich, obyczajowych, wzruszających powieści. Po "Księciu przypływów", którego przypomniałam sobie w październiku [KLIK], w listopadzie przyszła pora na dwie kolejne książki tego autora, "Muzykę plaży" i "Na południe od Broad".




"Muzyka plaży"

Jack McCall próbuje dojść do siebie po niedawnej samobójczej śmierci żony. Niestety, poproszony o pomoc w odnalezieniu zaginionego przed kilkunastu laty kolegi, uczestnika demonstracji przeciwko wojnie w Wietnamie, dociera do wielu zaskakujących informacji. Odkrywa szokującą prawdę o własnej rodzinie i wraca wspomnieniami do czasów wojny, czasów, o których chciałby zapomnieć.

"Na południe od Broad" 

Pierwsza od czternastu lat powieść autora niezapomnianego „Księcia przypływów", pełna emocji i wzruszeń, rozgrywająca się na przestrzeni dwóch dekad, książka o wielkiej przyjaźni, walce z rzeczywistością oraz o życiu w każdym jego zadziwiającym przejawie. Charleston, Południowa Karolina, późne lata ’60. Leopold Bloom King, syn nauczyciela przedmiotów ścisłych i znawczyni prozy Joyce’a, czuje się wyalienowany i samotny. Od czasu, gdy jego brat popełnił samobójstwo, chłopak, mimo wsparcia ze strony najbliższych, wciąż cierpi z powodu tragedii. Nieoczekiwanie wsparciem dla Leo okazuje się grupa studentów miejscowej szkoły – przedziwna, zróżnicowana zarówno pod względem materialnym, jak i społecznym gromadka rówieśników. Wśród nich są między innymi Sheba i Trevor Poe, zachwycająco piękne bliźnięta, dzieci alkoholiczki i recydywisty, osieroceni w dzieciństwie i Niles i Starla Whitehead, pochodząca z arystokracji Molly Hunger oraz Ike Jefferson, jeden z pierwszych czarnoskórych amerykanów, który trafił do szkoły publicznej. Losy bohaterów splotą się ze sobą nierozerwalnie, a więzy przyjaźni, zadzierzgnięte w młodości, przetrwają nawet po latach. Szczęśliwe małżeństwa, nieszczęśliwe miłości, tęsknota, rasizm, nietolerancja – wszystko to stanie się udziałem Leo i jego towarzyszy, jednak najtrudniejsza próba dla ich przyjaźni dopiero nadejdzie…


Nie będę opisywać Wam tych książek osobno, myślę, że to nie ma sensu. Twórczość Conroy'a jest równa, jego powieści mają ten sam głęboki, refleksyjny, nieco ckliwy momentami klimat, opisywane przez niego historie osadzone są w tych samych realiach Karoliny Południowej. Powracają w nich też te same wątki, autor w różnych ujęciach ciągle nawiązuje chociażby do motywu nieszczęśliwego, pełnego przemocy dzieciństwa, nieudolnego rodzicielstwa, silnych więzi między rodzeństwem, trwałych, długoletnich przyjaźni na dobre i na złe, chorób psychicznych i nowotworowych, depresji czy samobójczej śmierci. W szerszym kontekście jego powieści zawsze mają też jakiś nadrzędny punkt odniesienia, jak Holocaust i wojna w w przypadku "Muzyki plaży", czy rasizm i AIDS w przypadku "Na południe od Broad". To wszystko czyni z nich doskonałą literaturę obyczajową, może momentami zbyt przesłodzoną, ale w ostatecznym rozrachunku raczej słodko-gorzką. W każdym razie napisaną z epickim rozmachem. Bardzo lubię takie książki.

Jeśli maksyma "im książka dłuższa, tym lepsza" jest Wam bliska, jeśli kochacie powieści wciągające czytelnika w swój świat bez reszty, jeśli przywiązujecie się do bohaterów - Pat Conroy to coś dla Was. Może jego książki nie są wydawniczymi nowościami, ale mimo upływu czasu wcale nie tracą na aktualności. Dlaczego? Bo są po prostu o życiu.

