beauty & lifestyle blog

niedziela, 30 marca 2014

Podróż w czasie, czyli książki marca


Jak Wam minął weekend? Mam nadzieję, że skorzystałyście z tej pięknej, słonecznej pogody, jaką wiosna rozpieszczała nas w ostatnich dniach. Moje akumulatory w każdym razie zostały podładowane, a teraz, na zwieńczenie udanej niedzieli, zapraszam Was na post z serii Książki miesiąca. Marzec ma się ku końcowi, najwyższa więc pora tradycyjnie podzielić się z Wami refleksjami na temat moich marcowych lektur. Kochane mole książkowe, zapraszam!






Marzec przyniósł nam, czytelnikom, wspaniałą wydawniczą gratkę, kilka tygodni temu nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się bowiem wyczekiwana "100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku" pod redakcją Mariusza Szczygła, na którą składają się dwa liczące łącznie ponad 1800 stron opasłe tomy.






Sto najciekawszych, najlepszych, najbardziej odkrywczych, najbardziej kontrowersyjnych i najważniejszych polskich reportaży XX wieku! 

Antologia to hołd złożony polskiej szkole reportażu, zbiór prezentujący jej najlepszych twórców, tych najsławniejszych i tych niesłusznie zapomnianych, a wspólnie tworzących reporterską historię XX wieku. Na dwa tomy zebrane przez Mariusza Szczygła składa się sto najciekawszych, najlepszych i najgłośniejszych polskich reportaży opublikowanych pomiędzy 1901 a 2000 rokiem.



Powiedzieć, że ta pozycja jest lekturą bardzo dobrą, to za mało. "Antologia" jest jak podróż w czasie, z każdym kolejnym reportażem przenosząc nas w inny świat, w dodatku opisywany piórem mistrzów gatunku. Tematyka, bardzo rozległa, dotyka zarówno kwestii społecznych, jak i politycznych, prywatnych, jak i publicznych, lokalnych, jak i odległych, pozwalając czytelnikowi złożyć z tych wszystkich reportaży obraz zmieniającej się z biegiem lat Polski. I to bez komentarza, jaki zwykle funduje nam osąd historii, tu po prostu poznajemy teksty, które publikowane były w określonych realiach, zamykające na zawsze niczym w bursztynie jakąś prawdziwą na dany czas rzeczywistość. Owszem, każdy reportaż opatrzony jest współczesnym wstępem autorstwa Mariusza Szczygła, ale są to raczej wprowadzenia do tematu, sylwetki autorów, luźne refleksje, bez ocen i polemik.

"Antologię" oczywiście można sobie dozować, czytając ją niespiesznie, z doskoku, ja jednak pochłonęłam ją ciurkiem niemal w całości, nie mogąc się po prostu od tej lektury oderwać. Przede mną jeszcze tylko kilka ostatnich reportaży i już mi żal na myśl, że to koniec ... Wynotowałam sobie jednak kilku autorów, których twórczość mam ochotę poznać bliżej, także przygody z reportażem na pewno jeszcze nie skończyłam. Choć w planach czytelniczych na kwiecień mam coś zupełnie innego. Ale o tym za miesiąc!


Tymczasem zapraszam Was do komentowania, pogadajmy o książkach! Co godnego polecenia czytałyście w marcu? Ciekawa też jestem Waszego zdania na temat "Antologii", lubicie reportaże? Bo dla każdego miłośnika tego gatunku to po prostu pozycja obowiązkowa!


Całuję,
Cammie.



piątek, 28 marca 2014

Nie do zdarcia, czyli szklany pilniczek Ewa Schmitt Professional


Papier, metal, czy szkło? Jeśli chodzi o pilniczki do paznokci, ile kobiet, tyle preferencji. Ja w każdym razie od dawna stawiam w tym względzie na szkło.

Szklane pilniczki uchodzą za bezpieczne dla paznokci, nie przyczyniając się do ich uszkodzeń mechanicznych, rozdwajania i kruszenia, co często zarzuca się zwłaszcza tym metalowym, nie eksploatują się też tak szybko jak papierowe. Są przy tym wszystkim bardzo komfortowe w użyciu, ostre i łatwe do utrzymania w czystości. Dobry szklany pilnik to zakup na wiele lat!

Przez moje ręce przewinęło się kilka szklanych pilniczków, ale niestety ich jakość nie zawsze mnie satysfakcjonowała. Zdarzało się, że miały za małą jak na moje potrzeby ziarnistość albo okazywały się tak delikatne, że tłukły się lub pękały przy byle uderzeniu. Nareszcie jednak kupiłam coś, co odpowiada mi w stu procentach, szklany pilnik Ewa Schmitt Professional!






Markę sygnowaną nazwiskiem Ewy Schmitt kojarzycie prawdopodobnie dzięki gąbeczce konjac, która swojego czasu szturmem podbiła blogosferę, szybko zdobywając sporą popularność. Okazuje się, że w jej ofercie znajdują się też inne akcesoria, w tym właśnie świetny dwustronny pilniczek do paznokci.






Pilniki Ewy Schmitt dostępne są w Rossmannie, kosztują około 12 zł (a na stronie producenta, funkcjonującego pod niewiele mówiącą nazwą Zenner, jeszcze mniej, w granicach 7-8 zł, mam wrażenie, że to ten sam produkt, tylko bez logo ---> KLIK). Wybierać można spośród kilku wersji kolorystycznych. Mnie skusił róż.






Jeśli ze szklanymi pilniczkami jeszcze nie miałyście do czynienia albo Wasze wcześniejsze doświadczenia z nimi nie były udane, to zachęcam Was do wypróbowania właśnie tego konkretnego, od Ewy Schmitt. Jest niedrogi, ostry, mocny i higieniczny, bo łatwo wyszorować go chociażby pod bieżącą wodą. Ja mam dwie sztuki, jeden pilniczek trzymam w domu, drugi na wypadek awaryjnych sytuacji noszę w torebce, oba służą mi bez zarzutu od kilku miesięcy. Wydają się nie do zdarcia. Oczywiście nie jest to najwyższa półka, do wielokrotnie hartowanego szkła czy kryształu pewnie Ewie Schmitt daleko, ale jak na produkt drogeryjny, jest to pilniczek bardzo dobry, w tym kontekście jego jakości naprawdę nie można niczego zarzucić. 


Którą pilniczkową frakcję reprezentujecie? Metal, papier, czy szkło, jak ja? 


Skoro już o piłowaniu mowa, to może zainteresowałby Was post na temat kształtów paznokci? Chodzi mi takie zestawienie od jakiegoś czasu po głowie, chętnie je przygotuję.


Tymczasem całuję,
życząc Wam wspaniałego weekendu!
Cammie.



wtorek, 25 marca 2014

Essie Good To Go, czyli dlaczego wolę Seche Vite?


Podobno kobieta jest bezbronna tak naprawdę tylko wtedy, kiedy suszy świeżo pomalowane paznokcie. Jak myślicie, coś w tym jest? Wolę nie sprawdzać, zawsze staram się ograniczyć ten czas do minimum. Paznokcie maluję regularnie od wielu lat, manicure odświeżając średnio dwa razy w tygodniu, przez moje ręce zdążyło przewinąć się już więc mnóstwo preparatów przyspieszających wysychanie lakieru, od Essence, przez Eveline czy Inglot, aż po Poshe czy O.P.I. Ale i tak zawsze wracam do Seche Vite!

