beauty & lifestyle blog

piątek, 7 sierpnia 2015

Jeszcze zatęsknimy, czyli podsumowanie lipca | Popularne posty, Instagram, rozrywka i nowości kosmetyczne


Dają nam w kość te upały, prawda? Idę jednak o zakład, że zimą jeszcze za nimi zatęsknimy, tak to już w życiu jest. Cieszmy się więc latem, nawet jeśli ostatnio jest nieco uciążliwe. Chociaż lipiec był w sumie bardzo fajny! 




Lipcowe upały nie sprzyjały spędzaniu czasu przed komputerem, nie pisałam więc wiele. Mimo wszystko kilka postów na blogu się pojawiło, z których zdecydowanie największym zainteresowaniem cieszył się ten, w którym zapraszałam Was na mój Instagram ---> KLIK. Ciepło przyjęłyście też wpisy o Goose Creek Candle ---> KLIK oraz o francuskich kosmetykach Propolia ---> KLIK. Jeśli coś Wam umknęło, macie teraz okazję te zaległości nadrobić.

Skoro wspomniałam już o Instagramie, to wyjaśnię, że to właśnie w lipcu pojawiłam się tam po raz pierwszy. Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z założeniem konta ---> KLIK, chyba po prostu nie spodziewałam się, że to taka dobra zabawa. W każdym razie spodobało mi się, połknęłam bakcyla!




O serialach tym razem nie napiszę nic, bo ciągle jeszcze katuję "Chirurgów" i póki co końca tego tasiemca nie widać. Odeślę Was za to do posta o moich lipcowych lekturach ---> KLIK, być może zainteresuje Was, co mam do powiedzenia na temat kilku głośnych tytułów.




A nowości kosmetyczne? Nie było ich zbyt wiele, po rozpasanym czerwcu, w lipcu zakupy ograniczyłam do minimum. Mimo to pojawiło się w mojej kosmetyczce kilka nowych rzeczy.




W tym miejscu koniecznie muszę przypomnieć Wam o akcji Wzór do naśladowania, wspólnym przedsięwzięciu kilku marek kosmetycznych i Fundacji DKMS. Pamiętacie? Już Wam kiedyś o nim pisałam ---> KLIK. Klaps filmowy, który widzicie na zdjęciu, to symbol kolejnej fajnej inicjatywy w jego ramach. Szczegóły tutaj ---> KLIK!

W zasadzie chyba właśnie wyczerpałam temat. Nie dokonałam w lipcu żadnych odkryć blogowych, nie trafiłam na żadne godne polecenia strony, nie eksperymentowałam z makijażem i pielęgnacją, nie miałam nowych fascynacji kulinarnych, a większość wolnego czasu upłynęła mi pod znakiem przygotowań mojej córeczki do jej pierwszych dni w przedszkolu. Proza życia :)))

A Wam jak minął lipiec? Koniecznie dajcie znać. Gdzie byłyście, co robiłyście, co widziałyście, co kradło Wam czas? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.





niedziela, 2 sierpnia 2015

Przełamując ciszę, czyli książki lipca


Wybaczcie mi tę przedłużającą się ciszę na blogu, jakoś nie miałam ostatnio serca do pisania. Sporo za to czytałam, więc chyba dobrym pomysłem na jej przełamanie będzie post o moich lekturach z ostatnich tygodni? A zatem książki lipca, zapraszam!




Zacznę w miejscu, w którym zatrzymałam się, pisząc o książkach czerwca. Pamiętacie? Byłam wtedy pod ogromnym wrażeniem "Jeść przyzwoicie" Karen Duve ---> KLIK. Naturalną konsekwencją tej lektury było sięgnięcie po "Zjadanie zwierząt" Jonathana Safrana Foera.


Jonathan Safran Foer, "Zjadanie zwierząt"

Zjadanie zwierząt sprawiło, że zmieniłam sposób, w jaki jem. Dałam tę książkę wszystkim, których kocham.
Natalie Portman


Jeśli znajdą się osoby, których nie przekona sugestywny sposób, w jaki Foer opisuje okropieństwa przemysłowej hodowli zwierząt, to znaczy, że są nieczułe albo głuche na głos rozsądku. Albo i jedno, i drugie.
J.M. Coetzee

Gdy Jonathanowi Safranowi Foerowi urodził się syn, chciał się dowiedzieć, jak powinien go karmić i czym naprawdę jest mięso. Skąd pochodzi? Jak się je produkuje? Jak traktowane są zwierzęta i czy to ważne? Jak zjadanie zwierząt wpływa na gospodarkę, społeczeństwo i środowisko? Wyniki tego śledztwa sprawiły, że stanął twarzą w twarz z rzeczywistością, której jako obywatel nie mógł zignorować, a jako pisarz nie mógł przemilczeć.

To nie jest książka o wegetarianizmie czy weganizmie, choć w pewnym skrócie myślowym można by tak powiedzieć. To książka demaskująca charakter współczesnej hodowli i uboju zwierząt, bez owijania w bawełnę opisująca całe okrucieństwo tego przemysłu. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że trochę poczytałam i nagle dotarły do mnie jakieś prawdy. Jeśli zaglądacie na No to pięknie! regularnie, pewnie doskonale wiecie, że sporo o tym rozmyślam (sam fakt, że sięgam po tego typu pozycje, już o czymś świadczy, prawda?), a wegetarianizm z różnych względów jest mi bliski od dawna. Książki takie jak "Jeść przyzwoicie" "Zjadanie zwierząt" po prostu pomagają poukładać pewne rzeczy w głowie. No chyba że ktoś jest kompletnym laikiem w temacie, wtedy lektura może być szokująca, wstrząsająca, zupełnie odstręczająca od jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych. Mnie osobiście "Zjadanie zwierząt" otworzyło oczy przede wszystkim na skalę niektórych zjawisk (głównie odnośnie standardów bytowych w hodowlach i różnych aspektów poszczególnych etapów uboju), która szczerze mówiąc mnie przeraziła. Nie będę Was tu straszyć, czy zniechęcać do jedzenia mięsa, nabiału, czy jajek, każdy ma swój rozum i robi, co uważa, po prostu gorąco namawiam Was do zapoznania się z tą książką. Lektura obowiązkowa dla każdego rozważnie podchodzącego do tego, co nakłada na talerz.


Joanna Glogaza, "Slow fashion. Modowa rewolucja"

Joanna Glogaza w książce przekonuje, że każdy ma swój niepowtarzalny styl, który powinien pielęgnować zamiast zakrywać go ciuchami-klonami wymienianymi zgodnie ze zmieniającymi się co sezon trendami. A kupując mniej można wyglądać dużo lepiej.

Przyznam Wam się szczerze, że kupując tę książkę, nie miałam świadomości, że to poradnik. Gdybym ją miała, na pewno bym się na zakup nie zdecydowała. No ale nie sprawdziłam, nie doczytałam, tylko impulsywnie kliknęłam, korzystając z bardzo atrakcyjnej promocji. Spodziewałam się krytycznej analizy współczesnego rynku modowego, dostałam coś na kształt przewodnika, jak się wyrwać spod dyktatu marek odzieżowych i spirali wyprzedaży goniących wyprzedaże, uporządkować szafę, postawić nie na ilość, lecz na jakość i koniec końców znaleźć swój styl. Uczucia po tej lekturze mam mieszane. Z jednej strony to naprawdę dobra książka w swoim gatunku, porządnie napisana i ładnie wydana, z drugiej jednak nie znajduję tam treści dla siebie, w moim odczuciu sporo tam oczywistości. Do pewnych wniosków po prostu doszłam już dawno temu sama. Wiem, że popularność autorki, bardzo znanej blogerki, natychmiast przełożyła się na popularność książki, jestem więc pewna, że spora część z Was już ją czytała. Jak wrażenia?


Agnieszka Kaluga, "Zorkownia"

W hospicjum życie przecina się ze śmiercią. To miejsce rządzi się swoimi prawami i ma jasno określone zasady. Wchodzi się tu tylko raz. Zazwyczaj. Agnieszka wchodzi tam od czterech lat. Jest wolontariuszką. Spędza czas z tymi, którzy potrzebują kilku ciepłych słów, pomocy przy jedzeniu, napisaniu ostatniego listu, spojrzenia, uśmiechu. Niewiele, zaledwie bycie z drugim człowiekiem tu i teraz. Być może dlatego to właśnie tutaj dając siebie, zyskuje się znacznie więcej. "Zorkownia" to zapis chwil, kilkanaście zdjęć z życia, z umierania, z pokory, cierpienia i nadziei, z miłości tak wielkiej, że nie da się jej zamknąć w słowie. To przepiękna, wzruszająca opowieść o życiu.

Książka o odchodzeniu. O umieraniu po prostu. Trudna, wzruszająca, refleksyjna i dająca do myślenia. Kilka razy wycisnęła ze mnie łzy. Napisana przepięknym, momentami poetyckim wręcz językiem. Niezwykle świadectwo kobiety (swoją drogą również blogerki), która jako wolontariuszka w hospicjum towarzyszy chorym w ich ostatniej drodze. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że żeby odnaleźć się, sprawdzić w tej roli, trzeba mieć jakąś szczególną wrażliwość. Może odwagę nawet? Mnie by chyba jej zabrakło. Tym bardziej pod wrażeniem jestem książki, jej autorki, siły, jaką w sobie nosi i języka, jakim o tym wszystkim opowiada, nie spłycając, ale nie popadając też w egzaltację.


Dmitry Glukhovsky, "Metro 2033"

Rok 2033. Świat w wyniku konfliktu atomowego został obrócony w stertę gruzu. Jednym z ostatnich – może ostatnim? – ze skupisk ludzkości pozostaje moskiewskie metro. Od ponad 20 lat ludzie, którzy ocaleli z piekła wojny, próbują uchronić co tylko się da z minionej przeszłości. Zamknięci w podziemnym świecie, w którym brakuje wszystkiego, a nade wszystko energii, skazani są na regres. Na powierzchni pojawiły się zmutowane pod wpływem promieniowania nowe gatunki i będąc lepiej przystosowanymi do życia w warunkach ciągłej radiacji zastąpiły człowieka. Zaczynają też przenikać do metra. Czas człowieka przeminął. Ale czy na pewno? Moskiewskie metro, dzięki swej unikalnej konstrukcji i stumetrowej głębokości, uratowało życie kilkunastu tysiącom moskwian, którzy nie zdają sobie sprawy, że najprawdopodobniej są ostatnim przyczółkiem ludzkości. Stworzyli tu swój własny świat. Pamięć o świeżym powietrzu, błękitnym niebie, trawie pod stopami stopniowo umiera. Na mrocznych stacjach, rozświetlanych światłami awaryjnymi i blaskiem ognisk, mieszkańcy próbują wieść życie zbliżone do tego sprzed katastrofy – tworzą mikropaństwa, których spoiwem może być ideologia, religia czy ochrona filtrów wodnych… Zawierają sojusze, toczą wojny. W bocznych tunelach uprawiają grzyby, hodują świnie i kury. Opał i potrzebne rzeczy dostarczają im stalkerzy, którzy wyprawiają się na powierzchnię. WOGN to wysunięta najbardziej na północ stacja metra, a zarazem przyczółek ludzkości. Mocna grupa kilkuset ludzi żyje tu połączona przyjaźnią. Była to jedna z najpiękniejszych stacji i wciąż pozostała bezpieczna. Jednak od pewnego czasu pojawiło się na niej śmiertelne niebezpieczeństwo. Artem – młody mężczyzna mieszkający na stacji WOGN – otrzymuje zadanie: musi przedostać się do serca moskiewskiego metra, do legendarnej stacji Polis, aby ostrzec wszystkich przed możliwością ostatecznej zagłady. W rękach Artema spoczywa nie tylko przyszłość jego stacji, ale być może i całej ocalałej ludzkości .