Mam nadzieję, że zdołałam Was twórczością Pata Conroy'a zainteresować, choć jestem przekonana, że część z Was jego powieści doskonale zna (mam rację? dajcie znać!). Wszystkich pozostałych gorąco zachęcam do sięgnięcia po którąś z nich, jeśli nawet nie po "Muzykę plaży" czy "Na południe od Broad", to może po tę najgłośniejszą, "Księcia przypływów"? Żaden mól książkowy na pewno nie będzie żałował.

No właśnie, mole książkowe, co ciekawego przeczytaliście w listopadzie? Piszcie, czekam na Wasze komentarze! Na koniec zdradzę jeszcze tylko, że szykuję dla Was wspaniałą niespodziankę, szczegóły za kilka dni :)))

Buziaki,
Cammie.

Gorąco zapraszam do udziału
w mikołajkowym konkursie!
Do wygrania trzy rewelacyjne 
naturalne peelingi do ciała JOIK.


niedziela, 30 listopada 2014

Zachwyt od pierwszego użycia, czyli odkrycie listopada | Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel


Jak często zdarza Wam się, że już od pierwszego użycia widzicie efekt działania jakiegoś kosmetyku pielęgnacyjnego? Efekt momentalny, wyraźny i stuprocentowo satysfakcjonujący? Nie jest to częste, prawda? Tym bardziej cieszę się więc, że dziś mogę rekomendować Wam właśnie taki specyfik, skuteczny i błyskawicznie działający. Zapraszam na post z serii Odkrycia, w roli głównej peeling enzymatyczny Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel




Jak trafiłam na to cudo? Szukałam czegoś, co upora się ze skutkami kuracji Locacidem, złuszczającą się i mocno przy tym uwrażliwioną skórą. Wiedziałam, że potrzebuję dobrego enzymatycznego peelingu, rozglądałam się więc, czytałam blogi i fora, aż w końcu jakieś internetowe ścieżki doprowadziły mnie do Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel. Opinie na jego temat były zachęcające, w życiu jednak nie spodziewałam się, że za jego sprawą czeka mnie rewolucja w pielęgnacji, zwłaszcza że peelingi enzymatyczne zwykle się u mnie nie sprawdzały, zawsze zawiedziona wracałam do tych granulkowych, mechanicznych. Tymczasem tym razem miłość od pierwszego użycia! Szkoda, że nie widziałyście mojej miny w czasie pierwszej aplikacji, po prostu szczęka mi opadła!

Postaram się opisać, co mnie tak poruszyło. Peeling Ginvera ma postać gęstego żelu, który nakłada się na oczyszczoną i suchą twarz. Należy wmasowywać go w skórę przez około minutę, a następnie spłukać wodą. Niby nic nadzwyczajnego, prawda? Ale wyobraźcie sobie, że w czasie tego krótkiego masażu z każdą chwilą pod placami czujecie coraz więcej grudek. Przeżyłam szok, kiedy uzmysłowiłam sobie, że to wałeczki mojego zrolowanego martwego naskórka! Niby wiedziałam, że tak to będzie wyglądać, ale co innego wyobrażać to sobie, a co innego doświadczyć. Po wszystkim twarz była gładka jak nigdy, rozjaśniona, promienna, nie mogłam się napatrzeć!