Seche Vite już kiedyś recenzowałam ---> KLIK, dziś chciałabym się skupić na Essie Good To Go. I wytłumaczyć, dlaczego pomimo wielu jego zalet i tak wolę Seche. Właśnie kupiłam kolejną butelkę, która zastąpi wysłużony topcoat Essie.






Essie Good To Go jest wszędzie tak zachwalany, że parę miesięcy temu, po raz kolejny zdradzając Seche, uległam pokusie i postanowiłam sama przekonać się o jego wyjątkowym działaniu. Czy rzeczywiście okazało się wyjątkowe? Otóż niekoniecznie. Owszem, wysusza lakier w mgnieniu oka (chyba najszybciej ze znanych mi preparatów tego typu), niesamowicie go przy tym nabłyszczając, więc zasadniczo nie tylko wzorowo spełnia swoją podstawową funkcję, ale niejako w gratisie daje nam przepiękny połysk, jednak jest coś, czego nie mogę mu wybaczyć. Bardzo, ale to bardzo obkurcza lakier. Niejednokrotnie zdarzało mi się pomalować paznokcie tuż przed pójściem spać, rano budząc się z fatalnie prezentującymi się końcówkami, sprawiającymi wrażenie po prostu startych. Każdorazowo zmuszało mnie to do awaryjnego opiłowywania paznokci. Jakość lakieru nie miała tutaj znaczenia, wszystkie poddawały się sile Essie. Strasznie mnie to denerwowało i choć doceniam tempo, w którym ten topcoat pozwala wrócić do normalnego funkcjonowania, raczej już go nie kupię. Tym bardziej, że niestety nie wpływa na trwałość manicure, w przeciwieństwie do Seche Vite, który porządnie lakier utwardza, przedłużając jego żywotność, w moim przypadku nawet do pięciu, sześciu dni bez uszczerbku. 

Od razu zaznaczam, że Seche Vite pod względem obkurczania lakieru również nie jest bez winy, ale ubytki w jego przypadku są niemal niewidoczne, a bywa, że wcale ich nie ma. Poza tym ten żelowy efekt, który nadaje paznokciom, nie ma sobie równych. Uwielbiam go!

Tak, to prawda, Seche śmierdzi. Tak, to prawda, Seche dość szybko gęstnieje. Ale i Essie nie pachnie fiołkami, a końcówka topu, którą widać na zdjęciu, bez rozcieńczenia jest praktycznie nie do użycia. Także w tym punkcie remis. A jeśli mam wybierać, to ze względów, o których pisałam wyżej, stawiam na Seche. 


Essie Good To Go nie jest zły i w sumie rozumiem, że można go lubić, ale jak dla mnie Seche Vite jest po prostu lepszy. Wracam do niego z podkulonym ogonem.


Miałyście do czynienia z którymś z tych topcoatów? Co o nich myślicie? Posiłkujecie się w ogóle preparatami tego typu, malując paznokcie? Możecie jakiś polecić? Bardzo ciekawa jestem Waszych faworytów w tej kategorii.


Buziaki,
Cammie.




piątek, 21 marca 2014

Co w trawie piszczy, czyli wiosenne trendy w makijażu


W pierwszy dzień wiosny nie sposób nie napisać o wiosennych trendach w makijażu! To doskonała okazja, żeby sprawdzić, co w przysłowiowej trawie piszczy i przyjrzeć się najciekawszym propozycjom.


Na początek jeden z najsilniejszych trendów, wyraźnie już zauważalny na ulicach, widać, że się przyjął. Zoom na usta, pomarańczowa szminka!





Na zdjęciach z pokazów widać też trend konkurencyjny, usta pomalowane w kolorze wina, jednak odcienie pomarańczowe zdecydowanie w tym starciu wygrywają.

Nie da się też nie zauważyć lansowania niebieskości na oczach. Makijaże, opisywane jako "aqua eyes" są naprawdę wyraziste, niezależnie od tego, czy powstały przy użyciu błękitów, czy nasyconych granatów.






W kontraście do koloru stoi look podkreślający naturalne piękno. Modelki prezentujące takie minimalistyczne makijaże prezentują się niezwykle dziewczęco i świeżo. Na pierwszy plan wysuwa się ich nieskazitelna, subtelnie rozświetlona cera.



Źródła KLIK KLIK



Jeśli lubicie makijaże z charakterem, to pewnie przypadnie Wam do gustu trend eksponujący oczy, w którym pierwszoplanową rolę gra lekko roztarty czarny eyeliner. Makijaż tego typu sprawia wrażenie niedbałego, ale to pozory, w rzeczywistości wymaga precyzji i wyczucia umiaru.






Dla odważnych natomiast graficzna kreska bądź geometryczne wzory, bardzo widoczne, drapieżne, nieco futurystyczne. Z pewnością nie jest to propozycja dla każdego.






Bardziej uniwersalna wydaje się biel. W tym sezonie pożądana zarówno klasycznie na linii wodnej, jak i na powiekach. Białe linery i białe cienie wchodzą do gry!






Tegoroczna wiosna przywróciła też do łask pastele. Delikatne róże, rozbielone błękity, przejrzyste zielenie odświeżają spojrzenie i mimo braku nasycenia mają swój niepowtarzalny, nieco cukierkowy charakter.



Źródła KLIK KLIK KLIK



Mój osobisty typ to zdecydowanie czarny eyeliner. Może nie w tym najbardziej drapieżnym, graficznym wydaniu, ale tak, nie ma jak czarna kreska. To właśnie ten trend w moim odczuciu ma szansę sprawdzić się najlepiej na co dzień, w makijażach normalnych, zwykłych kobiet. Wydawałoby się może, że to styl "au naturel" będzie najbardziej życiowy, ale moim zdaniem nie do końca tak jest, bo niestety mało która z nas cieszy się tak nieskazitelną cerą, żeby to do niej właśnie przykuwać uwagę.

Najsłabiej oceniam "aqua eyes", jeśli chodzi o niebieskie cienie, to naprawdę granica dzieląca klasę od kiczu jest cienka, łatwo ją przekroczyć. Trudne mogą też okazać się pastele, wbrew pozorom nie każdemu takie kolory pasują. Jeśli chodzi natomiast o biel, to przyznaję, że widzę w niej ogromny potencjał. Biały kolor w makijażu nie jest oklepany, także trend ten wnosi ze sobą jakiś powiew świeżości, nowe możliwości, pole do eksperymentów. Ogromnie mnie ciekawi, co może z nich wyniknąć. 


Nie zachęcam Was do ślepej pogoni za trendami, sama jestem od tego jak najdalsza, mam jedynie nadzieję, że zechcecie nieco pobawić się makijażem. Która wiosenna propozycja jest Wam najbliższa? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.



czwartek, 20 marca 2014

Skromnisia, czyli herbata do kąpieli Craft'n'Beauty


Herbata do kąpieli? Przyznam, że kiedy po raz pierwszy się z nią zetknęłam, nie za bardzo wiedziałam, co to za wynalazek. Owszem, słyszałam o kąpielach w mleku, w winie czy w miodzie, ale w herbacie? To była dla mnie nowość. Nowość, która za sprawą Craft'n'Beauty wylądowała w mojej wannie! I to nie jako symboliczny dodatek w jakimś płynie czy olejku, ale jako słusznych rozmiarów saszetka wyglądem naprawdę przypominająca ekspresową herbatę. 