Wizja świata po wielkiej wojnie nuklearnej. Rok 2033, rzeczywistości, jaką znamy, już nie ma. Powierzchnia ziemi nie nadaje się do zamieszkania, zabójcze promieniowanie zamieniło ją w pustynię, na której przetrwać mogą tylko przeraźliwie zmutowane potwory. Ludzkość, a w zasadzie drobna jej reprezentacja, przetrwała, chroniąc się w moskiewskim metrze, osiedlając się na jego podziemnych stacjach i ratując resztki cywilizacji. Ale w korytarzach czai się niebezpieczeństwo i zło ... Bardzo dobra książka nurtu literatury postapokaliptycznej, miłośników gatunku zachęcam, przeczytajcie!


Dmitry Glukhovsky, "Metro 2034"

Rok 2034. Od pamiętnych wydarzeń, które początek i finał miały na stacji WOGN, minął niespełna rok. Czarni, ponoć śmiertelne zagrożenie dla tych nielicznych, którzy w czeluściach moskiewskiego metra przetrwali atomową apokalipsę, zniknęli na dobre, zgładzeni przez Artema i jego towarzyszy. Na drugim krańcu metra mieszkańcy Sewastopolskiej toczą walkę o przetrwanie z nowymi formami życia, wdzierającymi się do tego ostatniego schronienia ludzkości. Los stacji i jej mieszkańców zależy od dostaw amunicji, a te nagle ustają. Karawany giną bez wieści, urywa się łączność. Z zadaniem wyjaśnienia zagadki i przywrócenia dostaw wyruszają: młody Ahmed, leciwy, niespełniony kronikarz metra Homer i Hunter, który niegdyś zaginął wśród czarnych, a teraz się odnalazł, choć jego tożsamość budzi wątpliwości… Do wyprawy dołącza Sasza, córka wygnanego naczelnika Awtozawodskiej. Kim naprawdę jest Hunter? Czy odwzajemni uczucie, jakim obdarzyła go Sasza? Jaką tajemnicę skrywają mroczne tunele? I czy garstce śmiałków uda się ocalić tych nielicznych, którzy przetrwali zagładę?

Rozgrywająca się rok później kontynuacja "Metra 2033". Ale okoliczności już inne, bohaterowie wcale nie ci sami, a zatem i metro pokazane inaczej. Mnie osobiście czegoś w tej drugiej części zabrakło. Może tego zaskoczenia, jakie towarzyszyło mi przy odkrywaniu świata metra w części pierwszej? W każdym razie na lekturę reszty książek z tej serii się nie zdecydowałam. Bo musicie wiedzieć, że "Metro" doczekało się zbudowania całego uniwersum, jeśli więc połkniecie bakcyla i zechcecie poznać całą historię, szykujcie się na wiele tomów.


Dmitry Glukhovsky, "Futu.re"

Odkrycia naukowe poprzedniego pokolenia zapewniły mojemu nieśmiertelność i wieczną młodość. Ziemię zaludniają piękne, tryskające zdrowiem i nieznające śmierci istoty. Lecz każda utopia ma swoje cienie. Tak… Ktoś musi to robić – czuwać, by ów nowy wspaniały świat nie runął pod ciężarem przeludnienia, dbać, by jego kruchej równowagi nie zniszczyły zwierzęce instynkty człowieka. Ktoś musi troszczyć się o to, by ludzie żyli tak, jak przystoi nieśmiertelnym. Tym kimś jestem ja.

Na koniec "Futu.re", jeszcze jedna powieść spod pióra Glukhovskiego. Niesamowita! Kompletnie oderwana od "Metra", od razu zaznaczę, żeby nie było wątpliwości. Znowu przyszłość, ale znacznie odleglejsza, jakieś kilkaset lat do przodu. Ludzkość przezwyciężyła starość i śmierć, stając się nieśmiertelna i wiecznie młoda. Ale płaci za to ogromną cenę, cenę niewyobrażalnego, wielomiliardowego przeludnienia. Kontynenty przemieniły się w jedne wielkie, zatłoczone gigapolis, gdzie ludzie żyją w olbrzymich wieżowcach, piętrowych skupiskach sięgających chmur. I nie mogą, nie powinni mieć dzieci. Każde nowe życie zakłóca delikatną równowagę, na granicy przetrwania i runięcia cywilizacji, dlatego instynkt rodzicielski jest karany, niezarejestrowane dziecko nielegalnego pochodzenia na jedno z rodziców sprowadza karę sztucznie wywołanej starości, a w końcu śmierci. Życie za życie, bo równowagę trzeba zachować bez względu na wszystko. A jednak ludzie mogący żyć w zdrowiu przez całą wieczność ryzykują. Sprawdźcie, dlaczego.


Najważniejszą lekturą lipca ogłaszam "Zjadanie zwierząt". Wyobraźcie sobie, że pod jej wpływem na skraju "przepaści wegetarianizmu", jak sam to określił, stanął nawet mój mięsożerny mąż! Siła jej oddziaływania naprawdę jest duża. Ale nie ze względu na emocjonalne podejście autora do tematu, raczej ze względu na obiektywnie przedstawione fakty. Gorąco Wam ją polecam. A jeśli wolicie jednak beletrystykę, koniecznie sięgnijcie po "Futu.re"!

Znacie którąś z książek, o których dziś pisałam? Chciałybyście coś na ich temat powiedzieć? Zachęcam do komentowania. Jak zwykle czekam też na Wasze książkowe rekomendacje, co ciekawego ostatnio czytałyście?

W następnym poście zaproszę Was na podsumowanie lipca,
tymczasem całuję,
Cammie.



środa, 22 lipca 2015

Powrót do łask, czyli kto zrozumie kobietę? | China Glaze Let's groove


Ufff, jak gorąco! Wam też upał daje się we znaki? Powietrze jest tak rozgrzane, że aż drga! Ale skoro mój pracodawca w swej łaskawości wypuścił mnie dziś do domu dwie godziny wcześniej, mogę skryć się w cieniu rolet i owiewana wiatrakiem, z zimną wodą pod ręką, w końcu coś dla Was napisać. 

W zeszłym tygodniu wzięło mnie na lakierowe porządki. Segregując i układając, przypomniałam sobie o kilku lakierach, które z jakichś niezrozumiałych teraz dla mnie względów poupychałam kiedyś w różne zakamarki. Właśnie w takich okolicznościach do łask wrócił śliwkowy fiolet China Glaze Let's groove. Zabijcie mnie, nie pamiętam, dlaczego go schowałam, jest przecież przepiękny! Od razu wylądował na paznokciach, minimalnie ożywiony O.P.I. Pirouette my whistle.




Let's groove pochodzi z jesiennej kolekcji Retro diva sprzed kilku lat. To głęboki, ciemny i nasycony fiolet o błyszczącym wykończeniu, którego nie umiem nazwać (nie jest to krem, nie jest to też foil), z delikatną niebieską i czerwoną poświatą. W wielu opisach tego konkretnego odcienia pojawia się określenie "sexy" i chyba coś w tym jest.




Let's groove bardzo dobrze kryje, bezproblemowo się aplikuje i ślicznie podkreśla jasną karnację. Nie wiem, czym mi niegdyś zawinił, co mi w nim przeszkadzało, ale niniejszym ogłaszam jego wielki powrót do łask! Kto zrozumie kobietę? :DDD

Zdarzyło Wam się zachwycić się lakierem, który wcześniej z jakichś względów nie do końca Wam odpowiadał? Pamiętacie, co to był za odcień? Koniecznie napiszcie. Dajcie też znać, jak podoba Wam się Let's groove. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Niech chłód będzie z Wami,
Cammie.






wtorek, 14 lipca 2015

Lepiej późno niż wcale, czyli zaproszenie na Instagram i pytanie za sto punktów


Dzisiejszy krótki post to tak naprawdę zaproszenie. Ponieważ stało się! Pojawiłam się na Instagramie. Dlaczego tak późno? Sama nie wiem. Ale przecież lepiej późno niż wcale, prawda?




Nareszcie wiem, gdzie się podziewacie, kiedy Was nie ma :DDD Bo odnoszę wrażenie, że na Instagramie przesiadują wszyscy. Teraz w końcu także i ja :))) Jeśli macie ochotę poznać mnie trochę bliżej, gorąco zachęcam Was do śledzenia profilu @notopieknie ---> KLIK. Czekam tam na Was! Koniecznie się odezwijcie, łatwiej będzie mi Was znaleźć. 

Pytanie za sto punktów, macie jakąś teorię wyjaśniającą, dlaczego ten Instagram tak wciąga? :DDD

Buziaki,
Cammie.



niedziela, 12 lipca 2015

Pierwsze spotkanie, czyli Goose Creek Candle | Zniżka dla Was!


Witajcie! Co powiecie na coś pachnącego? Coś budującego atmosferę i umilającego chwile spędzane w domowym zaciszu? Zapraszam na post o świecach i woskach nowej na polskim rynku amerykańskiej marki Goose Creek Candle!




Świece zapachowe i wszelkie inne produkty wypełniające nasze domy zapachami cieszą się obecnie olbrzymią popularnością. Przyznaję, że ja również mam do nich słabość i często po nie sięgam. O Goose Creek Candle usłyszałam dzięki Pachnącej Wannie ---> KLIK, która stale poszerzając swój asortyment, co chwila kusi ciekawymi pachnidłami, od czasu do czasu obdarowując mnie nowościami z oferty. Właśnie w takich okolicznościach kilka miesięcy temu otrzymałam w prezencie świecę Journey at sea oraz woski Cozy home i Driftwood&Sandstar.




Świece Goose Creek Candle to naprawdę duże słoje, zapewniają aż 150 godzin palenia. Dwa knoty gwarantują szybkie rozgrzewanie się i równomierne wypalanie. Przykład Journay at sea pokazał, że aromat świec jest silny, z łatwością wypełniający pomieszczenie. Kompozycja, w której dominujące nuty to bergamotka, mandarynka, gruszka i ananas, z konwalią, lilią wodną, trawą nadmorską i drzewem tulipanowca w tle, okazała się zaskakująco lekka, orzeźwiająca, doskonale pasująca do letniej aury. Nawiązująca do żeglugi nazwa i lazurowy kolor wosku sprawiły co prawda, że spodziewałam się raczej prostego zapachu morskiej bryzy, jednak nie mogę powiedzieć, żebym była rozczarowana. Journey at sea to zapach złożony, pełen owocowej słodyczy, a jednak świeży i rześki. Na pewno też przemyślany, poszczególne nuty dobrze się bowiem uzupełniają, tworząc ciekawą, kompletną całość. 