Niektórzy twierdzą co prawda, że grudki, o których wspominałam, to wcale nie złuszczony naskórek, tylko specyficzna konsystencja żelu. Może i jest to prawda, ale mnie trudno w to uwierzyć. Gdyby tak było, ilość grudek za każdym razem byłaby taka sama, a nie jest. Aktualnie moja cera każdego dnia wygląda inaczej, w zależności od tego, ile czasu minęło od aplikacji Locacidu. Z cery względnie gładkiej w przeciągu doby czy dwóch potrafi przeistoczyć się w cerę łuszczącą się na potęgę. I to właśnie jej stan przekłada się na to, co czuję pod palcami w czasie masażu. Mój mąż z kolei twierdzi, że na jego skórze ten peeling praktycznie nie roluje się wcale. Także do końca nie wiem, jak to jest. Chętnie poznam Wasze zdanie, o ile oczywiście Marvel Gel znacie. Ja w każdym razie jestem nim oczarowana. Mam nadzieję, że regularne stosowanie pozwoli mi długotrwale cieszyć się całym spektrum jego właściwości. Producent twierdzi, że Green Tea Whitening Marvel Gel działa aż na dziesięć sposobów:
  1. usuwa martwy naskórek;
  2. usuwa zaskórniki;
  3. zwęża pory;
  4. rozjaśnia przebarwienia, piegi i blizny;
  5. usuwa prosaki;
  6. reguluje wydzielanie sebum;
  7. rozpromienia cerę;
  8. wygładza szorstką skórę;
  9. pobudza odnowę naskórka;
  10. zwiększa absorbcję produktów pielęgnacyjnych.

Do większości z nich trudno mi się jeszcze odnieść, ale tak pozytywne pierwsze wrażenie każe mi wierzyć w potencjał tego kosmetyku. Pierwsze wrażenie i skład.

Water, Carbomer, Panax Ginseng Root Extract, Lycium Barbarum Fruit Extract, Angelica Archangelica Root Extract, Oldenlandia Diffusa Extract, Cyclomethicone and Dimethiconol, Camellia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Fruit Extract, Royal Jelly Powder, Vaccinium Myrtillus Fruit Extract, Saccharum Officinarum (Sugar Cane) Extract, Acer Saccharum (Sugar Maple) Extract, Citrus Aurantinum Dulcis (Orange) Fruit Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Extract, Menthol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Fragrance, Imidazolidinyl Urea, CI 19140 & CI 42090, CI 19140.




Ginvera to marka azjatycka, także najkorzystniej wypadają zakupy przez ebay (za tubkę peelingu o pojemności 60 ml zapłaciłam kilkanaście dolarów), ale widziałam, że jej produkty dostępne są też w polskich drogeriach internetowych, choć wiadomo, w tym przypadku trzeba liczyć się z odpowiednio wyższymi cenami. Ja w każdym razie uważam, że Green Tea Whitening Marvel Gel wart jest inwestycji. Dawno żaden kosmetyk do pielęgnacji twarzy nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia!

Miałyście z tym produktem do czynienia? Koniecznie dajcie znać, czy podzielacie mój zachwyt. Napiszcie też, czym najchętniej peelingujecie twarz. Stawiacie na peelingi enzymatyczne, czy jednak wolicie te mechaniczne? Jeśli macie ochotę, zdradźcie również, czy trafiły Wam się w listopadzie jakieś kosmetyczne odkrycia. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Gorąco zapraszam do udziału
w mikołajkowym konkursie!
Do wygrania trzy rewelacyjne 
naturalne peelingi do ciała JOIK.


czwartek, 27 listopada 2014

Naturalny luksus, czyli mikołajkowy konkurs z JOIK!


Już za kilka dni mikołajki! Z tej okazji serdecznie zapraszam Was do udziału w konkursie, mam dla Was wspaniałe mikołajkowe prezenty, trzy peelingi do ciała JOIK! Jeśli kochacie kosmetyki naturalne, po prostu musicie zagrać. Wybierać możecie pomiędzy wersją solną z solą morską, grejpfrutowo-mandarynkową z białym cukrem i owsianą z cukrem brązowym.