Pracownia Craft'n'Beauty [KLIK] ma w swojej ofercie dwie wersje herbat, pobudzającą "Energię" i kojący "Relaks". To właśnie ten drugi wariant stał się dodatkiem do mojej kąpieli. 






Saszetka kryje naprawdę bogate wnętrze, mieszankę soli morskiej, płatków nagietka, melisy, lawendy, kory kasztanowca, morszczynu pęcherzykowatego oraz olejków, lawendowego i z drzewa herbacianego, którym herbatka zawdzięcza aromatyczny zapach.






Nie obawiajcie się, pracownię woreczek opuszcza szczelnie zaklejony, to tylko ja, chcąc pokazać Wam na zdjęciu jego zawartość, pozwoliłam sobie zerwać zabezpieczenia. Musiałam potem oczywiście kombinować, żeby ustrzec się przed farfoclami w wodzie, ale Wam to nie grozi, saszetka jest dobrze zabezpieczona i wytrzymała. Wrzucona do wanny pęcznieje, uwalniając całą swoją esencję i delikatnie barwiąc wodę. Zapach herbatki jest bardzo przyjemny, nieco ziołowy, kojarzący się z naturą. Kąpiel z takim dodatkiem jest prawdziwie odprężająca.


Doceniam pomysł, bo wygląda na to, że dziewczyny z Craft'n'Beauty swoją herbatką wypełniły pewną niszą na rynku dodatków do kąpieli (przynajmniej ja nigdy nie spotkałam się z niczym podobnym u konkurencji), jednak jeśli mam być szczera, produkt wypada skromnie przy tych wszystkich kolorowych, pachnących, musujących, pieniących się na potęgę kulach, babeczkach, proszkach i płynach, jakimi przywykłam dopieszczać się w kąpieli. Kąpiel w herbacie, owszem, była przyjemna, ale chyba nie aż tak, żebym fundowała ją sobie regularnie. To po prostu kwestia upodobań. Myślę, że herbatka Craft'n'Beauty to wspaniała propozycja dla szukających czegoś naturalnego i łagodnego dla skóry, ceniących sobie bezpieczne, tradycyjne metody pielęgnacji, miłośniczki kąpielowych "fajerwerków" mogą być natomiast tą skromnisią zawiedzione. Mimo wszystko zachęcam do wypróbowania, zwłaszcza że saszetka kosztuje niespełna 8 złotych. Ofertę pracowni znajdziecie TUTAJ.


Dałybyście się namówić na kąpiel w takiej herbatce? Sądząc po ilości pytań, jakie otrzymałam na jej temat od momentu, w którym po raz pierwszy Wam ją pokazałam, jesteście nią żywo zainteresowane. Mam nadzieję, że mimo mojego ograniczonego entuzjazmu, swoją opinią Was do niej nie zniechęciłam. W końcu w każdej skromnisi drzemie temperament!


Buziaki,
Cammie.



wtorek, 18 marca 2014

Jak ułatwić sobie życie, czyli pompka do podkładu Revlon Colorstay


Podkład Revlon Colorstay cieszy się zasłużonym uznaniem i nikogo do jego zalet przekonywać szczególnie chyba nie muszę. Ma silne właściwości kryjące, jest trwały i dostępny w bardzo twarzowych odcieniach. Ale nic nie jest bez wad, Colorstay też ma swoją słabą stronę. Opakowanie! Szklane, z ogromnym, niczym niezabezpieczonym ujściem, które aż prosi się o dozownik. Producent o nim z niezrozumiałych dla mnie względów nie pomyślał, chcąc więc ułatwić sobie życie, pomyśleć musimy same. 






Poniżej propozycja rozwiązania problemu, praktyczna pompka. Jaka pompka, skąd pompka? Z Avonu! Wymontowana z którejś z buteleczek serum do włosów tej marki. Swoją wykręciłam z serum Daily Shine do suchych i zniszczonych końcówek, wypatrzywszy ten sprytny patent gdzieś w odmętach internetu. I rzeczywiście, pasuje idealnie! Nakrętka podkładu doskonale zabezpiecza natomiast opakowanie serum.






Oczywiście zakup serum specjalnie dla tej pompki oznacza dodatkowy wydatek, ale na szczęście nie są to duże koszty. Regularna cena Daily Shine to 23 zł, cena promocyjna natomiast często spada do zaledwie 10 zł. To chyba nie tak wiele za komfort aplikowania ulubionego podkładu? Bo pompka działa bez zarzutu.






Konsystencja Colorstay jest na tyle płynna, że z tym dosztukowanym dozownikiem świetnie współpracuje, bez problemu wydostając się z buteleczki w niewielkich porcjach. Koniec z mozolnym wylewaniem podkładu na dłoń, koniec z marnowaniem się wylanego nadmiaru, koniec z wiecznie upapranym opakowaniem. A przy okazji zadbać można o włosy ;))) Swoją drogą, serum Daily Shine jest całkiem dobre, za studenckich czasów używałam go regularnie, teraz też czasami do niego wracam. Może nie jest to pielęgnacyjny hit, ale fajnie wygładza końcówki i pięknie pachnie. 






Owszem, byłoby o wiele lepiej, gdyby to producent zapewnił nam wygodę aplikacji, wyposażając butelkę w oryginalną pompkę dostosowaną rozmiarowo, kolorystycznie i stylistycznie, no ale jeśli nie ma się tego, co się lubi, lubi się to, co się ma. Najważniejsze, że działa!


Tak na marginesie, nie wydaje się Wam dziwne, że Revlon uparcie ładuje Colorstay w tak niepraktyczne opakowanie? Jakie mogą być ku temu powody? Serio, ja ich nie pojmuję.


O samym podkładzie innym razem,
tymczasem całuję,
Cammie.




niedziela, 16 marca 2014

Gesha Beauty raz jeszcze, czyli wyniki konkursu


Pora na ogłoszenie wyników konkursu! Przypomnę, że gra toczyła się o miesięczną kurację kolagenową Gesha Beauty.






Szczęście uśmiechnęło się do ... FF!


FF, serdeczne gratulacje! Będziesz miała okazję moc kolagenu sprawdzić na sobie. Czekam na kontakt.


Wszystkim pozostałym uczestnikom konkursu dziękuję za zainteresowanie, próbujcie swoich sił w kolejnych zabawach!


Buziaki,
Cammie.



piątek, 14 marca 2014

Nude & neutral, czyli najsubtelniejszy trend na wiosnę 2014 | Cztery lakiery w odcieniu peachy nude


Wygląda na to, że po szaleństwach ostatnich miesięcy, tych wszystkich piaskach, matach i innych duochromach, do łask wraca stary dobry manicure typu nude & neutral. Oczywiście wiosenne trendy bogate są też w odważniejsze propozycje, jednak subtelna, bezpieczna klasyka wyraźnie się na ich tle wyróżnia. Jasne lakiery w naturalnych kolorach dopełniają w tym sezonie kolekcje największych  domów mody (na przykład Tom Ford czy Oscar de la Renta), a to oznacza, że za moment staną się pewnie absolutnym must have!