Dopracowane okazały się też zapachy wosków (sojowych, gdyby ktoś pytał). Miałam okazję poznać dwa, słodki i ciepły Cozy home (najpierw sosna, potem karmel i kokos, na koniec drewno i piżmo) oraz słoneczny i słony Driftwood&Sandstar (z wierzchu drewno wyrzucone na brzeg, jabłko, śliwka i brzoskwinia, w środku jaśmin, eukaliptus, lilia, pod spodem wanilia, drzewo cedrowe, drzewo sandałowe, bursztyn). O ile jednak Cozy Home jak dla mnie ma w sobie coś znajomego, wtórnego, coś, co bez problemu odnaleźć można w ofertach innych marek, tak Driftwood&Sandstar uwiódł mnie od pierwszej chwili, budząc skojarzenia z męskimi perfumami rozgrzanymi słońcem na nagiej skórze. Oszalałam na punkcie tego wosku! Całe szczęście, że w opakowaniu jest aż sześć porcji, mogę sobie tę przyjemność dawkować. Zwłaszcza że zgodnie z zaleceniami każdą kostkę ze względu na moc zapachu dzielę jeszcze na pół.




Pierwsze spotkanie z Goose Creek Candle uważam za bardzo udane. Oferta marki jest tak zachęcająca, że z pewnością będę jeszcze do niej wracać. Jeśli nawet nie do świec, które są stosunkowo drogie (95 zł za słoik), to na pewno do wosków (22 zł za opakowanie). Tym bardziej, że Pachnąca Wanna, wyłączny dystrybutor marki w Polsce, bez przerwy rozpieszcza swoich klientów rozmaitymi promocjami. Dziś mam przyjemność ogłosić kolejną z nich - jeśli macie ochotę na zakupy w Pachnącej Wannie, do 19 lipca kod CAMMIE uprawni Was do 15% zniżki obejmującej cały asortyment sklepu (z wyłączeniem działu "Zapachy niedostępne w regularnej sprzedaży"). Enjoy!




Lubicie poznawać pachnące nowości? Często sięgacie po świece i woski? Znacie Goose Creek Candle, spotkałyście się już z zapachami tej marki? Jakie kompozycje zapachowe najbardziej trafiają w Wasz gust? Słodkie, owocowe, kwiatowe, ziołowe? Orzeźwiające, rozgrzewające? Delikatne czy mocne? Gdybyście miały podać jedną, ulubioną, co by to było? Koniecznie dajcie znać. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Odwiedziłaś mnie już na Instagramie?
Zapraszam! KLIK



czwartek, 9 lipca 2015

Propolia, czyli dary ula | Zniżka dla Was!


Witajcie! Pamiętacie pszczółkowe kosmetyki Bee Pure, o których pisałam Wam w zeszłym roku? --->KLIK Dziś mam przyjemność zaprezentować Wam kolejne pszczele dobra, mianowicie produkty francuskiej marki Propolia :)




Propolia to marka, która wszystkie swoje produkty opiera na działaniu propolisu, czyli kitu pszczelego. Jakiś czas temu pojawiła się w asortymencie Bee Yes ---> KLIK, wyłącznego polskiego importera, który konsekwentnie buduje swoją ofertę wokół darów ula. Po wielkim sukcesie Bee Pure (wiedziałyście, że maska Bee Venom Face Mask została laureatem nagrody Qltowy Kosmetyk 2015?), spodziewać się można, że i Propolia z sukcesem podbije polski rynek. Który produkt moim zdaniem ma na to największą szansę? Preparat zwalczający niedoskonałości z olejkiem z drzewa herbacianego? Krem pod oczy z mleczkiem pszczelim, chabrem, kasztanowcem i kofeiną? Serum odmładzające z kwiatem lilii, mleczkiem pszczelim i kwasem hialorunowym? Tonik z wodą kwiatową, miodem i zieloną herbatą? Mleczko oczyszczające z aloesem, miodem i słodką pomarańczą? Maseczka z kaolinem i miodem? Peeling z aloesem i morelą? Czy może kremy na dzień i na noc z olejem jojoba, awokado i mleczkiem pszczelim? Zaraz zdradzę Wam swoje typy!




Ze strony Bee Yes:

Propolis, czyli kit pszczeli, to mieszanina wydzielin gruczołów pszczelich z żywicami drzew i krzewów. Pszczoły zbierają balsam chroniący młode pączki drzew przed bakteriami, roztoczami, grzybami i owadami i przetwarzają go w kit pszczeli, który używają do wypełniania wszelkich nieszczelności i otworów w ulu. Cienką warstwą propolisu pokrywają jego wewnętrzne ścianki, aby stworzyć barierę chroniącą przed inwazją drobnoustrojów.

Propolis jest bardzo złożoną substancją bogatą w biologiczne czynne związki chemiczne, jak flawonoidy, związki fenolowe, kwasy aromatyczne, estry, substancje lipidowo-woskowe, aldehydy, kumarynę, sterole, enzymy kwasy tłuszczowe, a także białka, mikroelementy i witaminy.

Dzięki działaniu synergistycznemu tych substancji propolis ma zdolność niszczenia bakterii, grzybów chorobotwórczych, wirusów i pierwotniaków. Właściwości farmakologiczne propolisu są bardzo korzystne dla zdrowia.




Z całego tego propolisowego arsenału, jaki wymieniłam wyżej, największe wrażenie zrobiło na mnie serum odmładzające. Najwyraźniej najcelniej trafiło w potrzeby mojej cery, bo pozostałym produktom jakości też nie można przecież odmówić. Serum okazało się na tyle treściwe, żeby odczuwalnie odżywić cerę, a jednocześnie wystarczająco lekkie, żeby jej nie obciążyć. Lubię je także za utrzymywanie poziomu nawilżenia skóry na bardzo komfortowym poziomie, to pewnie zasługa kwasu hialuronowego. Nie wiem, czy faktycznie odmładza (śmiem wątpić :DDD), ale robi wiele dobrego.




Szalenie odpowiada mi też preparat na niedoskonałości, choć ten (odpukać!) nie był mi ostatnio zbyt często potrzebny i tylko dlatego wspominam o nim w drugiej kolejności. Po raz kolejny potwierdziło się, że moja cera wyjątkowo podatna jest na antybakteryjne właściwości olejku herbacianego. Jeśli również lubicie jego działanie, a stan Waszej cery niestety wymaga "wspomagania", w razie kłopotów pamiętajcie o tym preparacie. Stosuje się go miejscowo. Mimo jego płynnej konsystencji, aplikacja jest bardzo wygodna, mechanizm roll-on załatwia sprawę. Można by się oczywiście zastanawiać, czy jest to rozwiązanie higieniczne, ale ostatecznie można przecież nałożyć odrobinę na palec i palcem właśnie posmarować wymagające tego miejsca.

W mechanizm roll-on wyposażony jest też krem pod oczy. Na potrzeby mojej 35-letniej cery krem sam w sobie okazał się za słaby (oczekuję mocniejszego odżywienia, moim faworytem w tej kategorii od kilku miesięcy jest Yves Rocher Riche Creme), ale tę metalową kuleczkę uwielbiam! Jej chłód w połączeniu z działaniem kofeiny fantastycznie pomaga pozbyć się porannych obrzęków. Właśnie dla tego odczucia sięgam po niego od czasu do czasu. Myślę, że to świetna propozycja dla osób z tendencją do opuchnięć.




O kremach na dzień i na noc niestety nie jestem w stanie zbyt wiele Wam powiedzieć. Próbowałam włączyć je do swojej pielęgnacji, jednak niestety bez powodzenia. Najzwyczajniej w świecie nie odpowiadają mojej przetłuszczającej się cerze, są dla niej zbyt treściwe. No ale można się było tego spodziewać po kremach rekomendowanych cerom normalnym i suchym. Absolutnie nie czynię więc im żadnych zarzutów.




Sporo do powiedzenia mam natomiast na temat peelingu i maski. Z tego oczyszczającego duetu zdecydowanie stawiam na maseczkę właśnie. Peeling okazał się dla mnie za słaby. Owszem, drobiny są ostre, ale jak dla mnie jest ich zbyt mało, poza tym nie do końca odpowiada mi też luźna, płynna konsystencja. Osoby o wrażliwych cerach, które mają ochotę na romans z peelingiem mechanicznym, powinny być w tym przypadku zadowolone. 

A maseczka? Ma gęstą, błotną, ale przy tym bardzo, bardzo gładką, kremową wręcz konsystencję, dzięki której łatwo ją nakładać. Zasycha, nie ściągając skóry, pozostawiając ją oczyszczoną i mięciutką. Nie stała się moim ulubieńcem tylko dlatego, że coś przeszkadza mi w jej zapachu. Na pewno ją zużyję, ale nie będą to jednak zabiegi pielęgnacyjne rozpieszczające zmysły. 




Na koniec słówko jeszcze o mleczku do demakijażu i toniku. Powiem szczerze - za mleczkami nie przepadam. W tym przypadku miłości też nie ma. Mleczko oczywiście spełnia wszystkie swoje funkcje, zmywa makijaż i zmiękcza skórę, nie podrażniając przy tym oczu, ale to po prostu nie moja bajka. Nie lubię tej konsystencji i już chyba nigdy się do niej nie przekonam. Miłośniczki demakijażu mleczkiem na pewno będą jednak zadowolone. 




Tonik ma z kolei szansę spodobać się osobom z tendencją do odwodnienia cery i wszelkich podrażnień. Ma ciekawą, bogatą formułę, pozostawiającą na skórze lekko wyczuwalny (ale nie lepki!) film, przynosząc ulgę i ukojenie bardziej wymagającym partiom skóry. Przypomina mi uwielbiany kiedyś przeze mnie tonik Oeparol, który miał podobne działanie. To niby tylko tonizacja, ale jakaś taka podrasowana :))) Znowu pojawia się jednak kwestia zapachu ... Według producenta to aromat zielonej herbaty. Może i tak, mnie w każdym razie ten zapach nieco drażni. Jest to jednak kwestia osobistych preferencji, tonik sam w sobie jest bardzo dobry!




Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła jeszcze uwagi na szatę graficzną i funkcjonalność opakowań. Mamy tu piękne, żywe kolory, ciekawą grafikę (czyż nie urocza jest ta pszczółka?), doskonałej jakości mechanizmy (metalowe kuleczki roll-on i pompki), a także solidne tworzywo (szkło bądź mocny plastik). Brawo!

Zapytacie też pewnie o ceny. Rozbieżność jest spora, najtańszy produkt to kosztujący 55 zł preparat na niedoskonałości, najdroższe jest serum, za które zapłacić trzeba 150 zł. Ale mam dobrą wiadomość! Jeśli zdecydujecie się na zakupy, dzięki kodowi BeePieknie otrzymacie aż 20% zniżki. A co najfajniejsze, rabat obejmuje cały asortyment sklepu, nie tylko produkty marki Propolia, ale też Bee Pure i próbki. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ :))) Kod działać będzie do 31 lipca.


Wiem, że o marce Propolia mogłyście wcześniej nie słyszeć, ale tak jak wspominałam, to stosunkowa nowość na naszym polskim rynku. Jeśli szukacie czegoś o dobrych, organicznych składach, to z pewnością jest coś dla Was. Jak widzicie, oferta jest dość szeroka i odpowiada na potrzeby różnych typów cery. Może warto się zainteresować?

Dałybyście szansę Propoliii i jej pszczółkom? Który kosmetyk z oferty marki wzbudził w Was największe zaciekawienie? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze.

Buziaki,
Cammie.




niedziela, 5 lipca 2015

Kryjąc się przed słońcem, czyli podsumowanie maja i czerwca | Popularne posty, ciekawe linki, rozrywka, zakupy


Witajcie! Jak Wam mija ten upalny weekend? Strasznie jest gorąco. Ale nie narzekam, lato ma swoje prawa, a ja, kryjąc się przed słońcem, przynajmniej znalazłam czas, żeby w końcu nadrobić spowodowane urlopem blogowe zaległości. Zapraszam na podsumowanie maja i czerwca!