Sponsorem nagród w konkursie jest Natur Polska, wyłączny dystrybutor kosmetyków JOIK i Ikarov w Polsce. O obu tych markach wielokrotnie już Wam pisałam, mam więc nadzieję, że dobrze je kojarzycie. Jeśli chodzi o JOIK, to określana jest mianem naturalnego luksusu i wydaje mi się, że coś w tym jest. Jej peelingi w każdym razie są absolutnie cudowne. Cieszę się, że będziecie miały okazję się o tym przekonać! W dodatku w tak przyjemnych, mikołajkowych okolicznościach. Bo mikołajki są fajne, prawda? Kto nie lubi dostawać prezentów! Zwłaszcza że niektóre bywają niezwykłe. Idąc tym tropem, w zadaniu konkursowym zamierzam dziś nakłonić Was do powspominania mikołajek sprzed lat. Jest jakiś mikołajkowy prezent, który szczególnie zapadł Wam w pamięć? Prezent, który Was wzruszył, zachwycił czy rozbawił? Mnie od razu przychodzi na myśl gipsowa kura, którą dostałam kiedyś od serdecznego kolegi z podstawówki :DDD Pojęcia nie mam, co nim kierowało, kiedy postanowił mi ją podarować, ale było to na tyle irracjonalne i zabawne, że do dziś dobrze ten upominek pamiętam. Mam nadzieję, że Wy także macie co wspominać i zechcecie się tymi wspomnieniami podzielić. Do dzieła, zapraszam do wypełniania konkursowego formularza!

Regulamin

1. Konkurs organizowany jest przez blog no-to-pieknie.pl Realizowany jest na zasadach określonych niniejszym Regulaminem i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa. 
2. Sponsorem nagród jest Natur Polska.
3. Niniejszy konkurs adresowany jest do wszystkich czytelników bloga No to pięknie!.
4. Uczestnicy konkursu mają za zadanie wypełnić i przesłać formularz zgłoszeniowy, odpowiadając na pytanie: Opowiedz krótko o swoim niezapomnianym mikołajkowym prezencie. Jaki prezent utkwił Ci w pamięci? Uczestnicy konkursu  dodatkowo muszą polubić profil Kosmetyki JOIK Natura w czystej postaci na portalu społecznościowym Facebook oraz udostępnić informację o konkursie na swoich profilach bądź blogach.
5. Konkurs rozpoczyna się 27.11.2014 r., termin zgłaszania się do konkursu upływa z dniem 05.12.2014 r. 
6. Uczestnik zgłaszając się do konkursu tym samym przyjmuje warunki jego Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych (Dz.U.Nr.133 pozycja 883z późn. zm.). 
7. Nagrodami w konkursie są trzy peelingi do ciała marki JOIK (solny, grejpfrutowo-mandarynkowy i owsiany). Nagrody nie podlegają zamianie na inne. 
8. Spośród wszystkich poprawnych zgłoszeń losowo wyłonione zostaną trzy zwycięskie odpowiedzi. Werdykt zostanie ogłoszony 6 grudnia. O wygranej zwycięzcy zostaną poinformowani za pośrednictwem bloga no-to-pieknie.pl oraz wiadomości mailowych, a nagrody przekazane zostaną zwycięzcom w ciągu 7 dni kalendarzowych od otrzymania danych adresowych. 
9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 19 listopada 2009 roku o grach hazardowych (Dz. U. z 2009 roku nr 201, poz. 1540 z późn. zm.). 
10. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia konkursu i obowiązuje do czasu jego zakończenia. W sprawach nie określonych w niniejszym regulaminie zastosowanie mają przepisy Kodeksu Cywilnego oraz innych przepisów powszechnie obowiązujących.





Link do profilu JOIK na FB znajdziecie TUTAJ. Na Wasze zgłoszenia czekam do 5 grudnia, wyniki poznacie dzień później, w mikołajki. Powodzenia! Trzymam za Was kciuki. I z niecierpliwością czekam na Wasze mikołajkowe wspomnienia, bardzo jestem ciekawa, jakie prezenty zrobiły na Was największe wrażenie. Grajcie!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 25 listopada 2014

Nie do odróżnienia, czyli olejki Alterra i Alverde


Zauważyłyście, że im bardziej coś jest dla nas z różnych względów niedostępne, tym bardziej tego pragniemy? Ja wyraźnie widzę tę prawidłowość. Chociażby na przykładzie asortymentu drogerii DM, koło którego nigdy nie potrafię przejść obojętnie, jeśli tylko mam okazję zrobić zakupy za granicą. Czy jednak naprawdę nasza rodzima oferta jest mniej atrakcyjna? Warto uzmysłowić sobie, że niekoniecznie. Przekonałam się o tym przyglądając się z bliska słynnym olejkom Alverde, które jak się okazało, do złudzenia przypinają olejki Alterra, dostępne dla nas w każdym Rossmannie na wyciągnięcie ręki.