Źródła KLIK i KLIK



W grupie nude & neutral mieszczą się różne odcienie, od mlecznej bieli, przez pastelowy róż, aż po cielisty beż, ja proponuję Wam dziś natomiast kolor określany jako peachy nude, czyli pastelową, rozbieloną brzoskwinkę. To zdecydowanie mój ulubieniec wśród nudziaków. Oczywiście to nie jest tak, że ślepo podążam za modą, po prostu czasem zdarza się, że mój gust wpisuje się w trend. I w tym przypadku właśnie tak jest. Dzięki mojej słabości do brzoskwiniowych odcieni mogę pokazać Wam porównanie czterech lakierów z tą charakterystyczną nutą, Essie A Crewed Interest, P2 Lovely Madness, Inglot 355 i Wibo Peaches and Cream.






Essie i P2 są niemal bliźniaczo podobne, ten drugi jest tylko odrobinę jaśniejszy. Inglot jest najciemniejszy i najmocniej wpada w tony beżowe. Wibo natomiast (swoją drogą już chyba niedostępny? umieściłam go jednak w tym zestawieniu, bo swojego czasu był bardzo popularny i być może stanowi dla Was dobry punkt odniesienia) jest zdecydowanie najcieplejszy.






Wszystkie te lakiery są niestety dość kłopotliwe w aplikacji, jak to pastele. Wymagają trzech warstw, ale wysiłek się opłaca, na paznokciach prezentują się pięknie. Gdybym miała oceniać pod kątem jakości i trwałości, na pierwszym miejscu postawiłabym ex aequo Essie i P2, na drugim Inglota, na trzecim Wibo. 


Jak widzicie, na nadchodzący sezon jestem przygotowana. Co prawda przypadkowo, ale kto by się przejmował :D Wiosno, przybywaj!


Którą brzoskwinkę wybieracie? I w ogóle jak Wam się podoba trend nude & neutral? Koniecznie dajcie znać, bo jeśli będzie zainteresowanie, z chęcią przygotuję podobne zestawienie z odcieniami różu.


Buziaki,
Cammie.

Ostatnia szansa
na kurację kolagenową
Gesha Beauty, zagraj!



środa, 12 marca 2014

Piękny róż do jasnej karnacji, czyli MAC Azalea in the Afternoon


Już dawno na żadną kolekcję MAC nie czekałam z taką niecierpliwością jak na Fantasy of Flowers. Wszystko za sprawą różu Azalea in the Afternoon. Odkąd zobaczyłam go na pierwszych amerykańskich zdjęciach, myśl o nim po prostu mnie opętała. Wypatrywałam więc polskiej premiery i oto jest w moich rękach. Bladoróżowy i dość chłodny, bardzo mocno napigmentowany, o wyjątkowo miękkiej formule i rozświetlającym wykończeniu typu frost. Przepiękny! 





















Mam ten róż zaledwie od kilku dni, więc to jeszcze nie jest recenzja, po prostu bardzo chciałam Wam go pokazać. Jest naprawdę prześliczny. Nareszcie coś dla jasnej karnacji!


Jak Wam się podoba ta różowa azalia? A może w kwiatowej kolekcji MAC macie innego faworyta? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.


Ciągle jeszcze macie szansę zagrać
o kurację kolagenową Gesha Beauty
o wartości 450 zł, nie przegapcie!




poniedziałek, 10 marca 2014

Cielista pomadka z kropelką różu, czyli MAC Hue


Dziś coś dla wszystkich tych, którym pomadka MAC Creme Cup ---> KLIK wydawała się zbyt intensywna, a MAC Creme d'Nude ---> KLIK z kolei zbyt jasna. A zatem coś pośredniego! MAC Hue, delikatna cielista szminka z kropelką różu.






Kolor Hue trudno jednoznacznie określić, to niby nudziak, ale przełamany ciepłą, różowawą nutą. Jest to co prawda jasny odcień, jednak na pewno więcej w nim życia niż w zupełnie neutralnym Creme d'Nude, który w zasadzie pasuje chyba tylko osobom o naprawdę jasnej karnacji. Hue ma szansę sprawdzić się szerzej, ta kropla różu, o której wspominałam, ratuje bowiem sytuację, sprawiając, że usta stają się bardziej widoczne. 






Nie spodziewajcie się jednak mocnego, wyrazistego efektu, Hue cechuje delikatność i lekkość, sprawdzająca się w zwykłych, codziennych, niezobowiązujących sytuacjach.






Hue to pomadka w formule glaze, co oznacza, że nie daje pełnego krycia, zapewnia za to połysk, dość subtelny, bezdrobinkowy, ale widoczny. Szminki o tym wykończeniu nie są mocno napigmentowane, roztarte na ustach dodatkowo tracą na intensywności, doskonale nadają się więc do naturalnego, dziennego makijażu. 






Lekkość formuły glaze przekłada się niestety na jej nieszczególną trwałość, z pewnością znika z ust szybciej niż cięższa, kremowa cremesheen. W przypadku Hue to około 2, maksymalnie 3 godzin. Ściera się na szczęście równomiernie, a poprawki zrobić można nawet bez lusterka.

Na ustach Hue prezentuje się po prostu świeżo, to chyba najlepsze słowo, jakim mogłabym określić ten efekt. Delikatnie połyskuje, ale nie na tyle, żeby rzucać się w oczy, dając przy tym ustom odrobinę nienachalnego koloru. Klasa!




Dla ciekawskich:
na twarzy Missha Signature Wrinkle Filler BB Cream, Alverde Camouflage 02, Bourjois Healthy Mix Correcting Concealer nr 51, Everyday Minerals Luminizing Sunlight Powder, Sassy Minerals Old Friends Blush, na oczach MAC Vanilla, MAC Carbon, Wibo Dolls Lash Ultra Volume Mascara, na brwiach MAC Brun.



Jak Wam się podoba ta delikatna pomadka? Po zdjęciach widzicie, że ja lubię ją bardzo,  lada moment będę musiała się z nią pożegnać. Ale nie jest żadną tajemnicą, że gustuję w tak jasnych kolorach. Ciekawa jestem, czy Wy także macie do nich słabość. Piszcie!


Buziaki,
Cammie.



Wzięłaś już udział w konkursie?
Do wygrania kolagenowa kuracja Gesha Beauty
o wartości 450 zł!




sobota, 8 marca 2014

Kolagen w płynie, czyli nutridrinki Gesha Beauty | Recenzja i konkurs!


Minął miesiąc mojej kolagenowej kuracji Gesha Beauty, spieszę więc z obiecaną recenzją. Przez trzydzieści dni sumiennie wypijałam dawkę płynnego kolagenu, najwyższa pora opisać efekty tego eksperymentu.

Szczegółowo o nutridrinkach Gesha Beauty pisałam TUTAJ, dziś przypomnę jedynie, że preparat ten jest suplementem diety dostarczającym organizmowi skoncentrowaną dawkę łatwoprzyswajalnego kolagenu morskiego oraz dodatkowo witaminy A, C i E, który przyjmowany regularnie przez co najmniej kilka tygodni pozytywnie wpływa na całe ciało, zwłaszcza na skórę, włosy i paznokcie.