Wśród majowych i czerwcowych wpisów największym zainteresowaniem cieszył się ten, w którym ostrzegałam Was przed #KylieJennerChallenge ---> KLIK. Niemal równie chętnie czytałyście też o efektach mojej zimowej kuracji Locacidem ---> KLIK. Z ciekawością zaglądałyście również do mojej wakacyjnej kosmetyczki z kolorówką ---> KLIK. Jeśli jeszcze tych postów nie widziałyście, macie teraz dobrą okazję, żeby to zrobić :)))

Na dobrą sprawę mogłybyście z łatwością przejrzeć w zasadzie wszystkie moje majowe i czerwcowe wpisy, bo było ich niewiele. Miałam co prawda ambitne plany odzywać się do Was w czasie urlopu, ale zbiegiem okoliczności w czasie wyjazdu na dwa tygodnie zostałam odcięta od telefonu i internetu, więc nic z tego nie wyszło. Ale dzięki temu, co wypoczęłam, to moje! Krótką relację  z wyjazdu przygotowałam za to dla Was po powrocie, spójrzcie, jeśli macie ochotę ---> KLIK.




Jeśli macie już dość przeglądania No to pięknie! (żartuję, mam nadzieję, że nigdy Wam się to nie znudzi!), to może zainteresują Was blogi, na które zwróciłam ostatnio uwagę? Gorąco polecam Wam Kocie Uszy ---> KLIK, kopalnię wiedzy dla osób unikających składników zwierzęcych w żywności i kosmetykach. Natomiast wszystkie fanki pysznych szejków zachęcam do odwiedzenia bloga Zielone koktajle ---> KLIK. Ogromny bank inspiracji, same sprawdźcie. Ja jestem od tej strony już chyba uzależniona, otworzyła przede mną cały świat smaków, niektórych połączeń sama w życiu bym nie wymyśliła! Wpadłam też przez nią w nową obsesję, wszędzie wypatruję jakichś oryginalnych słomek do napojów :DDD Chyba niedługo przygotuję na ten temat post z serii Ładne rzeczy, chcecie? :)))

Brak internetu w czasie urlopu oznaczał mnóstwo czasu na czytanie. Obszernego posta na temat moich majowych i czerwcowych lektur znajdziecie TUTAJ, dziś jedynie chciałabym rekomendować Wam raz jeszcze najmocniejsze według mnie pozycje, trylogię "Wayward Pines" Blake'a Croucha i "Jeść przyzwoicie" Karen Duve.




A seriale? Tak jak przypuszczałyście, wciągnął mnie "Grey's Anatomy", oglądam już piąty sezon. To zadziwiające, że przez tyle odcinków trzyma poziom. Lubię przy nim odpoczywać i poświęciłam mu najwięcej czasu, ale nie zaniedbywałam też nowości. Ostatnie tygodnie to powroty do serialowych ulubieńców, najpierw wystartował kolejny sezon "Gry o tron", później "Orange is the new black" i "Suits". Co prawda finał "GoT" już za nami, ale dwa pozostałe seriale dopiero się rozkręcają. Oglądacie? :)))




Co do zakupów, to część zdążyłam już Wam pokazać, opowiadając o swoich wakacjach, miałyście wtedy okazję sprawdzić, co ciekawego kupiłam w budapesztańskim salonie LUSH ---> KLIK. Dziś koniecznie chcę Wam jeszcze wspomnieć o dwóch innych nabytkach, pewnie niebawem będziecie mogły poczytać o nich na No to pięknie! szerzej. Na myśli mam po pierwsze nowość od Inglota, pomadę do brwi, która błyskawicznie zyskała ogromną popularność, a po drugie niedrogi, łatwo dostępny odpowiednik beauty blendera, białe jajeczko do makijażu Elite, które znalazłam w Rossmannie.






Gąbeczki jeszcze nie wypróbowałam, wszystko przede mną, ale pomadę już teraz mogę pochwalić, naprawdę świetny produkt! Więcej innym razem.

Chyba na tym zakończę, po ostatnim dużo za długim poście nie mam sumienia znowu Was męczyć ;))) Przerywam więc w tym miejscu i jak zwykle czekam na Wasze komentarze. Jak minęły Wam ostatnie tygodnie? Gdzie byłyście, co widziałyście, co wypełniało Wam czas? Czym się zachwycałyście, czym chciałybyście się pochwalić, o czym wspomnieć? Nie krępujcie się, zachęcam do zabrania głosu :))) Koniecznie odnieście się też do tego, o czym dziś pisałam, coś szczególnie Was zainteresowało? Piszcie!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 3 lipca 2015

Od razu ostrzegam, czyli książki maja i czerwca | Dłuuuuugi post dla wytrwałych


Coś czuję, że pogonicie mnie z tym postem, tak będzie długi. Od razu ostrzegam! Bo w kilku zdaniach na pewno się nie zmieszczę. Opisać chciałabym Wam bowiem dzisiaj moje majowe i czerwcowe lektury, a trochę się tego nazbierało. Wiem na szczęście, że ta seria ma swoje stałe, oddane czytelniczki i liczę na to, że Wasze zainteresowanie tematem będzie silniejsze od zniechęcenia długim tekstem. Zapraszam! Ale może przygotujcie sobie lepiej jakieś przekąski, coś do picia, co? :DDD

Na początek maj i aż osiem pozycji. Niestety nie wszystkie godne polecenia ... Ale o tych słabszych też wspomnę, ku przestrodze. 




Bernard Werber, trylogia mrówcza

"Imperium mrówek"

Doskonałe połączenie elementów nauki, filozofii i pierwszorzędnej fabuły. Kultowa książka przetłumaczona na 35 języków!

Faktem jest, że cywilizacja mrówek jest niedościgniona, jeśli chodzi o budowę i organizację miast. Nie wszyscy zdajemy sobie jednak sprawę, jak potężne królestwa zdołała przez wieki stworzyć, jak zadziwiające technologie opracować i jaką sztukę wojenną posiąść. Bernard Werber swoją bestsellerową powieścią otwiera przed nami drzwi do alternatywnej rzeczywistości pełnej niezgłębionych do tej pory tajemnic i zagadek. To zaproszenie do świata, po którym co dzień stąpamy, a którego zdajemy się nie dostrzegać. Pozwala spojrzeć na człowieka spojrzeniem nie-człowieczym, z perspektywy stworzeń dużo mniejszych. Bo kim my, ludzie, jesteśmy dla mrówek? Siostrzeniec słynnego entomologa Jonatan Wells dostaje w spadku po wuju kamienicę oraz pisemny zakaz schodzenia do piwnicy. Choć bardzo się cieszy z przeprowadzki, z dnia na dzień coraz bardziej intryguje go zagadkowa prośba zmarłego. Jakie sekrety kryć może zamknięta piwnica? Werber w mistrzowski sposób wplótł w fabułę swojej powieści fascynujące teorie naukowe oraz rozważania filozoficzne na temat ludzkich społeczeństw. Nic dziwnego, że czytelnicy na całym świecie oszaleli na punkcie jego książek.

"Dzień mrówek"

Drugi tom fenomenalnej, bestsellerowej trylogii o mrówkach wciąga nas jeszcze głębiej w świat hipnotyczny i przerażający, świat stłoczonych milionów perwersyjnych, drapieżnych i fascynujących stworzeń. W Fontainebleau dochodzi do serii tajemniczych morderstw: jako pierwsi giną bracia Salta, cenieni chemicy. Komisarz Jacques Méliès ma wyjaśnić zagadki tych śmierci. Młoda dziennikarka Laetitia Wells również włącza się do śledztwa... Fala morderstw przetaczająca się przez Paryż, duet dość osobliwych detektywów, zagadka i miliony małych, sprytnych stworzeń w tle, czyżby tylko w tle?

"Rewolucja mrówek"

Czego mogą nam zazdrościć mrówki? Humoru, miłości, sztuki. Czego mrówkom mogą zazdrościć ludzie? Harmonii z naturą, nieświadomości istnienia uczucia strachu, porozumienia absolutnego? Czy po tysiącleciach niewiedzy dwie najbardziej rozwinięte cywilizacje naszej planety wreszcie spotkają się i porozumieją? 

Zwieńczenie bestsellerowej trylogii o niezwykłych mrówkach. Całość odniosła fenomenalny światowy sukces. Nastolatka, Julie Pinson, znajduje w lesie Fontaineblau tajemniczą walizeczkę. Jej ojciec trafia z kolei na przedziwną piramidę ustawioną na samym środku jednej z leśnych polanek. Co zawiera owa walizeczka? Jaką rolę pełni piramida? Imperium mrówek to książka o spotkaniu, Dzień mrówek – o konfrontacji dwóch światów. Rewolucja mrówek to książka o zrozumieniu problemów ich obu. To fascynująca powieść przygodowo-filozoficzna, zachęcającą nas do wkroczenia w rzeczywistość, która nie jest być może jedynie produktem science-fiction.

Trylogia sama w sobie jest czymś absolutnie niezwykłym, oryginalnym, niepowtarzalnym. Stawia pod znakiem zapytania dominację cywilizacji ludzkiej, przeciwstawiając jej złożoność cywilizacji mrówczej. Pierwszy tom był jak objawienie, pełen zaskakujących ciekawostek o świecie mrówek, wciągał od pierwszych stron. Był trochę jak pomieszanie książki przyrodniczej z fabułą. Drugi, opowiadający o konfrontacji tych dwóch na pozór w żaden sposób nie przystających do siebie kultur, miał w sobie coś z kryminału, również stanowiąc interesującą lekturę. Trzeci natomiast, przesiąknięty filozoficznymi wywodami, osiągnął jak dla mnie taki poziom absurdu, że przebrnęłam przez niego z trudnością. Całość jednak polecam, bo to naprawdę coś wymagającego otwarcia się na przełamanie schematów, coś zupełnie innego niż wszystko, coś intrygującego i dającego do myślenia.


Anna Herbich, "Dziewczyny z Syberii"

Stefanię kryminaliści z łagru przegrali w karty dwa razy – przeżyła dzięki przyjaciółce. Natalia stanęła w obronie bitej kobiety – za karę miała umrzeć w lodowatym karcerze. Alinę deportowano jako jedyną z całej rodziny – trafiła do łagru dla dzieci, miała dziesięć lat. Wszystkie pamiętają to samo: walenie kolbami w drzwi, kilka chwil na spakowanie rzeczy, płacz, wagony bydlęce i trzask ryglowanych drzwi. Kilka tysięcy kilometrów podróży w nieznane. Czekały je niewolnicza praca w sowieckich łagrach, walka o życie swoje i bliskich, głód, choroby i straszliwe syberyjskie mrozy. Doświadczyły niewyobrażalnego cierpienia, jednak nic nie było w stanie ich pokonać. Amnestia była wybawieniem. Część wyruszyła w wędrówkę z armią Andersa. Wiele zaczęło nowe życie w różnych zakątkach świata. Inne zdecydowały się na powrót do ojczyzny. Niektóre bohaterki tej książki nigdy nie opowiedziały bliskim o tym, co przeżyły na Syberii. Anna Herbich w przejmujący sposób pokazuje, jak naprawdę wyglądała walka o przetrwanie na nieludzkiej ziemi. Pozwala nam zobaczyć dramat sowieckiego zesłania oczami kobiet cudem ocalałych z syberyjskiej katorgi.