Nie zamierzam raczyć Was dziś żadną recenzją, na temat olejków obu marek napisano już morze słów. Chciałabym raczej zwrócić Waszą uwagę na niesamowite podobieństwo tych produktów, które w moich oczach sprawia, że o ile komuś nie zależy na jakiejś charakterystycznej kombinacji olejków składowych bądź konkretnej nucie zapachowej, nie ma co stawać na głowie, żeby zdobyć akurat te z Alverde. Olejki Alterry w niczym im nie ustępują.




Olejki obu marek łączy naprawdę wiele. Począwszy od opakowania, poprzez gabaryty, na właściwościach kończąc. W obu przypadkach mamy kartonik o identycznych kształtach i identycznych wymiarach, w obu przypadkach w środku znajdujemy identyczną, kryjącą 100 ml produktu butelkę z identyczną pompką z charakterystyczną strzałką. Pod względem wizualnym nie różnią się nawet w najmniejszych detalach.




Obie marki oferują nam kilka wariatów olejków do wyboru. Jeśli chodzi o Alverde, do czynienia miałam z wersją porzeczkową, kokosową i różaną, z oferty Alterry poznałam natomiast widoczną na zdjęciach wersję limonkową, a także migdałową z papają i pomarańczowo-brzozową.




Nie zauważyłam istotnych różnic, jeśli chodzi o ich działanie. Generalnie wszystkie dobrze mi służyły. Ranking, jaki mogłabym stworzyć na własny użytek, uwzględniałby w pierwszej kolejności dominujące nuty zapachowe, bo właściwości olejków (uniwersalność zastosowań, konsystencja, dobroczynne wpływ na ciało i włosy) oceniam na bardzo podobnym poziomie. Niezależnie od marki i wersji, uwielbiam stosować je do szybkiego nawilżania i natłuszczania mokrego ciała po kąpieli, to zdecydowanie moja ulubiona forma ich aplikacji. Kocham łatwość i szybkość, z jaką odczuwalnie poprawiają kondycję mojej skóry, zostawiając na niej przy tym piękny zapach.





Jeśli miałabym odnieść się do jakości, to również nie potrafiłabym szczególnie wyróżnić żadnej z marek. Obie oferują nam olejki w pełni naturalne, wegańskie, o bezpiecznych, bogatych składach, w przyjaznych, niewygórowanych cenach (około 20 zł). Ich wydajność i uniwersalność jest niesamowita, nadają się zarówno do ciała, jak i do włosów, równie dobrze spisując się też jako dodatek do kąpieli, czy środek do masażu. Zdradzę Wam, że sama często używam ich też jako emulgującego ciężkie podkłady czyścika do gąbek do makijażu, sprawdzają się w tej roli znakomicie.

Jak widzicie, trudno powiedzieć, że któraś z marek proponuje nam produkt wyraźnie lepszy. Dla mnie są one naprawdę podobne. Próbowałam nawet ustalić, czy przypadkiem nie mają wspólnego producenta - za pomocą kodów kreskowych w prosty sposób można zrobić to TUTAJ - ale niestety rossmannowego olejku system nie rozpoznał (dla olejku z DM wskazując dm-drogerie markt GmbH + Co. KG). Może Wy wiecie coś więcej na ten temat? Z tego, co się orientuję, sieci drogerii Rossmann i  DM nie należą do jednego koncernu (poprawcie mnie, jeśli się mylę), ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że tak duże podobieństwo to przypadek. 

Zgadzacie się ze mną, że olejki Alverde i Alterra są niemal nie do odróżnienia? Dajcie znać. Napiszcie też koniecznie, czy podobnie jak ja macie skłonność do pożądania rzeczy w Polsce niedostępnych. Choć jak widać, czasami jest to zupełnie nieuzasadnione!

Buziaki,
Cammie.