Kuracja podzielona jest na porcje zamknięte w szklanych, bardzo ładnych, utrzymanych w kobiecej estetyce buteleczkach. Jeden drink to zaledwie 50 ml, czyli mniej niż pół szklanki, ilość ta nie powinna stanowić więc dla nikogo problemu, zwłaszcza że smak jest naprawdę do przyjęcia. Opisywany jest jako wiśniowo-jabłkowy, ja jednak wyraźnie wyczuwałam tylko jabłko. Nie była to co prawda rozkosz dla podniebienia, ale zmuszać się do picia też nie musiałam. Codzienne sięganie po buteleczkę szybko weszło mi w nawyk.

Domyślam się, że wiele z Was zainteresuje skład tych drinków, a zatem proszę bardzo: woda; zagęszczony sok jabłkowy; kolagen; stabilizator: pektyny (jabłkowe); regulatory kwasowości: kwas cytrynowy, kwas jabłkowy; substancje konserwujące: benzoesan sodu, sorbinian potasu; substancja słodząca: glikozydy stewiolowe; octan DL-alfa tokoferylu (witamina E); kwas L-askorbinowy (witamina C); octan retinylu (witamina A); aromaty.

Jeśli chodzi o substancje czynne, to jedna porcja zawiera 5000 mg kolagenu, 400 µg witaminy A, 40 mg witaminy C i 6 mg witaminy E. 






A efekty? Zauważyłam je dopiero po mniej więcej trzech tygodniach. Nie były spektakularne, ale dla mnie widoczne. Moja skóra na twarzy niemal z dnia na dzień stała się nie tyle lepiej nawilżona, co bardziej napięta. Nie umiem tego lepiej opisać, chyba że obrazowo, jakby coś wypchnęło ją od środka na zewnątrz. Nie miało to jednak nic wspólnego z wygładzeniem zmarszczek, raczej z generalną poprawą sprężystości, jędrności skóry, która po prostu zaczęła prezentować się lepiej. Młodziej?

W wielu recenzjach hydrolizowanego kolagenu Gesha Beauty czytałam, że mogę spodziewać się znacznego ograniczenia wypadania włosów. Niestety, mimo nadziei pokładanych w nutridrinkach, nie zaobserwowałam w tym względzie żadnych zmian na lepsze. Nie zmienił się też stan moich paznokci, nadal kruszą się, tak jak się kruszyły. Zaznaczam jednak, że borykam się z niedoczynnością tarczycy, także w tych sprawach mało co jest w stanie mi pomóc.

Coś się jednak zmieniło. Przestało dokuczać mi moje prawe kolano! Przeforsowane po całym dniu na szpilkach, często wieczorami dawało mi w kość, tymczasem nagle przestałam odczuwać dyskomfort. Nie mam wątpliwości, że to zasługa kolagenu. 

Po trzydziestu dniach kuracji nasuwa mi się jeden podstawowy wniosek - warto byłoby ją przedłużyć. Mam wrażenie, że miesiąc to za mało, żeby w pełni wykorzystać jej potencjał i doczekać się naprawdę widocznych, wyraźnie odczuwalnych efektów. Byłabym skłonna dalej popijać kolagenowe nutridrinki, gdyby nie ich cena, zdecydowanie nie na każdą kieszeń. Składający się z 10 porcji starter kosztuje 150 zł, zestaw 30 porcji to wydatek rzędu aż 450 zł. Koszty pełnej kuracji są więc ogromne! Na szczęście z moich obserwacji wynika, że polityka marketingowa marki w dużej mierze opiera się na atrakcyjnych akcjach promocyjnych, zestawy Gesha Beauty często dostępne są z konkretną zniżką (rzędu  nawet kilkudziesięciu procent), planując zakup, warto na takie okazje polować.


Do zakupu nie będę Was jednak zachęcać, drinki Gesha Beauty to przecież suplement diety, o którego przyjmowaniu każdy musi decydować samodzielnie, poza tym kuracja jest naprawdę kosztowna i nie chcę brać odpowiedzialności za taki wydatek, tym bardziej, że nie wiadomo, jakie efekty w Waszym przypadku by przyniosła. Ja w każdym razie efekty widzę! A wszystkich zainteresowanych hydrolizowanym kolagenem odsyłam na stronę Gesha Beauty ---> KLIK, znajdziecie tam mnóstwo istotnych informacji o samym produkcie i mechanizmie jego działania, które być może rozwieją Wasze ewentualne wątpliwości.


A jeśli wątpliwości nie macie i zdecydowane byłybyście skorzystać z dobrodziejstw kolagenu, to zapraszam do udziału w konkursie! Z okazji Dnia Kobiet mam dla Was miesięczną kurację kolagenową o wartości 450 zł. Czy celebrujecie to  święto, czy też nie, warto zagrać :)))






Zasady:
1. Obserwuj No to pięknie!
2. W komentarzu pod postem odpowiedz na pytanie: Na jakie właściwości kolagenu liczysz najbardziej?


Miłym gestem z Waszej strony będzie polubienie profilu sponsora nagrody na FB ---> KLIK, ale nie czynię z tego koniecznego warunku udziału w konkursie, decyzję w tej kwestii pozostawiając Wam. Zachęcam też oczywiście do polubienia profilu No to pięknie! ---> KLIK


Konkurs będzie trwał tydzień, do 15 marca. 


Regulamin
1. Konkurs organizowany jest przez blog http://no-to-pieknie.pl/ Realizowany jest na zasadach określonych niniejszym Regulaminem i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa. 
2. Sponsorem nagród jest spółka Beauty Care Poland, producent drinków kolagenowych marki Gesha Beauty.
3. Niniejszy konkurs adresowany jest do wszystkich jawnych czytelników bloga. Osoby małoletnie na udział w konkursie muszą mieć zgodę rodziców / opiekunów.
4. Uczestnicy konkursu mają za zadanie w komentarzu pod konkursowym postem odpowiedzieć na pytanie: Na jakie właściwości kolagenu liczysz najbardziej?
5. Termin zgłaszania się do konkursu upływa z dniem 15.03.2014 r. 
6. Uczestnik zgłaszając się do konkursu tym samym przyjmuje warunki jego Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych (Dz.U.Nr.133 pozycja 883z późn. zm.). 
7. Nagrodą w konkursie jest miesięczna kuracja Gesha Beauty. Nagroda nie podlega zamianie na inną. 
8. Spośród wszystkich odpowiedzi wybrany zostanie jeden zwycięski komentarz. Werdykt zostanie ogłoszony w przeciągu siedmiu dni od upływu terminu zgłoszeń. O wygranej zwycięzca zostanie poinformowany za pośrednictwem bloga http://no-to-pieknie.pl/, a nagroda przekazana zostanie zwycięzcy w ciągu 7 dni kalendarzowych od otrzymania danych adresowych. 
9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 19 listopada 2009 roku o grach hazardowych (Dz. U. z 2009 roku nr 201, poz. 1540 z późn. zm.). 
10. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia konkursu i obowiązuje do czasu jego zakończenia. W sprawach nie określonych w niniejszym regulaminie zastosowanie mają przepisy Kodeksu Cywilnego oraz innych przepisów powszechnie obowiązujących.