Tę pozycję zdążyłam Wam już zrecenzować w odrębnym poście, brałam bowiem udział w konkursie Wydawnictwa ZNAK. Nie będę się teraz powtarzać, odeślę Was po prostu do tamtego wpisu ---> KLIK. Konkursu co prawda nie wygrałam, ale co przeczytałam, to moje :))) Zachęcam Was do lektury tej książki, jest naprawdę wartościowa. Bardzo lubię czytać wspomnienia, nie ma to jak relacje z pierwszej ręki.


Marek Krajewski, Jerzy Kawecki, "Umarli mają głos. Prawdziwe historie"

Mistrz kryminału i słynny patolog na tropie rozwikłania zagadek kryminalnych, które wydarzyły się w przeszłości. Opisy wstrząsających zbrodni od czasów Katynia, przez PRL, aż do lat współczesnych. Równie wciągająca książka, jak pozostałe napisane przez Marka Krajewskiego, poszerzona o wiedzę z dziedziny patologii dzięki Jerzemu Kaweckiemu. Książka wzbogacona zdjęciami Jerzego Kaweckiego. Czy tandem rozwikła zagadki?

Ta książka to efekt długoletniej znajomości i współpracy znanego autora kryminałów Marka Krajewskiego i uznanego patologa Jerzego Kaweckiego. Razem pochylili się nad najsłynniejszymi zagadkami kryminalnymi Wrocławia i okolic, z detalami je opisując. Kawecki służył ogromnym zawodowym doświadczeniem, sięgając po najmroczniejsze sprawy w swej karierze, Krajewski ubrał wszystkie te historie w słowa. Nie powiem, historie same w sobie ciekawe, książka jest interesująca, bo to przecież prawda, że życie pisze najlepsze scenariusze, ale czegoś mi w niej jednak zabrakło. Chyba miałam za duże oczekiwania ...


Marzena Dębska, Romuald Dębski, Magdalena Rigamonti, "Bez znieczulenia. Jak powstaje człowiek"

Tajemnice życia płodowego, cud narodzin, pierwsze chwile macierzyństwa, ale też trudne wybory... Małżeństwo lekarzy specjalistów położnictwa i ginekologii opowiada o tym, jak powstaje człowiek. Wywiad rzeka Magdaleny Rigamonti, dziennikarki „Wprost”, z dr n. med. Marzeną Dębską i prof. dr. hab. med. Romualdem Dębskim ze Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Małżeństwo profesorów opowiada o tajemnicach życia płodowego, kobietach i ich nienarodzonych dzieciach, a także o najtrudniejszych wyborach, które pokazują niejednoznaczność ludzkiego życia. Ogromne doświadczenie tych dwojga i poruszające, niekiedy wręcz wstrząsające historie kobiet sprawiają, że książka jest fascynującą lekturą.

„Człowiek. Kiedy jest człowiek? Tych definicji może być bardzo wiele. Ale ta biologiczna, ten moment, kiedy dochodzi do połączenia się dwóch materiałów genetycznych, dwóch gamet i powstaje nowe, jest nie do podważenia”.

„Rodzenie naprawdę boli. Jestem w stanie przychylić się do tezy, że poród naturalny ma dużo wspólnego z nabijaniem na pal Azji Tuchajbejowicza. Są kobiety, które warunkują fakt zachodzenia w ciążę od tego, że nie będą musiały rodzić drogami natury. I ja je rozumiem. Mówię: jeżeli pani uważa, że psychicznie nie dojrzała do tego, by podjąć próbę porodu drogami natury, boi się pani tego porodu i chce mieć pani zrobione cięcie, to proszę bardzo. Ma pani prawo decydować o sobie”.

Temat arcyciekawy. Tajemnica poczęcia, przebiegu ciąży i narodzin, kogo by to nie zainteresowało? Zwłaszcza że rąbka tej tajemnicy uchylają znakomici specjaliści, wybitni lekarze, często przełamując tabu, opowiadając o moralnych dylematach, powikłaniach i śmierci na progu życia. Na poziomie poznawczym czytało mi się tę książkę znakomicie. Nie mogę jednak przejść obojętnie obok pewnej drażniącej mnie maniery rozmówców Magdaleny Rigamonti, sprawiającej, że odbierałam ich jako parę mocno kreującą się na spijające sobie z dzióbków chodzące ideały, perfekcyjne i w życiu zawodowym, i w życiu prywatnym. Efekt słodko-mdlący, nic na to nie poradzę.


Piotr Lipiński, Michał Matys, "Absurdy PRL-u"

Podobno aresztowano Trubadurów. Przed mięsnym śpiewali: „Znamy się tylko z widzenia”.

Trudno sobie dziś wyobrazić, jak funkcjonował PRL – to najbardziej tajemniczy czas w powojennej historii polskiego społeczeństwa i państwa. Czas, kiedy wszędzie ustawiały się kolejki, bez względu na to „za czym kolejka ta stoi” – jak śpiewała Krystyna Prońko. Absurdalne było wszystko – zaopatrzenie w sklepach, mechanizmy biurokracji, relacje obywatela z władzą. Zagadki z tamtych lat do dziś fascynują. Piotr Lipiński i Michał Matys rozwiązują najbardziej niedorzeczne z nich. Dlaczego w PRL-u brakowało papieru toaletowego i cukru? Kto zjadł mięso? Kto pokazał pupę premierowi Jaroszewiczowi? Jak dolar stał się w Polsce drugą walutą? Co działo się z nastolatkami, którzy nagle znikali z ulic? Kto dokonał napadu stulecia? W jaki sposób na warzywach można było zbić fortunę? I największa zagadka: jak to się stało, że PRL w ogóle był w stanie istnieć?

Księgarnia Publio w czasie majowych Warszawskich Targów Książki codziennie udostępniała do pobrania za darmo dwa wybrane ebooki i właśnie dzięki tej akcji (swoją drogą, fantastycznej!) "Absurdy PRL-u" trafiły na moją czytelniczą listę. Spodziewałam się książki lekkiej, anegdotycznej, prześmiewczej, tymczasem okazało się, że to pozycja całkiem poważna, choć zgodnie z tytułem faktycznie traktująca o rozmaitych absurdach swoich czasów. Sporo ciekawostek, odpowiedzi na wiele nurtujących pytań, dociekliwe podejście do tematu, krótko mówiąc, warto przeczytać.


Jonathan Gray, "Ludzie w kłopotliwych miejscach"

"Ludzie w kłopotliwych miejscach" to książka napisana przez znanego archeologa i badacza starożytnych misteriów - Jonathana Graya w sposób rzeczowy i konkretny. Autor za wszelką cenę dąży do prawdy, ponieważ żyjemy w cywilizowanym i bardzo postępującym kraju, a mimo to próbuje się nas karmić jakimiś wyssanymi z palców teoriami, które już dawno straciły swoją wiarygodność, zresztą zebrane fakty i dane mówią same za siebie. Jonathan Gray opisuje bardzo szczegółowo swoje badania, nie tylko z dziedziny archeologii czy geologii, ale także biologii,religioznawstwa i historii. Sensacją jest np. skamieniałość znaleziona przez amatora archeologii, na której odciśnięta jest stopa ludzka w bucie, na którego podeszwie widnieje rozdeptany trylobit! Skała ta datowana jest oczywiście na setki milionów lat. Najprawdziwszej prawdy nigdy nie poznamy, ale warto rozpatrywać wszystkie poglądy pod najróżniejszym kątem. Wszystkie odkrycia dotyczące znalezienia ludzkich szczątków w najbardziej "niewygodnych dla nauki" miejscach są trzymane w tajemnicy. Jednakże wszystkie te znaleziska są także dobrze udokumentowane, choć większości zwykłych ludzi nie jest łatwym do nich dotrzeć. Przedstawione znaleziska skłaniają do burzliwej dyskusji nad tym, czy teoria ewolucji zapoczątkowana przez Darwina rzeczywiście jest prawdziwa? Zebrany materiał badawczy w dużej mierze kwestionuje darwinowskie założenie. W wielu przypadkach demaskuje działania niektórych naukowców, usiłujących do dnia dzisiejszego zatrzeć ślady nie pasujące do powszechnie uznawanej hipotezy o początkach ludzkości. W ostatnich dziesięcioleciach zaczęto traktować naukę czysto instrumentalnie jako narzędzie ewolucyjnej propagandy.

Kolejna pozycja pozyskana dzięki akcji Publio. Dawali, więc wzięłam, ale w tym przypadku czytanie naprawdę mogłam sobie darować. Już pomijam sam przedmiot książki, czyli próbę udowodnienia słuszności tezy kreacjonizmu i kompletnego zdyskredytowania teorii ewolucji, na ten temat mogę sobie myśleć, co chcę. Chodzi mi raczej o wydźwięk, agresywny styl. Wykrzykniki, podkreślenia i obrażające przeciwników sformułowania typu "całkowita brednia", "banda manipulantów i oszustów", "pan doktorek" czy "cały ten teatrzyk" aż się z tej książki wylewają, co skutecznie zniechęca mnie do jej autora i jego teorii, jakakolwiek by nie była. Nie polecam, zamiast rzetelnego przedstawienia argumentów mamy w tym przypadku rynsztok.


W tym miejscu płynnie przechodzimy do czerwca. Miałam urlop, a tym samym mnóstwo czasu na czytanie!




Blake Crouch, trylogia "Wayward Pines" ("Szum", "Bunt", "Krzyk")

Jest tylko jedna rzecz straszniejsza niż obłęd: świadomość, że jesteś przy zdrowych zmysłach… Agent specjalny Ethan Burke przybywa do Wayward Pines w stanie Idaho w poszukiwaniu dwóch zaginionych funkcjonariuszy. Tuż po tym, jak przekracza granice miasta, rozpędzona ciężarówka taranuje jego auto. Burke traci pamięć. Nie wie, kim jest i gdzie się znajduje. Szybko jednak zauważa, że w miasteczku dzieją się dziwne rzeczy, a kontakt ze światem zewnętrznym jest niemożliwy. Mieszkańcom mówi się, kogo mają poślubić, gdzie zamieszkać i gdzie pracować, i wpaja im, że założyciel Wayward Pines jest bogiem. Nikomu nie wolno wyjechać, a zadawanie pytań kończy się tragicznie. Miasteczko otacza wysokie ogrodzenie pod napięciem. Chroni przed tajemniczym zagrożeniem, które może roznieść wszystko w pył. Strach sprawia, że wszyscy mieszkańcy znajdują się pod kontrolą szaleńca i jego wyznawców... Ethan ma nowy cel: przetrwać.

Na podstawie trylogii „Wayward Pines” powstał dziesięcioodcinkowy serial telewizji FOX. W postać Ethana Burke’a wcielił się Matt Dillon – nominowany do Oscara za rolę w „Mieście gniewu”. Reżyserem filmu jest M. Night Shyamalan, twórca takich kinowych hitów jak „Szósty zmysł” czy „Osada”.

Genialna trylogia! Wciągająca od pierwszych stron, nie pozwalająca oderwać się od lektury. Zaciekawiłam się nią przypadkowo, parę tygodni temu głośno zrobiło się o serialu nakręconym na jej podstawie, porównywanym do kultowego "Miasteczka Twin Peaks". Nie żałuję, to jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio czytałam. Niesamowity pomysł na fabułę (szczegółów Wam nie zdradzę, nie chcę odbierać Wam przyjemności odkrywania kart na własną rękę, dość wspomnieć, że nic nie jest tym, czym wydaje się być), wartka akcja (całość rozgrywa się w zaledwie trzy tygodnie!) i świetnie nakreślony tajemniczy świat Wayward Pines, to wszystko gwarantuje pierwszej klasy rozrywkę. Polecam!