Na koniec jeszcze informacja dla planujących zakup kuracji niezależnie od wyniku konkursu. Do 10 marca 30-dniowy zestaw kupić możecie o ponad połowę taniej, na hasło Dzień Kobiet otrzymując 56% zniżki.


Wiem, że część z Was podchodzi do tej kuracji sceptycznie. Ba, nawet ja sama początkowo nie do końca wierzyłam w jej możliwości. Po miesiącu mogę jednak powiedzieć, że jest w tych drinkach potencjał. Widzę to w lustrze i czuję to w stawach!


Całuję i jeszcze raz gorąco zapraszam do udziału w konkursie,
Cammie.




piątek, 7 marca 2014

Mandarynkowa królowa i budyń z rabarbarem, czyli kąpiel z Bomb Cosmetics | Wiosenne nowości


Propozycja na piątkowy wieczór? Kąpiel! Gorąca, relaksująca, z pachnącym, pielęgnującym ciało dodatkiem. Co powiecie na kulę lub babeczkę Bomb Comsetics? "Mandarynkową królową" albo "Budyń z rabarbarem"? Nie powiecie pewnie nic, bo prawdopodobnie nic na ich temat jeszcze nie wiecie. Ale się dowiecie :D Zapraszam na recenzję! A zaraz potem na krótką prezentację wiosennych nowości od Bomb Cosmetics. Kąpielowych, a jakże! Ale nie tylko :)))


Jak możecie pamiętacie, "Mandarynkową królową" i "Budyń z rabarbarem" dostałam jakiś czas temu w prezencie od Pachnącej Wanny. Szybko zrobiłam z nich użytek!

"Mandarynkowa królowa" to kremowa kuleczka o przepięknym, orzeźwiającym zapachu mandarynki z pomarańczą. Dzięki wysokiej zawartości masła kakaowego i nieco niższej shea cechują ją silne właściwości nawilżające i natłuszczające, przyczyniające się do odżywienia i uelastycznienia skóry.






Skład: Sodium Bicarbonate, Citric Acid, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Zea Mays (Corn) Starch, Sodium Lauryl Sulfate, Sucrose, Parfum (Fragrance), Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Aqua (Water), Citrus Nobilis (Mandarin) Peel Oil, Citrus Limonum, Hydrogenated Vegetable Oil, Lecithin, Shellac, Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Dextrin, Aroma (Flavor), Limonene, Citral, CI 19140 (Yellow 5), CI 45430, CI 15985 (Yellow 6), CI 16035 (Red 40).

Cena: 11 zł (aktualnie Pachnąca Wanna oferuje ją za 8,8 zł).






Kulka jest malutka, ale tym razem nie było to już dla mnie zaskoczeniem, pamiętałam "Owocowy raj", z którym miałam do czynienia kilka tygodni temu ---> KLIK. Mimo mikrych rozmiarów (spójrzcie, jak niewielka się wydaje chwycona w dwa palce), naprawdę ma moc! Wrzucona do wody rozpuszcza się około kwadransa, stopniowo uwalniając cytrusowy zapach, masła i olejki. Niestety nie pieni się, to nie ten rodzaj kąpielowego gadżetu. Trochę mi tego szczerze mówiąc brakowało, bo kocham kąpiel z pianką. Nie do przecenienia są jednak właściwości odżywcze tej niepozornej kulki. Bogata w składniki natłuszczające, zmienia wodą niemal w emulsję, odczuwalnie otulającą skórę, w działaniu przypominając dobrą oliwkę. Jeśli nie lubicie natłuszczać ciała w ten sposób, "Mandarynkowa królowa" pewnie nie przypadnie Wam do gustu, jednak jeśli kochacie ten rodzaj pielęgnacji, będziecie zachwycone. Nie wierzę jednak, że istnieje ktokolwiek, kto kochałby czyszczenie wanny po tym tłustym domowym SPA ...


"Budyń z rabarbarem" z kolei to babeczka o słodkim, owocowym zapachu jagód, rabarbaru i brzoskwini podszytym karmelowo-waniliową nutą, która mimo podobnych proporcji składników natłuszczających, sprawia jednak wrażenie produktu nieco lżejszego niż opisywana wcześniej "Mandarynkowa królowa".






Skład: Sodium Bicarbonate, Citric Acid, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Zea Mays (Corn) Starch, Sodium Lauryl Sulfate, Parfum (Fragrance), Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Sucrose, Aqua (Water), Elaeis Guineensis (Palm) Kernel Oil, Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Lecithin, Amyris Balsamifera Bark Oil, Salvia Sclarea (Clary) Oil, Acacia Senegal Gum, Shellac, Linalool, CI 19140 (Yellow 5), CI 16255, CI 14270, CI 18050. 

Cena: 12 zł (aktualnie Pachnąca Wanna oferuje ją za 9,6 zł).






Prześliczna! Aż żal było wrzucać do wanny. W końcu jednak tam trafiła, powoli (około 20 minut) rozpuszczając się i zwykłą kąpiel, dzięki przyjemnemu zapachowi i właściwościom odżywczym, zmieniając w relaksującą sesję. Tak jak wspominałam, miałam wrażenie, że "Budyń" nie jest aż tak bogaty, tak tłusty, jak "Królowa", więc pewnie ma szanse przypaść do gustu szerszemu gronu. Zaznaczę tylko, że i w tym przypadku nie ma co liczyć na pianę. Z pewnością można jednak liczyć na porządne nawilżenie ciała, co najmniej na kilka dni zwalniające z nielubianej przez niektórych konieczności balsamowania.


Nie wyobrażam sobie wrzucać kul czy babeczek do każdej kąpieli, po pierwsze ze względu na ich cenę, po drugie (i ważniejsze) ze względu na ich bogaty skład. Nie widzę potrzeby częstego tak mocnego natłuszczania skóry. Ale od czasu do czasu, dlaczego nie? Cieszę się więc, że dzięki niezawodnej Pachnącej Wannie będę miała okazję poznać kilka kolejnych kąpielowych gadżetów od Bomb Cosmetics, tym razem z ich najnowszej wiosennej kolekcji. 






Na swoją kolej w mojej łazience czeka już musująca jabłkowo - wiśniowa kuleczka "Pocałunek motyla" z olejkami eterycznymi z mandarynki i neroli, kremowa jagodowa babeczka "Tęcza" z paczuli i szałwią oraz deser kakaowy "Dalekie krainy" z rumiankiem i kokosem. Wielkie butle, które widzicie na ostatnim zdjęciu, to z kolei kokosowy lotion do ciała, cytrusowy żel pod prysznic i mydło do rąk o zapachu świeżej bawełny. Szczegóły wkrótce, tymczasem odsyłam Was na stronę Pachnącej Wanny, gdzie możecie zobaczyć więcej wiosennych nowości ---> KLIK.



Lubicie umilać sobie kąpiel takimi gadżetami? Piszcie! I nie zapomnijcie zajrzeć jutro, z okazji Dnia Kobiet zaproszę Was na konkurs z atrakcyjną nagrodą!


Buziaki,
Cammie.

Edit:
Pachnąca Wanna dała znać,
że do niedzieli włącznie
na wszystkie produkty Bomb Cosmetics
obowiązuje zniżka 20% :)
Plus, jak zwykle, bezpłatna przesyłka
przy zamówieniu o wartości minimum 50 zł.




środa, 5 marca 2014

Zachcianki i potrzeby, czyli zakupy ostatnich tygodni | Alverde, Balea, Hean, Missha


Prosiłyście o post zakupowy, więc jest! Zapraszam na szybki przegląd moich nabytków z ostatnich tygodni. Nie ukrywam, że tylko część z nich uzasadniała prawdziwa potrzeba, większość to po prostu zachcianki. Uległam pokusie i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, ale kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem :DDD


Niczym nieuzasadnioną zachcianką były z pewnością zakupy w DM. Skorzystałam z okazji, że mąż wybierał się w podróż służbową, przygotowałam mu stosowną listę i wysłałam do sklepu. Z zadania wywiązał się wzorowo, ze względu na braki w szafie nie udało mu się dostać jedynie kilku kolorówkowych nowości z P2, przywiózł za to wszystkie wskazane produkty Alverde i Balea - olejki do ciała, szampony i odżywki do włosów, kilka saszetek soli do kąpieli i krem do rąk z limitowanej edycji.






W ostatnim czasie zrobiłam też swoje pierwsze zamówienie w sklepie Hean. Chodziło mi głównie o bazę pod cienie, ale przy okazji wrzuciłam też do koszyka tusz do rzęs i korektor. Lakier do paznokci otrzymałam jako gratis.

Bazę znałam już wcześniej, pamiętam, że bardzo ją lubiłam, myślę, że będzie trafionym zamiennikiem Stay Don't Stray z Benefitu, która właśnie mi się skończyła. Tusz wybrałam w ciemno, ale używam go już od kilku dni i muszę przyznać, że jest bardzo fajny, świetnie rozdziela rzęsy. Na razie jest jeszcze dość mokry i pewnie pełnię swoich możliwości pokaże mi za jakieś dwa, trzy tygodnie. Korektor natomiast niestety nieco mnie rozczarował, liczyłam na to, że będzie jaśniejszy. Nie odznacza się na mojej skórze jakoś tragicznie, ale jednak nie wtapia się też bez śladu. Muszę jeszcze z nim poeksperymentować, zwłaszcza że zbiera wysokie noty nie tyle jako preparat kamuflujący, co redukujący wypryski. A lakier? Miły dla oka bardzo jasny róż, pewnie pokażę go w którymś z kolejnych postów.






Potrzebą z pewnością podyktowany był zakup bb kremu. Z dalekiej Korei dotarła do mnie nowa buteleczka Missha Signature Wrinkle Filler [recenzja TUTAJ]. Poprzednie opakowanie zużyłam do ostatniej kropelki, od razu decydując się na kolejne. To jeden z najlepszych bb kremów, jakie znam! Przez chwilę wydawało mi się, że ma godnego konkurenta w postaci Skin79 Scandal Rose&Vanilla [recenzja TUTAJ], ale wszystko wskazuje na to, że miałam pecha trafić na ten krem tuż przed jego zniknięciem z rynku ... Tak jak napisałam kiedyś na FB: prawo zakupowe Cammie - pokochaj jakiś produkt, a na pewno zostanie wycofany ze sprzedaży ;))) Całe szczęście, że choć krem Missha jest dostępny.






Chciałam zaprezentować Wam też dzisiaj róż z najnowszej limitowanej kolekcji MAC, Fantasy of Flowers, ale niestety nie zdążył jeszcze do mnie dotrzeć. Zamówiłam odcień Azalea in the Afternoon, wprost nie mogę się go doczekać! Co się odwlecze, to jednak nie uciecze, pokażę go Wam innym razem.

Dzięki Pachnącej Wannie trafiły za to do mnie wiosenne nowości Bomb Cosmetics, zasługują one jednak na odrębnego posta, także spodziewajcie się niebawem wpisu na ich temat. Pewnie połączę go z recenzją kul do kąpieli, które pokazywałam Wam TUTAJ. Już teraz zapraszam!

Tymczasem żegnam się z Wami i na koniec pytam o Wasze zakupy. Na co się ostatnio skusiłyście? Piszcie!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 3 marca 2014

Summa summarum, czyli podsumowanie lutego


Po nieszczególnym styczniu, luty przyniósł ze sobą sporo dobrej energii. I wyczekiwane rozpogodzenie! Nie lubię zimy, więc przedwiosenne słońce i wyższe temperatury przywitałam z radością. Aż chce się żyć! Gdyby jeszcze tylko nie ten wieczny deficyt snu ... No ale nie można mieć wszystkiego. Nie narzekam, luty był całkiem fajny! Zapraszam na jego krótkie podsumowanie :)))






Muszę przyznać, że ruch na blogu był w lutym zauważalnie wyższy niż zwykle. Nie wiem, czym to było spowodowane, ale fakt jest faktem. Lubię myśleć, że tak interesująco pisałam ;))) A tak na serio, to pojęcia nie mam, co się stało, ale niektóre posty biły rekordy popularności.

Najwięcej czytelników przyciągnął wpis o szmince MAC Creme Cup ---> KLIK. Część z Was uznała ją za zbyt intensywny odcień różu, jednak zdecydowanej większości przypadł on do gustu, tak jak mnie. Tylko nieznacznie mniejszym zainteresowaniem cieszył się post o innej pomadce MAC, cielistej Creme d'Nude ---> KLIK. Tę jednogłośnie chwaliłyście.

Łeb w łeb szły posty o odkryciach stycznia ---> KLIK i o porównaniu nowej gąbeczki Inglota do oryginalnego Beauty Blendera ---> KLIK, czytałyście te teksty z identyczną częstotliwością. 


Na fejsbuku (lajkujcie, zapraszam! KLIK) gwiazdą został mój kot Wiluś. Mogłam się produkować, ile wlezie, a i tak nie pobiłabym popularności dwóch fotek tego pieszczocha ---> KLIK. To jednak prawda, że goła baba i słodki kotek zawsze przyciągną uwagę :DDD


Jeśli chodzi o blogosferę, to tym razem mam dla Was dwie propozycje. W lutym natknęłam się na arcyciekawy blog Ewy Szałkowskiej Mademoiselle Eve ---> KLIK, który zaskoczył mnie poziomem merytoryczności. Notki Ewy są rzeczowe i pełne wiedzy, takiej ugruntowanej, a nie zasłyszanej i  po prostu przytoczonej. To wzbudza zaufanie. Zerknijcie sobie i same się przekonajcie.

Drugie blogowe odkrycie to Una i jej Hedonizm & Eskapizm ---> KLIK. To dość popularny blog i nie wiem, jakim cudem nie trafiłam tam wcześniej, ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale. Una urzekła mnie swoim spokojem, dojrzałością i umiłowaniem do rzeczy pięknych. Warto do niej zajrzeć!


Na You Tube odsyłać Was tym razem nie będę. W lutym moja lista subskrybcji została znacznie odchudzona, usunęłam z niej sporo kanałów, które w moim odczuciu zaczęły marnować mój czas (czy tylko ja mam wrażenie, że YT ostatnio schodzi na psy?). Podobne porządki zrobiłam zresztą w blogrollu, ale tu czystka była mniejszych rozmiarów.