Rick Yancey, "Piąta fala", "Piąta fala. Bezkresne morze"

Rick Yancey w książce pt. „Piąta fala” przedstawia historię ludzi, którzy przetrwali inwazję obcych na Ziemię. Jeśli kiedykolwiek odwiedzą nas kosmici, skutki tego mogą być podobne do skutków odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Wydarzenie to jak wiadomo było straszne w skutkach dla rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Stephen Hawking odpowiadając na pytanie czy ludzkość jest w stanie stawić czoła inwazji obcej cywilizacji, tysiąckrotnie bardziej zaawansowanej niż nasza, odpowiedział stanowczo... Nie. Wystarczyłyby cztery fale kosmicznej inwazji, by z siedmiu miliardów ludzi ocalała zaledwie garstka. Rozrzuceni w różnych miejscach okupowanej planety walczylibyśmy o przetrwanie. Od wymarłych miasteczek, przez płonące metropolie, po obozy dla uchodźców i tajne bazy wojskowe. Każdy z bohaterów powieści Yanceya żyje właśnie w takich warunkach i stara się przetrwać i zrozumieć, co się stało i kim są kosmici, którzy postanowili wymordować całą ludzkość.

Kolejna bardzo dobra trylogia, której trzeci tom ukazać ma się niestety dopiero w przyszłym roku. To niby literatura młodzieżowa, ale nie przeczytać jej z powodu takiej klasyfikacji byłoby błędem. Jeśli podobały Wam się "Igrzyska śmierci", "Piąta fala" też przypadnie Wam do gustu, z ciekawością zanurzycie się w historię głównej bohaterki walczącej o życie w świecie podbitym przez kosmitów. Dziewczyna przetrwała już cztery fale inwazji, które zdziesiątkowały ludzkość, czy uda się jej przetrwać też tytułową piątą falę? Sprawdźcie! Nastawcie się na emocje.


William R. Forstchen, "Sekundę za późno"

William R. Forstchen, autor książek trafiających na listę bestsellerów „New York Timesa”, opisuje historię, która jest przerażająco prawdopodobna. Jej bohater John Matherson walczy o życie swojej rodziny oraz ocalenie przed zagładą małego miasteczka w Karolinie Północnej, po tym jak Ameryka przegrywa wojnę, która pogrąża kraj w mrokach nowego średniowiecza. Stany Zjednoczone zostają zaatakowane straszliwą bronią wykorzystującą efekt impulsu elektromagnetycznego (EMP). Broń ta może już teraz znajdować się w rękach naszych wrogów... Książka wzbudziła ogromne zainteresowanie jeszcze przed jej opublikowaniem. Dyskutowano o niej w Kongresie Stanów Zjednoczonych, rekomendując jako lekturę obowiązkową, z którą powinien się zapoznać każdy Amerykanin. Równie wysoko ocenił ją Pentagon, zwracając uwagę na fakt, że powieść Forstchena jest wyjątkowo realistycznym spojrzeniem na broń masowej zagłady o przerażającej sile rażenia – fala uderzeniowa może przetoczyć się przez teren całych Stanów Zjednoczonych dosłownie w sekundę, ściągając na kraj niewyobrażalną katastrofę. Jest to broń, przed którą przestrzegał „Wall Street Journal”, pisząc, że może ona spowodować zagładę USA. Kontynuując tradycję tytułów takich jak Ostatni brzeg (Nevil Shute), Fail Safe (Eugene Burdick) oraz Testament (Carol Amen), autor osadza akcję w typowym amerykańskim miasteczku i przestrzega przed tym, co może nas czekać w przyszłości... i być końcem naszego świata.

Nad literacką wartością tej książki można by się zastanawiać, ale na pewno nie można powiedzieć, że jest to pozycja, która nie daje do myślenia. Wizja świata w jednej sekundzie pozbawionego elektryczności jest przerażająca. Współcześni ludzie absolutnie nie są do tego gotowi. W dzisiejszych czasach brak elektryczności oznacza brak wody, żywności, leków i wszystkich innych dóbr, które traktujemy jako rzeczy oczywiste, ogólnie dostępne. Oznacza też upadek wielu norm, wzrost przestępczości i żniwa śmierci. Przetrwają najsilniejsi. 




Lissa Price, "Starter"

Callie straciła swoich rodziców, kiedy wojna bakteriologiczna zmiotła z powierzchni ziemi wszystkich w wieku między 20 a 60 lat. Ona i jej młodszy brat, Tyler, uciekają, żyjąc jako osadnicy razem z ich przyjacielem Michaelem i walczą ze regenatami, którzy byliby w stanie zabić ich choćby dla ciastka. Jedyną nadzieją Callie jest „Prime Destinations”, niepokojące miejsce w Beverly Hills, rządzone przez tajemniczą postać znaną jako Old Man. Ukrywa on nastolatków, aby wypożyczyć ich ciała Enders’om – seniorom, którzy chcą być znowu młodzi. Callie wie, że pieniądze utrzymają ją, Tylera i Michaela żywych, więc zgadza się być dawcą. Ale neurochip, który został umieszczony w jej głowie ma awarię i Callie budzi się w życiu Helen – kobiety, która wypożyczyła jej ciało. Mieszka w jej domu, jeździ jej samochodami i umawia się z wnukiem senatora. Wszystko wygląda jak w bajce, dopóki Callie nie odkrywa, że Helen zamierza robić coś więcej, niż tylko imprezowanie – a plany Prime Destinations są dużo gorsze niż Callie mogła sobie kiedykolwiek wyobrazić…

Kolejna książka z nurtu młodzieżowego o ogromnym potencjale, który moim zdaniem nie został wykorzystany. Fabuła została niesamowicie spłycona, choć sam pomysł jest bardzo ciekawy - w świecie wyniszczonym wojną epidemiologiczną przetrwali tylko najstarsi i najmłodsi. Seniorzy cieszą się wszelkimi przywilejami, osieroceni starterzy nie mają żadnych perspektyw i muszą walczyć o przetrwanie. Chyba że ... wynajmą swoje młode ciało starzejącemu się, często zniedołężniałemu seniorowi. Tylko dokąd to prowadzi? Przeczytać możecie, ale nie wiadomo jakiego poziomu się nie spodziewajcie.


Aleksandra Boćkowska, "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL"

Z jednej strony byli projektanci, którzy chcieli ubierać Polaków jak paryżan. Z drugiej było państwo, które chciało ubierać Polaków zupełnie inaczej. A gdzieś pomiędzy ci Polacy, którzy musieli się jakoś ubrać. Po latach opowiadają o rozkloszowanych spódnicach z siatek na muchy, kurtkach z demobilu zdobywanych „na ciuchach”, białych botkach kupowanych u szewca, ortalionach, nonironach, dżinsach, tetrach i kożuchach, jakby mieli je właśnie na sobie. Opisują kształt guzików przy mankietach, krój kołnierza, deseń podszewki, każdy szczegół. Bo aby te ubrania zdobyć, przemierzyli dziesiątki kilometrów, wystali długie godziny w kolejkach, wyczekiwali w nieskończoność u krawcowych. Ale to nie jest sentymentalna opowieść o minionych czasach. To raczej próba zrozumienia, dlaczego w PRL moda miała tak wielkie znaczenie: dla państwa, które traktowało ją propagandowo, i dla ludzi, którzy po wojnie chcieli za pomocą ubrań zachować coś z lepszej przeszłości albo wyróżnić się z szarego tłumu. A co z tym wszystkim mają wspólnego wielbłądy? Bardzo dużo, bo wszyscy się o nie kłócą.

Książka, o której ostatnio bardzo głośno, kupiłam ją właśnie na fali tej popularności. Nie wiem, czy jest to popularność zasłużona, bo po lekturze czułam lekkie rozczarowanie (na zasadzie "o co AŻ TYLE hałasu?"), mimo to uważam, że "Wielbłądy" to pozycja ważna, wypełniająca jakąś lukę. Widać ogrom pracy, jaki autorka musiała w nią włożyć. Takich rzeczy nie pisze się "z głowy", tu trzeba mnóstwa rozmów, wertowania źródeł. W efekcie czytelnik dostaje książkę pełną wspomnień i anegdot, historii o tym, że czasami ubrania nie są po prostu ubraniami. Lektura obowiązkowa dla wszystkich interesujących się modą!


Sarah Waters, "Za ścianą"

Sarah Waters powraca do motywów, za które ją pokochaliśmy: jest tu miłość – namiętność gwałtowna i czasami niszcząca, jest zwrot akcji i tajemnica. „Za ścianą” to opowieść, która trzyma w napięciu aż do ostatniej strony.

Londyn, 1922 rok. Świat jeszcze się nie otrząsnął z wojennej zawieruchy, a już zbierają się nad nim kolejne ciemne chmury. Ludzie stracili złudzenia i domagają się zmian. Tymczasem na południu miasta, w eleganckiej dzielnicy Champion Hill, w domu, gdzie wspomnienia wojny są wciąż żywe, życie z dnia na dzień ma się zmienić nie do poznania. Owdowiała pani Wray i jej dwudziestosześcioletnia córka Frances – niezamężna, o intrygującej przeszłości i widokach na staropanieństwo – są zmuszone przyjąć lokatorów. Przybycie Lilian i Leonarda Barberów, młodego, nowoczesnego małżeństwa z „klasy urzędniczej”, wnosi niespodziewany chaos w ich szarą rzeczywistość: hałaśliwą gramofonową muzykę, atmosferę nieustannej zabawy i koloryt. Zaintrygowana Frances zagląda do ich życia przez uchylone drzwi i nasłuchuje odgłosów zza ściany. Kiedy nieoczekiwanie zaprzyjaźnia się z Lilian, ich lojalność wobec bliskich staje pod znakiem zapytania. Rodzi się wiele pytań, jedna strona wraca do przeszłości, druga otwiera zupełnie nowy rozdział. I nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaki to wszystko znajdzie finał.

Piękna, klimatyczna książka. Refleksyjna, a jednak nie pozbawiona akcji. O czym? O uwalnianiu się z okowów konwenansów. O podwójnym życiu. O pozorach. O emocjach, które doprowadzają do tragedii. O wewnętrznej walce. O trudnej, zakazanej miłości. Żeby Was zachęcić, zdradzę tylko, że chodzi o miłość między kobietami.


Janina David, "Skrawek nieba"

Kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, pochodząca z zamożnej rodziny żydowskiej autorka miała dziewięć lat i mieszkała w Kaliszu. Uciekając z rodzinnego miasta, znalazła się z rodzicami w Warszawie. Przeżyła bombardowania, głód, powstanie w getcie, skąd przemycona ukrywała się u zaprzyjaźnionej rodziny, a potem w klasztorze i sierocińcu. Jej wydane w wielu krajach niezwykłe wspomnienia z czasów wojny i wczesnych lat powojennych, pisane z perspektywy dziecka, z uwagi na ich wartości literackie i realia historyczne recenzenci postawili obok dziennika Anny Frank. Na podstawie książki powstał ośmiogodzinny serial telewizji niemieckiej ARD, a także adaptacje teatralne.

Holocaust oczami dziecka. Bardzo poruszające, wzruszające wspomnienia kobiety, która jako mała dziewczynka przeszła piekło. Nie wiem, czy sięgacie po tego typu książki, ale jeśli tak, to koniecznie sięgnijcie i po tę. Jest w niej jakiś zaskakujący spokój, jakaś dojrzałość, jakiś nieokreślony powód, dla którego po prostu chce się poznać losy tego dziecka.


Suki Kim, "Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit"

Codzienność ludzi mieszkających w kraju, w którym ziścił się najgorszy Orwellowski koszmar. Gdy będziesz wychodziła na zajęcia, załóż marynarkę i spódniczkę. Dżinsy są zabronione! Unikaj biżuterii. Nie wolno ci posiadać zagranicznych magazynów ani książek, chyba że wcześniej zostały zaakceptowane. Uważaj na to, co mówisz. Jeśli ktoś zapyta cię o polityczną sprawę, odpowiedz tylko: „Nie wiem” i zakończ szybko rozmowę. Nie porównuj otaczającej rzeczywistości do tej z twojego rodzinnego kraju – może to zostać uznane za krytykę. Podczas wyjazdów zabronione jest rozmawianie i wspólne jedzenie posiłków z miejscowymi. Mieszkanie w Pjonjgangu jest jak życie w akwarium. Cokolwiek powiesz i cokolwiek zrobisz, zostanie usłyszane i dostrzeżone. Takie wskazówki otrzymała Suki Kim przed swoim wyjazdem do stolicy Korei Północnej, gdzie uczyła angielskiego dzieci wysoko postawionych dygnitarzy partyjnych. Żyjąc w absurdalnym i przerażającym świecie komunistycznego terroru miała okazję poznać mentalność młodych Koreańczyków i ich sposób rozumienia świata, wykrzywiony przez propagandę państwową. Przekonała się, jak wygląda codzienność ludzi mieszkających w kraju, w którym ziścił się najgorszy Orwellowski koszmar.

Moje największe czerwcowe rozczarowanie. Nudy! A przecież Korea Północna z naszej zachodniej perspektywy nudna nie jest. Za mało Korei, za mało faktów, za dużo autorki, jej rozmyślań, jej odczuć, jej wrażeń, jej obaw, jej prywatnego życia. Czytało mi się to opornie ... Wydawcy wyszli chyba z założenia, że wszystko co dotyczy zamkniętej na świat Korei Północnej sprzeda się jak świeże bułeczki, że czytelnicy pchani ciekawością pochłoną bezkrytycznie wszystko na temat tego kraju. Błąd. Nie polecam, według mnie to bardzo słaba pozycja.


Karen Duve, "Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment"

W grudniu 2009 roku Karen Duve pod wpływem impulsu oraz dydaktycznych pogadanek nowej współlokatorki podjęła przedwczesne postanowienie noworoczne. Zdecydowała się przeprowadzić na sobie wyjątkowy eksperyment dietetyczno-etyczny. Przez dziesięć miesięcy miała zamiar sprawdzić, jak na organizm, środowisko i gospodarkę wpływają radykalne zmiany żywieniowe. Czy to prawda, że mięso truje? Może człowiek nie powinien pić mleka? Czemu kurczak w supermarkecie kosztuje jedno euro, a warzywa są jak z obrazka? Na pierwszy ogień idzie dieta ekologiczna, potem wegetariańska, wegańska, a w końcu frutariańska. Karen Duve musi nauczyć się uważnie czytać etykiety, bierze udział w akcji uwalniania kur z przemysłowej fermy i czyta tony specjalistycznej literatury. Ktoś mógłby pomyśleć, że w ten sposób łatwo popaść w neoficki zapał i szybko zmienić się w „zielonego fanatyka”, ale Duve opisuje swoją przygodę z humorem i dystansem. Jeść przyzwoicie to książka o ideologii, która kryje się za jedzeniem, ale przede wszystkim o tym, że warto się zmieniać, dbać o środowisko i myśleć krytycznie.

Na koniec jedna z ważniejszych dla mnie lektur ostatnich miesięcy. Pewnie już o tej książce słyszałyście, jest dość głośna. Jest to relacja z eksperymentu, któremu poddała się autorka, pochylając się nad problemem etyki jedzenia i przechodząc kolejno na dietę opartą na biożywności, dietę wegetariańską, wegańską, a na koniec wymagającą najwięcej wyrzeczeń dietę frutariańską. Oczywiście nie chodziło w tym wszystkim tylko o określenie wad i zalet poszczególnych systemów żywienia, raczej o towarzyszące kolejnym etapom eksperymentu pogłębianie wiedzy - odnośnie jakości jedzenia, jakie nas otacza, zamiatanych pod dywan faktów na temat charakteru współczesnego przemysłu spożywczego i jego wpływu na dewastację środowiska naturalnego, czy traktowania zwierząt hodowlanych. Książka otwiera oczy na wiele spraw, którymi zwykle nie zaprzątamy sobie głowy, dzień po dniu dokonując setek wyborów kierujących naszymi spożywczymi zakupami. Polecam ją każdemu, kto chce tych wyborów dokonywać bardziej świadomie. Tak samo zresztą, jak i "Jedzenie zwierząt" Jonathana Safrana Foera, o której to opowiem Wam za miesiąc.


Jesteście tu jeszcze? Ostrzegałam, że będzie ciężko :))) Mam nadzieję, że mimo wystawienia Waszej wytrwałości na próbę, zdołałam Was niektórymi lekturami z mojej majowo-czerwcowej listy zaciekawić. Coś szczególnie wpadło Wam w oko? Koniecznie napiszcie. Ja w każdym razie jeszcze raz polecam Wam serdecznie trylogię "Wayward Pines", liczę też na Wasze zainteresowanie książką "Jeść przyzwoicie". A może już znacie te pozycje? Dajcie znać, ciekawa jestem, czy na Was też zrobiły wrażenie. 

A Wy? Co ciekawego ostatnio czytałyście?

Buziaki,
Cammie.



środa, 1 lipca 2015

Nowa formuła Lush Mask of Magnaminty, czyli odkrycie czerwca


W czerwcu miałam okazję spędzić parę dni w Budapeszcie, gdzie zakupowe ścieżki doprowadziły mnie do salonu Lush. Zakupy zrobiłam spore (mogłyście zobaczyć je TUTAJ) i pewnie prędzej czy później o poszczególnych produktach, na które się zdecydowałam, jeszcze Wam napiszę, ale jeden z nich swoje pięć minut będzie miał już dziś. Moje czerwcowe odkrycie, głęboko oczyszczająca maseczka do twarzy i ciała Mask of Magnaminty w nowej, odmienionej formule!




Kosmetyki Lush bardzo lubię i kupuję je, kiedy tylko mam możliwość. Mimo ograniczonej w Polsce dostępności tej marki (doczekamy się w końcu salonu, czy nie???), zdążyłam poznać już całkiem sporą część jej asortymentu. Mask of Magnaminty też dobrze znam, wracam do niej w zasadzie przy każdych zakupach. Dała się poznać jako wyjątkowo skuteczna, mocno oczyszczająca, ściągająca pory i łagodząca wszelkie zmiany skórne maseczka do problematycznej cery. Bardzo odpowiada mi jej działanie, nic więc dziwnego, że korzystając z okazji, kolejny raz chciałam do niej wrócić. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jakiś czas temu przeszła reformulację! Gwoli ścisłości, w sprzedaży dostępne są dwie wersje, stara i nowa, odmieniona. Z ciekawości zdecydowałam się na nowość.




Mask of Magnaminty, jaką pamiętałam, była bardzo, bardzo miętowa i mimo konsystencji pasty dość niejednorodna, grudkowata. Nowa formuła (określona jako "self-preserving", czyli "samokonserwująca się"), sprawiła, że maska zyskała na gładkości, dużo łatwiej ją rozprowadzić. Z tego, co zauważyłam, skład pozostał ten sam, zmieniły się jedynie proporcje poszczególnych składników. W nowej wersji jest dużo więcej miodu i jak się domyślam, to chyba on odpowiada za zmianę konsystencji. Na pewno odpowiada natomiast za zmianę zapachu, który ze świdrująco miętowego przeobraził się w coś zdecydowanie słodszego i delikatniejszego. Niżej zdjęcie etykiety z nowym składem.




Dla porządku wklejam też stary skład, możecie sobie porównać.

List of ingredients: Bentonite Gel, Kaolin, Honey, Talc, Organic Ground Aduki Beans, Glycerine, Evening Primrose Seeds, Peppermint Oil, African Marigold Oil, Fair Trade Vanilla Aboslute, Limonene, Perfume, Chlorophyllin, Methylparaben.


Jeśli starą wersję po prostu lubiłam, nową wprost uwielbiam. Niesamowitemu działaniu (pięknie oczyszczona, ukojona cera) towarzyszy teraz także komfort stosowania (gładsza i bardziej zwarta konsystencja, zasychająca na twarzy bez ściągania skóry) i niezwykle przyjemny zapach (słodki, ale z wyraźną orzeźwiającą nutą). Jeśli tylko macie możliwość zajrzeć do salonu Lush, koniecznie się tej masce przyjrzyjcie! Warto. Ja z pewnością będę do niej wracać, choć pojęcia nie mam, kiedy znowu nadarzy się okazja do zakupów. Pewnie nieprędko. A zapasów nie ma co robić, bo maski Lush to produkty świeże, bez chemicznych konserwantów, z bardzo krótkim terminem zdatności do użycia. Przydałby się choć jeden salon w którymś z polskich miast, oj, przydałby się ...


Znacie Mask of Magnaminty? Starą, czy nową wersję? Jak w Waszych oczach wypada porównanie? Dajcie znać. Zdradźcie też, które z produktów Lush darzycie największą sympatią. A może nie miałyście jeszcze okazji zetknąć się z produktami tej marki? Podzielacie moje zniecierpliwienie w oczekiwaniu na jej wkroczenie do Polski? Zachęcam do wypowiedzi. Nie zapomnijcie też wspomnieć o własnych czerwcowych kosmetycznych odkryciach, umieram z ciekawości! Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze.

Buziaki,
Cammie.




wtorek, 30 czerwca 2015

Clarena Hyaluron 3D Elixir, czyli remedium na bolączki przesuszonej cery


Która z Was choć raz nie miała problemu z przesuszeniem cery? Naprawdę dużo nie trzeba, żeby skóra traciła nawilżenie, tak wiele czynników ma negatywny wpływ na jej stan, chociażby słońce, mróz, ogrzewanie, klimatyzacja, skutki uboczne rozmaitych kuracji dermatologicznych, niewłaściwie dobrana pielęgnacja. Długo można by wymieniać. Pytanie, jak temu zaradzić? Jak podnieść komfort cery, porządnie ją nawilżając? Moja odpowiedź - Clarena Hyaluron 3D Elixir! Na ten moment jeden z lepszych preparatów nawilżających, z jakimi miałam do czynienia.




To moja pierwsza styczność z tą marką i muszę przyznać, że bardzo, bardzo zachęcająca do dalszej eksploracji jej asortymentu. Tych kilka miesięcy, na które Hyaluron 3D Elixir włączyłam do swojej pielęgnacji (pamiętacie? po raz pierwszy wspominałam Wam o nim TUTAJ), wyraźnie pokazało, że to kosmetyk po prostu skuteczny. Sprawdził się zarówno na co dzień, jak i w sytuacjach ekstremalnych, nie tylko przynosząc skórze ulgę w najtrudniejszych momentach mojej zimowej kuracji retinoidami, ale ratując ją też sprzed spustoszeniem, jakim groził mój niedawny urlop spędzony pod chorwackim słońcem.