Lutowe wieczory spędzałam w towarzystwie "Rodziny Soprano". Wy mnie to tego namówiłyście, zachwalając ten serial jako klasykę gatunku. Przyznam szczerze, że z wielkim trudem weszłam w jego świat, bardzo długo nie mogłam się wciągnąć. Po szalonym tempie "Breaking Bad" i emocjach związanych z "Dexterem", akcja "Rodziny Soprano" wydawała mi się powolna i jakaś taka rozlazła. Kryzys przyszedł po mniej więcej pięciu odcinkach, po których nadal ledwo kojarzyłam, kto jest kim i o co tam w ogóle chodzi. Na szczęście wątki w końcu zaczęły się rozwijać i udało mi się swoją początkową niechęć przełamać. Mam już za sobą półtora sezonu i myślę, że obejrzę ten serial do końca.


Jeśli chodzi o moje lutowe lektury, to jak zwykle napisałam na ten temat odrębnego posta, do którego tradycyjnie Was odsyłam ---> KLIK. Tutaj dodam jedynie, że chwilowo Stephena Kinga mam serdecznie dość i w marcu z przyjemnością robię czytelniczy zwrot ku innym gatunkom literackim.


W lutym, jak już kilkakrotnie Wam wspominałam, miałam wyjątkowo dobrą rękę do zakupów. Zdążyłam napisać Wam o moim nowym bb kremie Skin79 Scandal Rose&Vanilla ---> KLIK, szczoteczce Clarisonic ---> KLIK i rosyjskich kosmetykach z Kaliny ---> KLIK, ale na prezentację ciągle czekają nowości Balea i Alverde z DM i małe zamówienie z Hean. Wypatruję też przesyłki z internetowego sklepu MAC, w którym w zeszłym tygodniu upolowałam róż Azalea in the afternoon z najnowszej kolekcji Flower Fantasy. Dajcie znać, czy byłybyście zainteresowane postem zakupowym! Wiem, że nie wszyscy lubią wpisy tego typu, a na siłę nie chcę Was uszczęśliwiać.


Mam wrażenie, że o czymś jeszcze chciałam Wam napisać (o walentynkach? nieeeee, o tłustym czwartku? też nieeeee :DDD), ale oczywiście nie mogę sobie teraz przypomnieć, o co chodziło. Pozwólcie więc, że na tym zakończę.


Jak zwykle zapraszam do dyskusji! Powspominajmy luty.

Buziaki,
Cammie.




sobota, 1 marca 2014

Suma wszystkich strachów, czyli książka lutego


Książka lutego? Tylko jedna. Jedna, ale opasła, licząca ponad tysiąc stron, wystarczająco gruba, żeby towarzyszyć mi przez cały miesiąc. Tylko czy było to dobre towarzystwo?






Tomiszczem, o którym mowa, była powieść Stephena Kinga "To", jedna z najstarszych książek spod pióra tego autora.




Dla ciekawskich: 
okładka wznowienia, które nakładem Wydawnictwa Albatros ukaże się w czerwcu 2014 r.



Derry to małe miasto w stanie Maine - nawiedzone miasto - w którym pewnego razu grupa dzieci spotkała TO. Większość z nich miała szczęście, uszła z życiem i wyjechała z Derry. Po dwudziestu latach TO znowu daje o sobie znać, a ci, którzy przeżyli, zostają wezwani do powrotu w rodzinne strony. Zapomniane strachy dzieciństwa powracają. Dzieci są już dorosłymi, ale muszą odnaleźć w sobie dziecięcą wiarę, lojalność i odwagę by skutecznie stawić mu czoła.


Cóż, nie przesadzę chyba, jeśli napiszę, że trochę się przy tej lekturze wymęczyłam. Do pewnego momentu wciągająca, nagle zaczęła nużyć. Wiem, że powszechnie uważa się tę książkę za klasykę gatunku i jedną z najlepszych powieści w dorobku Kinga, ale najwyraźniej nie potrafię tego kunsztu docenić, bo mam ochotę ponarzekać.

Sam pomysł, główna idea, wokół której autor snuł swoją opowieść, jest naprawdę interesująca. Małe miasto, seria niewytłumaczalnych, okrutnych śmierci i niewyjaśnionych zaginięć dzieci, grupka dzieciaków związanych przyjaźnią, jaka możliwa jest tylko w dzieciństwie i To, zagnieżdżona w miasteczku zła moc, która karmi się ludzkim strachem, budząc się ze swojego snu w wieloletnich, ale regularnych cyklach.

Dzieci są łatwymi ofiarami, mają otwarte umysły, wierzą w wytwory swojej wyobraźni, łatwo wzbudzić w nich strach. Strach przykrojony na miarę, uderzający dokładnie tam, gdzie boli najbardziej, urzeczywistniający najgorsze koszmary. Każdego przeraża coś innego, dlatego To przybiera rozmaite postaci. Czym jest zatem To? Może sumą naszych wszystkich strachów?

Bezwzględnej, nieludzkiej mocy stawiają czoła dzieci, siódemka przyjaciół, którym udało się przejrzeć jej charakter. Narażając życie, podejmują walkę. I choć wydaje się, że odniosły sukces, po latach okazuje się, że muszą ponownie, już jako dorośli, stanąć twarzą w twarz z potworem. Cykl zatoczył kolejne koło, bestia się budzi. I pragnie zemsty.

Konstrukcja książki opiera się w dużej mierze na retrospekcji, co zwłaszcza pod koniec, kiedy łączą się pewne wątki z przeszłości i teraźniejszości, wprowadza pewien element chaosu, były momenty, że się gubiłam, nie wiedziałam, o której sekwencji zdarzeń właśnie czytam. Ale to nie to jest przyczyną moich mieszanych uczuć odnośnie tej książki. Rozczarowanie przyniósł finał, nieco rozwlekły i kompletnie odrealniony. Wiem, wiem, to horror, a gatunek ten rządzi się swoimi prawami, jednak każdy czytelnik ma swoje granice chłonności absurdu i moje chyba zostały przekroczone :D

Mimo wszystko nie mogę nie docenić rozmachu, z jakim ta książka została napisana, z dbałością o detale, dobrze nakreślonymi sylwetkami bohaterów i sugestywnymi opisami. Gęsiej skórki co prawda nie miałam, ale wyobraźnia pracowała.


Jeśli lubicie styl Kinga, czytajcie, jeśli nie macie przekonania do tego gatunku literackiego, dobrze się zastanówcie, czy na pewno chcecie to zrobić. To jednak ponad tysiąc stron utrzymanych w konwencji, która może okazać się dla Was nie do przyjęcia. Ja przeczytałam, ale czuję się tą lekturą trochę zmęczona i z prawdziwą przyjemnością sięgam po coś zupełnie innego, "100/XX", wyczekiwaną przeze mnie "Antologię polskiego reportażu XX wieku", która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. To dopiero będzie uczta czytelnicza! Szczegóły za miesiąc.


"To" jest bardzo znaną powieścią, jestem pewna, że część z Was ją czytala. Co na jej temat myślicie? Majstersztyk, czy jednak niekoniecznie? Zapraszam do dyskusji. Jeśli macie ochotę, podzielcie się też wrażeniami ze swoich lutowych lektur. Ciekawa jestem, co dobrego czytałyście. Piszcie!


Buziaki,
Cammie.