Jak pewnie kojarzycie, Clarena to marka profesjonalna. Swoją ofertę kieruje głównie do salonów kosmetycznych, nie zapominając przy tym jednak o produktach do stosowania w domowym zaciszu. Jednym z nich jest właśnie Hyaluron 3D Elixir, swoje działanie opierający na cząsteczkach kwasu hialuronowego o różnej wielkości. Rzućcie okiem na opis producenta.

Ultranawilżający eliksir z 3 rodzajami kwasu hialuronowego, zaawansowana technologicznie formuła nawilżająca z efektem 3D! Ekstremalnie nawilżający eliksir przeznaczony do intensywnej kuracji skóry suchej, przesuszonej, łuszczącej się, dojrzałej. Tajemnicą skuteczności preparatu jest połączenie siły działania cząsteczek kwasu hialuronowego o różnej wielkości i zdolnościach penetracyjnych. HYACARE® FILLER CL to usieciowany kwas hialuronowy – doskonały wypełniacz zmarszczek i bruzd o niezwykłych zdolnościach do wiązania wody. EPIDERMIST 4.0 stymuluje różnicowanie komórek skóry przyspieszając odnowę biologiczną, a w połączeniu z PENTAVITIN® działa niczym „magnes wilgoci” gwarantując maksymalne możliwe i długotrwałe nawilżenie. Całość dopełnia CRISTALHYAL, który tworzy na powierzchni skóry „film”, zapobiegając ucieczce wody przez pory skórne oraz chroniąc skórę przed podrażnieniami wywołanymi czynnikami środowiskowymi. Efektem stosowania jest maksymalne i długotrwałe nawilżenie, napięcie oraz wygładzenie skóry.

HYACARE® FILLER CL - usieciowany kwas hialuronowy, który zaaplikowany na powierzchnię skóry stanowi idealny wypełniacz zmarszczek, lokuje się wzdłuż ich przebiegu po czym niczym „magnez wilgoci” przyciąga wodę z głębszych warstw dermy i „wypycha” skórę ku górze. 

EPIDERMIST 4.0 - morski egzopolisacharyd odpowiedzialny za tzw. hydro-pamięć. Hydro pamięć inicjuje mechanizm pompowania wody z rezerwuarów leżących w głębi skóry. 

CRISTALHYAL - wysokocząsteczkowy kwas hialuronowy, który ze względu na swój rozmiar nie penetruje w głąb skóry, ale przylega do niej tworząc jednolity film, który ogranicza odparowywanie wody z powierzchni naskórka.




Eliksir jest niezawodny, błyskawicznie podnosi komfort skóry, odczuwalnie ją nawilżając i mocno wygładzając. Dzięki niezwykle lekkiej, nietłustej, żelowej formule, wchłania się bez śladu. Producent co prawda zaleca stosowanie preparatu na noc, ale ja w upalne dni uwielbiam nakładać go także rano. Schłodzony w lodówce i nałożony na twarz zwilżoną wodą termalną po prostu czyni cuda, w mgnieniu oka likwidując obrzęki, wyrównując fakturę skóry, a dzięki świeżemu, kojarzącemu się z morską bryzą zapachowi, przynosząc dodatkowe orzeźwienie.




Tak, Hyaluron 3D Elixir jest eliksirem nie tylko z nazwy, naprawdę stanowiąc remedium na bolączki przesuszonej cery. Nie tylko przynosi jej ulgę, ale też porządnie pielęgnuje, stopniowo poprawiając jej kondycję. Gorąco Wam ten preparat polecam. Sama rozważam zakup kolejnego opakowania, zwłaszcza że cena nie jest zaporowa, około 70 zł za 30 ml (edit: Clarena informuje, że obecnie eliksir dostępny jest w niezmienionej cenie w słoiczku o pojemności aż 50 ml). To nie tak wiele, jak za gwarancję komfortu skóry. Zdarzało mi się większe kwoty wydawać na dużo słabsze kosmetyki.


Wiedziałyście, że Clarena to nasza rodzima, wrocławska marka [KLIK]? Miałyście do czynienia z jej produktami? Co o nich myślicie? Podzielcie się opinią, ciekawa jestem Waszych doświadczeń. A może ktoś z Was stosował Hyaluron 3D Elixir i chciałby do mojej recenzji dodać swoje trzy grosze? Serdecznie zapraszam. Zachęcam też do napisania kilku słów o Waszych ulubionych kosmetykach nawilżających, pewnie macie swoich faworytów w tej kategorii, nawilżanie to przecież podstawa pielęgnacji każdego rodzaju cery. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



środa, 24 czerwca 2015

Skin Chemists, czyli nowy gracz na boisku


Witajcie. Kontynuując temat walki z przebarwieniami cery (wprowadzenie sprzed paru tygodni znajdziecie TUTAJ), chciałabym zaprosić Was dziś na recenzję dwóch wąsko wyspecjalizowanych produktów, które włączyłam do swojej pielęgnacji jesienią, dając im ładnych kilka miesięcy na pokazanie swojego potencjału. Mowa o rozjaśniającym skórę serum Lightning i złuszczającej masce z kwasem glikolowym Rapid Facial wchodzącej na nasz polski rynek brytyjskiej marki Skin Chemists. Jeśli jeszcze o niej nie słyszałyście, koniecznie zapamiętajcie tę nazwę, to stosunkowo nowy gracz na naszym kosmetycznym boisku!




Marka Skin Chemists ---> KLIK zachwala swój asortyment jako popartą wnikliwymi badaniami alternatywę dla inwazyjnych zabiegów medycyny estetycznej. W jej ofercie znaleźć można preparaty, których działanie, wymierzone w różne problemy skóry, oparte jest na najwyższej jakości wyselekcjonowanych składnikach aktywnych. Jak wiecie, moją bolączką są przebarwienia, zdecydowałam się więc dać szansę produktom rozjaśniającym. 

Największe nadzieje wiązałam z serum Lightning, które obiecywało wyraźne wyrównanie kolorytu cery i przywrócenie jej zdrowego blasku. Przecież właśnie o to mi chodziło, prawda?




Kosmetyki Skin Chemists do najtańszych nie należą (serum Lightning to wydatek rzędu ponad stu funtów, na polskiej stronie preparat w tym momencie nie jest dostępny) i muszę przyznać, że to widać, od razu ma się wrażenie, że obcuje się z czymś wyjątkowym, opartym na zdobyczach nauki. Opakowania są eleganckie i konsekwentnie utrzymane w bardzo minimalistycznej stylistyce, choć z zachowaniem funkcjonalności. Lightning, za którego aktywność odpowiada Whitonyl, składnik o 4% stężeniu, wspomagający rozjaśnianie przebarwień i redukowanie blizn potrądzikowych, jest tego najlepszym przykładem - smukłą, szklaną, niczym nie ozdobioną buteleczkę z pompką łatwo skojarzyć z jakimś nowoczesnym laboratorium, w którym mądre głowy pracują nad innowacyjnymi recepturami. To działa na wyobraźnię. Skojarzenia skojarzeniami, ale czy ta konkretna receptura działa na rzeczywisty problem dermatologiczny?

Cóż ... I tak, i nie. Serum okazało się niesamowicie przyjemne w stosowaniu (idealna, lekko kremowa, wchłaniająca się bez śladu formuła), przy każdym użyciu dając błyskawiczne efekty w postaci wygładzenia cery (świetna baza pod makijaż, nawet w zestawieniu z filtrem) i podniesienia jej komfortu (dobry stopień nawilżenia i odżywienia), jednak szczerze powiem, że znaczącej poprawy pod kątem redukcji przebarwień nie zauważyłam. Rzeczywiście, cera dzięki temu preparatowi wyglądała bardzo dobrze, była gładka i wypielęgnowana, dzięki temu na pewno zyskując na promienności, jednak minęłabym się z prawdą, twierdząc, że jego stosowanie całkowicie rozwiązało mój problem. Dobrze wiecie, że problem był i jest, inaczej po mniej więcej trzech miesiącach regularnego stosowania tego serum nie fundowałabym sobie przecież kuracji w postaci retinoidu, który też zresztą nie do końca sobie poradził.

Na czas stosowania Locacidu serum odstawiłam, w tamtym okresie moja cera potrzebowała zupełnie innej pielęgnacji (o serum nawilżającym, które uzupełniało wtedy działanie moich kosmetyków podstawowych, będziecie mogły przeczytać w następnym poście), ale niedawno ponownie do niego wróciłam. Może i nie daje spektakularnych, tak bardzo oczekiwanych przeze mnie efektów, ale nie można odmówić mu wielu zalet, dzięki którym jego stosowanie jest po prostu przyjemnością dla skóry.




Dużo więcej dobrego mam natomiast do powiedzenia odnośnie skuteczności Rapid Facial, delikatnie złuszczającej maseczki z kwasem glikolowym.




W tym przypadku działanie preparatu, porównywane do mikrodermabrazji, było w zasadzie natychmiastowe, widoczne gołym okiem i całkowicie zgodne z obietnicami producenta. Pozostawienie maski na twarzy na kilkanaście minut do wyschnięcia gwarantowało dogłębne oczyszczenie i niesamowite wygładzenie cery, która dzięki złuszczającemu działaniu kwasu glikolowego pięknie się odnawiała. Regularność stosowania z pewnością wspomagała walkę z przebarwieniami. Warto podkreślić, że maska mimo swej niezaprzeczalnej aktywności w żaden sposób nie podrażniała skóry, co było miłą niespodzianką, bo początkowo obawiałam się jakichś niekontrolowanych efektów ubocznych. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to problemy ze zmywaniem, maseczka okazała się bardzo przyczepna i za każdym razem musiałam posiłkować się gąbeczką. Więcej wad nie dostrzegam, żałuję jedynie, że opakowanie nie ma mniejszej pojemności, bo stosując maskę zgodnie z zaleceniami raz w tygodniu, nie byłam w stanie zużyć jej w całości przed upływem terminu zdatności. A regularny koszt Rapid Facial to, bagatela, aż 200 zł! Dużo, tym bardziej szkoda tej przeterminowanej resztki.


Pomimo całej mojej sympatii do Lightning, pewnie nie sięgnęłabym po to serum po raz drugi. Powoli dociera do mnie smutna prawda, że na moje głębokie, hormonalne i posłoneczne przebarwienia w satysfakcjonujący sposób nie zadziała żaden, nawet najlepszy kosmetyk. Jeśli chcę się ich pozbyć, muszę pomyśleć o laserze, tyle w temacie. Nic natomiast nie stoi na przeszkodzie, żebym pielęgnację swojej cery, niezależnie od jej charakteru, wspomagała świetną maseczką, a jakości Rapid Facial nie można odmówić. Muszę tylko liczyć się z tym, że ta jakość swoje kosztuje.


Znacie Skin Chemists, miałyście już z tą stosunkowo nową u nas marką do czynienia? Przemawia do Was idea budowania jej wizerunku w oparciu o odwołania do innowacyjnych, czerpiących z nauki rozwiązań? Byłybyście skłonne poznać jej asortyment? Dajcie znać. Napiszcie też, proszę, czy zainteresowały was produkty, o których dziś opowiadałam. Ciekawa jestem zwłaszcza Waszego zdania na temat maseczki. Czy obietnica odmłodzonej, gładkiej, dogłębnie oczyszczonej, rozpromienionej cery warta jest tych dwustu złotych, jakie trzeba na ten specyfik wydać? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.